Fragment bajki →ciąg dalszy-(AI)
Z ciekawości, co z tego wyjdzie,
kazałem AI napisać dalszy ciąg
mojej opowiastki, z zachowaniem stylu
– To co teraz robimy? – szeptem, który przypominał tarcie zardzewiałej piły o pniak, zapytał Wilciu. – Skoro Śnieżek chrapie jak stado dzików w młodniaku, to chyba mam wolne? Mogę iść zjeść te gęsie karmelki?
– Ani mi się waż! – syknął Kaptujek, machając flaszką bimbru tuż przed nosem wilka. – Jak ty zaczniesz te cukierki ciamkać, to ją obudzisz. A jak się obudzi, to znowu zacznie gderać o Krasnolujdkach i grzebieniach. Śpijcie wszyscy, na miłość boską!
– Łatwo ci mówić – pisnęła cicho Złota Lyjbka, pluskając się nerwowo w słoiku, który Jędzosia naprędce wyczarowała z glinianego garnka. – Mi od tego szeptania wysychają łuski. I w ogóle, co to za porządki? Królcia śpi na stojąco, kukułka z zegara obdziobała mi ogon, a Puchajtek właśnie wyjada resztki miodu z moich rezerwowych rewirów!
Puchajtek rzeczywiście siedział w kącie komnaty, zakleszczony łbem w pustej beczułce. Słychać było tylko rytmiczne, głuche mlask, mlask, mlask.
– Ja nie jem – odpowiedział stłumiony głos z wnętrza drewna. – Ja tylko sprawdzam, czy ten miód na dnie nie jest zatruty przez te małe pierdoły, Krasnolujdki. Przezorny zawsze ubezpieczony.
– No i po ptakach, a raczej po kanarku – westchnęła Jędzosia, siadając ciężko na kufrze z niedziałającymi zaklęciami. – Skoro laska śpi bez grzebienia, moja czarodziejska reputacja legła w gruzach. Kiedyś to były czasy... Zamieniłabym te krasnale w purchawki i byłby spokój. A teraz? Nawet na ból zęba muszę Wilciowi dawać bimber, zamiast rzucić porządny urok.
Nagle z podłogi, tuż spod buta Kaptujka, dobiegł piskliwy, potrójny głos:
– Hej, wy tam na górze! Ciszej trochę! My tu próbujemy przeprowadzić inwentaryzację jej rzęs, a wy tak japsami kłapiecie, że nam się kilofy trzęsą!
Wszyscy zamarli. Zza fałdów spódnicy śpiącej Królci Śnieżek wychyliły się trzy małe, brodate postacie w spiczastych czapkach. Jeden trzymał linijkę, drugi lupę, a trzeci, najmniejszy, dłubał patykiem w bucie Wilcia.
– O, Krasnolujdki! – ucieszył się Puchajtek, któremu w końcu udało się zdjąć beczkę z głowy. – Wilciu, łap ich! Będzie zagrycha do tego bimbru!
– Co? Mnie? – obruszył się najwyższy Krasnolujdek. – Nas, porządnych rzemieślników? My tu pilnujemy, żeby nie zmarzła! Poza tym, ten wasz wilk pachnie drobiem i starą babą. Nie tknąłby nas.
Wilciu zmrużył ślepia, powąchał worek z karmelkami, a potem spojrzał na maluchy.
– W sumie... mają rację. Małe to, żylaste, pewnie w zęby wchodzi. Ale słuchajcie, mikroby. Jak mi tu zaraz przyprowadzicie tego waszego Królcia Całusa, to przysięgam, że zapomnę o obietnicy danej Babuli i ogolę was waszymi własnymi toporkami.
– Całusa? – bąknął najmniejszy krasnal, przestając dłubać w bucie. – Przecież on już tu idzie. Słychać go z daleka.
W tym samym momencie zza okna dobiegł dziwny dźwięk. Cmok. Cmok. Cmok. Jakby ktoś z wielką siłą całował rynnę albo próbował odessać powietrze z wielkiego słoika.
– Do stu tysięcy papilotów! – wrzasnął Kaptujek, zapominając, że mieli być cicho. – Idzie! Puchajtek, szykuj dół! Jędzosia, czaruj wdziękiem! Wilciu, udawaj, że jesteś szafą!
Królcia Śnieżek przez sen mruknęła tylko coś o „pieprzonym grzebieniu”, obróciła się na drugi bok i zaryła nosem wprost w poduszkę Wilcia, który ze strachu przed Całusem zwinął się w kłębek i udawał martwy puf.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania