***
leć po przykrywkę
pod przykrywką przepaść
Święto jaskółki, Armia
rozwaliło mnie niebo
w okolicy
zachodu słońca. była siedemnasta
czterdzieści jeden. wiem bo godzinę zapodał mi stary
budzik sdziełano w cccp. mam go na półce z kawą
kubkami. lubię choć niepotrzebny. sentyment. właśnie
wziąłem chlorowodorek tramadolu bo źle znoszę
rzeczywistość przeszywaną zajebistym rwaniem
korzonków wkręconych wszędzie w nad i podkosmos w galaktyki
spiralne sralne. taki ból dupy co to siedzi w głowie.
cisza
radzieckie tykanie tramal jak szampan. złota czerwień sroczych
skrzeczeń powietrza błyszczące rubinowo kawki żarzące
się wróble żółta biała kreska kropla
samolotu w niebie. nie stałem
w oknie przy zmierzchu nie leżałem do
góry nogami trwałem
pływałem.
spadałem w górę na boki różowo aż wreszcie różewiczowo
i załapałem że to tylko ściema. przykrywka. kolorowa skorupka.
efemeryda fantazmatu. kicz kamp cudowianek zmierzchu po
to bym uśpił czujność bym mógł
znośnie trawić nieznośną ciężkość bytu w szarości
brudzie smrodzie codzienności. świat napompowany miękkimi
kolorami rozmazany impresyjnie przeciwbólowym
prochem. bym mógł napisać wierszyk o tym. i o tym że lecę spadam
w górę i na boki. ciemno jest i bezbarwnie. nawet
po chemicznym farfoclu.
przez całe życie spadam. od pierwszej do
ostatniej śmierci spadam. chodząc leżąc spadam. spadając
spadam. lecę. rozpadam się. w odróżnieniu od podmiotu lirycznego różewiczowego spadania nie wierzę
że to zależne od okoliczności nie wierzę że kiedyś
spadało się lepiej.
rozwaliła mnie ciemność
po zachodzie słońca. była siedemnasta
czterdzieści trzy. przez dwie
minuty spadałem myśląc
o spadaniu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania