#1 [Tom I] Atonos

Mała uwaga przed przeczytaniem: nie, ta historia nie ukazuje relacji pan-niewolnik, nawet jeśli pierwszy rozdział może budzić takie podejrzenia.

 

Szczęk łańcuchów bezustannie rozbrzmiewał mu w głowie.

 

Stał nieruchomo, z nadgarstkami opuszczonymi wzdłuż tułowia. Niepokój mroził ciało, wywołując okropne mdłości. Mechanicznie zaciskał i rozluźniał długie, kościste palce, przeraźliwie zimne od chłodu.

 

Wzrok wbity miał w małą dziewczynkę stojącą za kurtyną na niewielkim podeście. Nawet z takiej pozycji widział, jak trzęsła się i wzdrygała, gdy cudza dłoń jeździła po ciele.

 

Krążąca wokół kobieta dotykała poszczególnych miejsc, prezentując zebranym walory dziecka. Na ciche pomrukiwania usta wykrzywiały się w drapieżnym uśmiechu.

 

Dziewczynka znajdowała się w świetle niewielkiego klejnotu wiszącego tuż pod niskim stropem. Jasne światło rozświetlało jej pobladłą twarz.

 

Nie sięgało ono jednak dalej niż pół metra. Reszta kamiennego, ponurego pomieszczenia skąpana była w cieniu, a siedzące wokół postacie miały nad głowami mniejsze, jarzące się kamienie.

 

— Ktoś się skusi? — zapytała prowadząca, stojąc nad dzieckiem, po czym położyła dłonie na jego ramionach. — Z pewnością wyrośnie na piękną, płodną kobietę, a w tej chwili... — zaśmiała się cicho — ... również może się do czegoś przydać. — Oblizała usta długim językiem.

 

Chłopak wzdrygnął się na ten gest.

 

Kolejne pomrukiwania wywoływały coraz większe napięcie.

 

Nagle Tara spojrzała na niego ukradkiem, a widok załzawionych oczu ścisnął go gwałtownie za gardło. Wziął spazmatyczny oddech.

 

Chciał się ruszyć. Pobiec i zabrać ją z tego okropnego miejsca, mimo iż znali się zaledwie miesiąc. Cały wspólny czas spędzili w celi pośród nieprzeniknionej ciemności, ale jej spokojny głos sprawiał, że aż tak bardzo się nie bał. Często z nim rozmawiała — a raczej prowadziła monolog, któremu się przysłuchiwał. W ten sposób odrywała go od nieprzyjemnych myśli.

 

Niestety, nawet jeśli chciał ją uratować, to pilnujący go mężczyzna dawał mu jasno do zrozumienia, że zginie w pierwszej sekundzie swojej próby.

 

— Nikt? — odezwała się ponownie prowadząca. — Żaden z was nie jest na nią chętny?

 

Wszyscy pokręcili głowami.

 

Chłopak poczuł niewyobrażalną ulgę. Nawet nie chciał sobie wyobrażać, co czekałoby to dziecko, gdyby trafiło w ręce któregoś z kupców.

 

— To już piąty raz, kruszynko — westchnęła kobieta z udawanym smutkiem, po czym kucnęła i pogłaskała ją po głowie. — Najwyraźniej jest coś z tobą nie tak — stwierdziła i zaplotła na palec pojedynczy kosmyk jej włosów. Bawiła się nim przez chwilę, aż w końcu kąciki ust drgnęły niepokojąco. — A wiesz... my mamy tu taką zasadę, że pozbywamy się wadliwych towarów.

 

Na te słowa chłopak otworzył szeroko oczy.

 

Kobieta podniosła się z klęczek i uśmiechnęła szeroko. Tara zrobiła krok w tył, a przerażenie na twarzy urosło. Prowadząca złapała ją jednak brutalnie za kark i z całej siły rzuciła na ziemię.

 

Mimowolnie się cofnął, czując, jak traci dech w piersi.

 

Dziewczynka krzyczała, błagała o litość, lecz kobieta raz za razem uderzała nią o podłogę, która z każdą kolejną sekundą była coraz bardziej brudna od krwi. W końcu dziecko ucichło, a morderczyni odrzuciła bezwiedne ciało w kąt jak szmacianą lalkę.

 

— To było niesmaczne — mruknął ktoś.

 

Prowadząca wzruszyła ramionami, wycierając dłonie chustką.

 

— To nie Plac Targowy — zauważyła, posyłając mu lekki uśmiech. — Wprowadzić kolejnego! — krzyknęła w stronę kulis.

 

Chłopak wzdrygnął się, ledwo panując nad mdłościami. Przed oczami ciągle miał obraz zmasakrowanej Tary. Drżał, oddychając niespokojnie i z trudem powstrzymywał napływające do oczu łzy. Nie mógł płakać.

 

Starł je prędko, nim wprowadzono go na podest, a jasny blask kryształu uderzył go w twarz. Zmrużył oczy, wykrzywiając usta w brzydkim grymasie. Dopiero po dłuższej chwili zdołał się przyzwyczaić.

 

Wziął głęboki wdech, i próbując zachować zewnętrzny spokój, spojrzał na zebranych.

 

Nie zamierzał się przed nimi ugiąć. Dzieciństwo nauczyło go jednego — jeśli chciał przetrwać w tym pierdolonym świecie, nie mógł okazywać słabości. Nikomu. Wszystko, co małe i kruche, należało trzymać wewnątrz siebie, a na zewnątrz zawsze ukazywać tylko to, co silne i dumne.

 

Nawet jeśli trafiło się do całkiem innego świata.

 

To... już miesiąc, odkąd pojawił się tutaj. Nie miał wątpliwości, że to miejsce nie należało do jego Ziemi. Nie wiedział, jak znalazł się w Zamtrii i jakim cudem coś takiego, jak inny, wymiar istniało. Kompletnie nie potrafił tego pojąć, nawet jeśli przez lata tworzył swój własny, wyimaginowany świat, do którego uciekał zawsze, gdy tego potrzebował. Tamten jednak był tylko w jego głowie, nienamacalny i podległy jego woli.

 

Ten mógł poczuć na własnej skórze i nad wszystkim, co się działo, nie miał żadnej kontroli. Nawet nad własnym, pieprzonym losem.

 

To wszystko było takie absurdalne.

 

Ostatnim, co pamiętał, nim trafił do tego miejsca, był spacer nocą po lesie. Był zdenerwowany, zmęczony i chciało mu się płakać, ale usilnie powstrzymywał łzy. Dusił w sobie ten przeklęty szloch tak, jak go nauczono. W lesie było cicho i nie widział żywej duszy. Nagle ziemia rozstąpiła mu się pod nogami, a po chwili był w Zamtrii, tracąc przytomność z płatkami śniegu na twarzy. Kiedy się obudził, znajdował się w ciemnej, wilgotnej celi, zamknięty, przerażony i słaby.

 

Wciąż taki był, choć starał się tego nie okazywać, nawet przed samym sobą.

 

— Jak możecie zauważyć, ma dość chude ciało, ale jest za to wysoki i zdolny do pracy — powiedziała prowadząca, przejeżdżając dłonią po klatce piersiowej chłopaka. Wstrząsnął nim nieprzyjemny dreszcz. — Jednak największym jego atutem są te niezwykłe, błękitne włosy. — Wskazała na nie ręką, nie mogąc ich dosięgnąć. — Nie wiemy, czy to część bycia Odmieńcem, czy może coś całkiem innego, jednak muszą państwo przyznać, że prezentują się niczego sobie i z pewnością zrobią furorę wśród gości.

 

Rozległy się ciche szepty. Dziesięć par oczu wpatrywało się w chłopaka, szacując jego potencjał. On tymczasem z trudem tłumił w sobie rosnący strach. Serce biło mu szaleńczo, a po subtelnym uśmiechu prowadzącej wiedział, że czuła to wszystko pod palcami.

 

Aby jeszcze bardziej nim wzburzyć, drugą dłonią przejechała mu po plecach, powoli i delikatnie, jakby cieszyła się każdą jego reakcją.

 

Była obrzydliwa.

 

W końcu zebrał się w sobie, zacisnął mocno szczękę, i próbując ignorować cudze dłonie na swoim ciele, spojrzał na resztę zebranych z całą pewnością siebie, której nie miał.

 

Jeśli zamierzali go kupić i wykorzystać, to lepiej, żeby wiedzieli, że nie będą mieli z nim łatwo. Przeżył pierdolony sierociniec, przeżył pierdolone dzieciństwo, miał dwadzieścia pięć lat i wciąż żył!

 

— Dziesięć sztuk błękitnych — powiedział jeden z mężczyzn, na prawo od niego.

 

— Dobrze, ktoś podbije cenę? — zapytała kobieta.

 

Przez dłuższą chwilę panowała napięta cisza.

 

Z głośno bijącym sercem wyczekiwał, nie wiedząc, na co liczyć. Zanim go wystawiono, miał plan, który zakładał, że, w momencie zakupu i dojazdu do domu kupca, zrobi wszystko, aby się stamtąd wydostać. Aczkolwiek wiele zależało od osoby, do której by trafił i miejsca, w którym zostałby uwięziony. Z kimś, kto nie obserwowałby go dwadzieścia cztery na dobę, byłoby o wiele łatwiej niż z kimś, kto chciał przez cały czas mieć oko na swoją zdobycz.

 

Kolejna minuta minęła, a gdy prowadząca miała już wydać werdykt, odezwał się inny głos:

 

— Czterdzieści błękitnych.

 

Bezdyskusyjnie należał do kobiety. Był wysoki, subtelny i chłodny, a do tego pełen determinacji. Właścicielka siedziała w najbardziej oddalonym kącie sali, z nogą założoną na nogę.

 

— Dam sześćdziesiąt. — Podbił mężczyzna, wstając z miejsca.

 

Kobieta prychnęła cicho.

 

— Sto.

 

— Dwieście! — wykrzyczał. — Dam dwieście!

 

Jego zaciętość była przerażająca, tak samo jak spokój kobiety, która powoli podniosła się i z dumnie uniesioną głową wyrzekła:

 

— Sto oraz dwa czarne.

 

Wszyscy nabrali głośno powietrze do płuc, a chłopak nawet nie wiedział dlaczego. Nie znał się na walucie tego świata, ale najwyraźniej musiała dać za niego horrendalną cenę. Co chciała z nim zrobić, skoro była zdolna tyle zapłacić? Jedna zła wizja w jego głowie prześcigała drugą, a serce podjechało mu do gardła.

 

— Widzę, że jest pani bardzo zdesperowana — mruknęła zadowolona prowadząca.

 

— Ktoś jeszcze chce się spierać? — zapytała, patrząc na pozostałych. — Chcesz podbić cenę? — zwróciła się do tamtego mężczyzny. — Masz czym ją podbić? — dodała prowokacyjnie.

 

Zapytany nie odpowiedział, tylko przeklął pod nosem i wściekły wrócił na swoje miejsce.

 

— A więc sprzedany! — krzyknęła radośnie prowadząca, wznosząc triumfalnie ręce do góry. — Dzięki pani będę się pławić w bogactwach. — Przyjęła od kobiety ciężki wór. Sprawdziła zawartość, a szeroki uśmiech wykwitł na twarzy, kiedy okazało się, że znajdowała się w nim obiecana kwota. — Interesy z panią to naprawdę czysta przyjemność.

 

Kobieta ją jednak zignorowała, skupiając uwagę na chłopaku.

 

Spojrzał nieznajomej prosto w oczy, a przynajmniej próbował dostrzec je spod zasłaniającej twarz złotej maski. Chciał w ten sposób pokazać, że się nie bał, nawet jeśli serce omal nie wyskoczyło z piersi. Myśl, że jego życie znalazło się w czyiś rękach, przyprawiała go o jeszcze większe mdłości.

 

— Rozkujcie go — rozkazała.

 

Przez moment myślał, że się przesłyszał.

 

— Rozkuć niewolnika? — zapytała oburzona prowadząca.

 

— Tak, macie go rozkuć. — Głos nie znosił żadnego sprzeciwu.

 

Prowadząca uniosła brwi, by po chwili wzruszyć ramionami i wyciągnąć niewielki kluczyk z przyszytej do sukni kieszeni. Odpięła kajdany, a łańcuchy opadły z hukiem na ziemię.

 

Nie dowierzając, chłopak spojrzał na swoje dłonie. Prawie zapomniał, jak wyglądały bez tego ustrojstwa.

 

Mimowolnie zerknął na Tarę. Smutek ścisnął go za gardło, kiedy uświadomił sobie, że dla niego wciąż była szansa, lecz dla niej... dla niej już nie.

 

Trup leżał w oddali, pod ścianą, odwrócony do niego plecami.

 

Dziewczynka wyglądała, jakby spała.

 

Powrócił wzrokiem do reszty i wtedy niespodziewanie nieznajoma wyciągnęła do niego dłoń. Miała chorobliwie białe, delikatne ręce o długich palcach i zadbanych, czarnych paznokciach z ostrymi końcami. Stała tak bez słowa, czekając, aż chłopak ją pochwyci.

 

Zanim zdołał się zastanowić, instynktownie odepchnął jej dłoń. Cichy plask rozniósł się po pomieszczeniu. Dopiero po chwili uświadomił sobie, co zrobił.

 

Nieznajoma przyciągnęła do siebie lekko zaczerwienioną rękę.

 

— Patrzcie, jaki wojowniczy — zagwizdał jeden z zebranych.

 

— Z pewnością prędko go utemperuje. Wiem z doświadczenia, że kobiety mają do tego talent — dodał drugi, śmiejąc się cicho.

 

— Bo z ciebie kutas, a nie facet. Prawdziwy mężczyzna nie dałby się pomiatać kobiecie.

 

Zignorował ich słowa, wciąż wpatrując się w postać przed sobą. Ona odwzajemniła się tym samym.

 

— Nie chcesz, to nie. Do niczego cię nie zmuszam — powiedziała spokojnie, po czym odwróciła się na pięcie. — Radzę ci jednak pójść za mną. Przebywanie z ludźmi tego pokroju źle wpływa na zdrowie — rzuciła ostentacyjnie przez ramię.

 

Rozległy się ciche pomruki oburzenia i obrazy rzucone pod jej adresem.

 

Stał przez dłuższą chwilę w miejscu, nie wiedząc, co zrobić. Nie chciał z nią iść, jednak nie widział przed sobą innej alternatywy.

 

Dlatego ostatecznie ruszył za kobietą.

 

Opuścili komnatę i znaleźli się w ciemnym korytarzu prowadzącym do jasnego punktu w oddali. W przypływie paniki chciał skorzystać z okazji i zwiać, lecz w porę zdał sobie sprawę, że nie wiedział, gdzie się znajdował ani dokąd mógł pójść.

 

Szedł więc za nieznajomą, obiecując sobie, że gdy tylko nadarzy się odpowiednia okazja, ucieknie i spróbuje wszystkiego, aby wrócić do swojego świata.

 

Kobieta nie odzywała się przez całą drogę, ale narzucała mu szybkie tempo, od którego zrobiło mu się niedobrze. Widział jednak, jak co chwilę przekręcała głowę, najwyraźniej na niego zerkając.

 

Po paru minutach dotarli na sam koniec korytarza.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Akwadar miesiąc temu
    Mało profesjonalna sprzedawczyni, kupcy bez wyobraźni i niefrasobliwa kupująca...
    Wrócę do kolejnej części, aby przekonać się, że intuicja mnie nie myli ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania