1. Wojny Bogów. Miecz Raaris - Prolog 1.1

Poeta Sigor opisał swoje pierwsze wrażenie o Lwiej Skale słowami: „Wiele jest na tym świecie miast, ale ręczę własnym życiem, że żadne nie wprawiło mojego serca w drżenie tak gwałtowne, jak zrobiła to stolica wielkiego Vraven”.

Miasto, zbudowane w miejscu, gdzie bogini Raaris urodziła jedyną córkę, niewątpliwe zawdzięczało nazwę lwiej głowie, wystającej z kilkunastometrowej skarpy, na której stał potężny zamek. Rozdziawiona paszcza lwa — świętego zwierzęcia bogini — skierowana była ku morzu, by ostrzegać wpływające do olbrzymiego portu statki oraz straszyć grabieżców i złodziei.

Vraven z trzech stron otaczała woda: wzburzone, trochę mętne wody Morza Simmira oraz wpływająca do niego rzeka Embo. Od strony lądu miasta chroniły wzniesione w ciągu wielu lat cztery rzędy ciężkich murów i głęboka fosa. Tak potężne fortyfikacje sprawiły, że szybko rozwijające się miasto, z rzadka plądrowane, bogaciło się i rosło w potęgę. Pozwoliło to na wykopanie kilku ujęć z czystą wodą, które zasilały cztery ogromne dzielnice miasta. Wybudowano wielki targ, prywatne łaźnie i teatr. Na Placu Bogini Raaris postawiono jej dwudziestometrową rzeźbę, a tuż obok stanęła świątynia ku jej czci, którą budowano przez ponad pięćdziesiąt lat.

Przy zbliżaniu się ku metropolii wzrok przykuwał najwyższy punkt w mieście — postawiony na potężnej skarpie pałac. Była to ogromna budowla składająca się z wielu kompleksów o różnym przeznaczeniu. Na obrzeżach nie zabrakło miejsca na pomieszczenia dla służby i straży pałacowej. Od zachodu, bliżej morza, swe komnaty mieli członkowie rodziny królewskiej. Tam też znajdowały się galerie i portyki. Wspaniałe jadalnie i ogrody, gdzie królowa organizowała małe spotkania towarzyskie. Bliżej środka pałacu, w centralnej jego części, znajdowała się wielka sala tronowa oraz pomieszczenia, gdzie król zbierał swoich doradców i najwierniejszych ludzi, by dyskutować o państwie i ustalać plany działań. Były też sale, w których odbywały się przyjęcia i bankiety oraz kaplice poświęcone bogini Raaris i jej córce.

Trudno się więc dziwić, że serce Sigora mocniej zadrżało na widok Lwiej Skały. Każdy, kto witał do miasta, giął się pod jego ogromem.

 

* * *

 

Tępe miecze natarły na siebie na placu treningowym z głuchym zgrzytem i dwójka chłopców odskoczyła do tyłu, by natychmiast przystąpić do kontrataku. Obaj mieli po dziewiętnaście lat, dorównywali sobie wzrostem i siłą, dzielili podobne poczucie humoru i rozumieli się bezbłędnie, choć nie byli braćmi. Pierwszy z nich nosił imię Leif. Miał ciemne włosy i oczy, dość podłużną, bladą twarz. Walczył dobrze, chociaż miecz nie był jego pierwszą bronią. Uginał się pod mocnymi natarciami przeciwnika, którym był jego serdeczny przyjaciel, książę koronny Bernard, następca Vraveńskiego tronu.

Bernard z lekkością i precyzją wykonywał kolejne ruchy. Gdy się obracał, blond włosy tańcowały mu na głowie. W jego niebieskich oczach jarzyło się rozbawienie i pewien tryumf. Gdy w dwóch szybkich zamachnięciach położył przyjaciela na łopatki, otarł pot z przystojnej twarzy i wyciągnął dłoń ku Leifowi, by pomóc mu wstać.

— Słabo ci dzisiaj szło — zauważył Bernard, oddając miecz w ręce stojącej nieopodal służby.

— Zrewanżuję się jutro na łucznictwie, książę — odparł Leif i on, i Bernard uśmiechnęli się do siebie. — O ile będziesz w stanie się podnieść po wieczornym spotkaniu radców.

Bernard natychmiast zmarkotniał i wywrócił oczami.

— Nie przypominaj mi. Nie wiem, jak ojciec może w ogóle ich słuchać. Ta banda kretynów nadaje się tylko do wymienienia.

— Dasz sobie radę — pocieszył go Leif.

Odkąd książę Bernard skończył szesnaście lat, uczestniczył w spotkaniach ojca z radcami. Z początku z rzadka, ale im starszy się robił, tym częściej zajmował niewygodne siedzenie po prawej stronie króla Dominica. Od roku pojawiał się na każdym. Wtrącał swoje przemyślenia i pomysły — niektóre trafne, inne mniej. Mówił ojcu, co on by zrobił na jego miejscu, a ten zawsze słuchał, choć nigdy nie pochwalał ani nie krytykował jego słów.

— Co dzisiaj dla mnie macie? — zapytał król Dominic, siadając na krześle u szczytu stołu. Bernard spojrzał na ojca, szybko rozpoznając u niego zmęczenie. Prawdą było, że król Dominic miał już swoje lata. Przez dość długi czas on i jego żona — królowa Margerie — nie potrafili spłodzić potomka. Król Dominic miał czterdzieści lat, gdy urodził się jego jedyny syn. Czterdzieści lat, gdy w połogu zmarła jego ukochana. Był więc posiwiałym mężczyzną, z mnóstwem zmarszczek na opalonej twarzy. Sporo blizn zdobiło jego ciało. Wszystkie nabył podczas wojny, którą toczył przez piętnaście lat u granic z Vartuzią.

— Wasza wysokość — odezwał się Migsett, sekretarz królewski. — Spłonęło miasto Baderin na północy królestwa. Liczyło sobie prawie pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców. Proszą o wsparcie.

Bernard nigdy nie lubił Migsetta. Zawsze wydawał mu się dwulicowy. Gdy nadarzała się okazja, przechwalał się tym, dla kogo pracował, ale książę wiedział, że gdyby pozycja jego ojca nagle podupadła, Migestt byłby pierwszym, który spisałby go na straty.

— Jakie wsparcie? Czego chcą konkretnie?

— Proszą o ludzi do pomocy przy odbudowie i złoto — wyjaśnił Migsett.

— Dwustu ludzi i dwieście monet Vraveńskich. Więcej nie mogę dać.

Gdy król Dominic spojrzał przelotnie na syna, Bernard wiedział, że najwyższa pora się odezwać.

— Na północy jest dobry kamieniołom. Moglibyśmy zapłacić za odrobinę kamienia dla tych ludzi — zaproponował.

— Zróbcie tak — powiedział król. — Jak sytuacja przy granicy?

To pytanie padało zawsze, odkąd Bernard tylko zaczął uczestniczyć w spotkaniach. Jak od dziecka tłumaczył mu ojciec, sytuację przy granicy z Vartuzią należało zawsze kontrolować, by w razie nagłego zrywu przeciwników szybko zebrać armię i ruszyć do boju.

— Spokojnie i cicho, wasza wysokość — odezwał się inny mężczyzna. Na imię miał Abram. Był wysokim i postawnym mężczyzną o bystrym spojrzeniu. Bernard go lubił i nie tylko za wiele godzin nauk walki wręcz, ale przede wszystkim za lojalność i oddanie bogini Raaris, którymi Abram się odznaczał. Czyniło go to człowiek godnym zaufania.

— Czy nie nazbyt cicho? To przecież już pięć lat jak nie wojujemy.

— Owszem — potwierdził Abram. — Bogowie nie dali znaku, by ostrzyć miecze i siodłać konie. Poza tym król Edwin ma teraz ważniejsze sprawy na głowie niż wojna z nami. Ponoć na wschodzie Vartuzi jest wysyp zarazy, piraci splądrowali kilka jego portów. On sam czeka na narodziny dziecka. Wątpię, by bez konkretnego powołania wybrał się na wojenkę. Radziłbym cieszyć się chwilami spokoju, wasza wysokość.

Król Dominic nie potrafił nie cieszyć się spokojem. Od narodzin towarzyszyła mu wojna, którą najpierw oglądał zza pałacowych murów, potem doświadczał jej u boku ojca — Bernarda II Walecznego — aż w końcu ten został zamordowany i przez piętnaście lat toczył ją na własną rękę. Gdy ta zakończyła się na skutek znacznych strat w ludziach, zawieszona z woli obu bóstw, nie poczuł się lżej. Niepokój, że wróg czaił się u bram, wzrastał w nim z każdym dniem i Bernard ten niepokój u ojca wyczuwał. Podobnie jak chęć podjęcia walki, mimo starego wieku, by przysłużyć się jeszcze jako władca.

Nagle król dostał tak gwałtownego napadu kaszlu, że posiniał na twarzy. Bernard w odruchu wyciągnął rękę, by poklepać ojca po plecach, ale ten odsunął go nagłym gestem dłoni. Gdy chwilę później odkaszlnął głębiej, na jego ręce pojawiła się plama krwi.

Przy stole zaległa cisza. Bernard poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy, żołądek podchodzi do gardła, a plecy oblewa zimny pot. Nie odważył się spojrzeć na Migsetta, Abrama czy innych. Ledwo był w stanie patrzeć na własnego ojca. By ukryć drżenie rąk, pod stołem zacisnął je w pięści.

— Ojcze — odezwał się i dumny był, że głos mu nie zadrżał.

— Zostawcie nas — rozkazał król Dominic.

Zebrani natychmiast wstali. Skłoniwszy się krótko, odeszli od stołu tak cicho, że Bernard ledwo zauważył ich wyjście. Gdy drzwi za ostatnim się zamknęły, milczał ciągle, czekając na słowa ojca.

— Nie miałeś się dowiedzieć w ten sposób.

— Dawno to się zaczęło? — zapytał Bernard.

— Od trzech miesięcy odczuwam trudności w oddychaniu, od dwóch dzieje się to. — Lekko podniósł dłoń, którą czyścił kawałkiem serwety. — Byłem poddany terapii, ale na nic się zdała. Lekarz nie daje mi zbyt wiele czasu.

Bernard jeszcze mocniej zacisnął ręce pod stołem. Resztkami silniej woli powstrzymywał ciało przed drżeniem, a żołądek przed zwróceniem kolacji. Odwrócił wzrok od ojca, by przymknąć na chwilę oczy. Król Dominic w spokoju szanował czas, który jego syn potrzebował na przyswojenie nowych informacji.

— Myślisz, że jestem gotowy? — odezwał się w końcu Bernard, ciągle mając zamknięte oczy. — By cię zastąpić?

Dominic uśmiechnął się smutno.

— Nikt nigdy nie jest na to gotowy. Pociesza mnie jedynie fakt, że będziesz miał prościej niż ja.

Bernard szybko otworzył oczy, zaskoczony słowami ojca. Brwi uniósł w zdziwieniu, nawet nieświadom własnych ruchów rozluźnił pięści.

— Jak to? — zapytał.

— Gdy ja dziedziczyłem tron, był środek walk. Dorastałem i starzałem się na polu bitwy. Pragnąłem dorównać mojemu ojcu, Bernardowi Drugiemu Walecznemu, choć wiedziałem, że to nie będzie mi dane. Ty masz prościej, mój synu. Jest względny spokój, a przy odrobinie rozwagi i szczerych modlitwach zdołasz go zachować na długie lata. Pozwoli ci to rozwinąć królestwo, powiększyć armię, a przede wszystkim założyć rodzinę. Dorównywać mi nie musisz. Cokolwiek nie zrobisz i tak będziesz lepszy. Powiedzmy to szczerze, nie byłem za dobrym królem.

— Nie mów tak! — Bernard sprzeciwił się natychmiast. — Ochroniłeś państwo przed wrogim najazdem. Dzielnie rozporządzałeś wojskiem podczas wojny. Dwa lata temu uchroniłeś nas od głodu, gdy zima była surowsza niż zwykle.

— Pochlebia mi, że masz o mnie takie zdanie — odparł Dominic i zakaszlał głośno. Na chusteczce znalazła się kolejna porcja krwi. — Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że oprócz dobrych rzeczy, które udało mi się osiągnąć podczas panowania, widzisz też te złe i nieudane, moje błędy, których nie będziesz powtarzał.

— Powinieneś się położyć — Bernard zmienił temat. Wstał, ale ojciec pociągnął go za rękaw na niewygodne krzesło.

— Nie skończyliśmy jeszcze rozmawiać. Nie pozwoliłem ci też wstać. Póki żyję, jestem królem i tak mnie traktuj.

— Przepraszam, ojcze — powiedział Bernard, pochylając głowę.

— Póki jestem królem mam w interesie dobro Vraven. Na pewno zostawię je w dobrych rękach. Nauczyłem cię wszystkiego, co mogłem. Pozwalałem ci zasiadać obok mnie na różnych ważnych i mniej ważnych spotkaniach, przygotowując cię do dni, w których ty będziesz podejmować decyzje. Pozostaje mi jedyne zapytać, czy ręce, które będą ci towarzyszyć w tej królewskiej podróży, będą równie sprawne, co twoje?

Bernard powstrzymał się od prychnięcia. Mimo to kąciki jego ust drgnęły lekko w uśmiechu.

— Kto ci powiedział? — zapytał.

— Że widujesz się z najmłodszą córką sędziego Torryngtona? Mam swoje sposoby, ale doceniam, że tak uważnie starałeś się to ukryć.

Bernard przełknął ciężko ślinę i odważył się spojrzeć prosto w oczy ojca. Wiedział, że Isabel Torryngton to nie najlepszy wybór z punktu widzenia społecznego. Był pewien, że Migsett w pięć sekund znalazłby mu przynajmniej dziesięć o wiele lepszych kandydatek.

— Co masz przeciwko naszej miłości? — zapytał poważnie.

— Ja? Nic, synu, ale inni… Cóż, powiedzmy, że gdybyś chciał ją pojąć za żonę, nie udzieliliby wam błogosławieństwa, w przeciwieństwie do mnie.

Bernardowi szybciej zabiło serce w piersi. W gardle nagle zrobiło się sucho. Rozchylił usta, ale żadne słowo z nich nie wypadło, więc szybko je zamknął. W milczeniu, słysząc w uszach pisk, przyglądał się bladej twarzy ojca.

— Chcesz powiedzieć, że…

— Że jeśli chcesz rządzić Vreven u boku kobiety, którą szczerze kochasz, to powinieneś wykorzystać fakt, że ciągle żyję i z uśmiechem na ustach wyrażę swoją zgodę na wasze małżeństwo.

W końcu do Bernarda dotarło, że jego ojciec miał racę. To była jego jedyna szansa, by poślubić Isabel. Jego ojciec mógł umrzeć w każdej chwili, a wtedy…

Drgnął, gdy poczuł, że król złapał go za rękę i włożył coś do niej. Nie rozpoznał kształtu. Kilka ostrzejszych krawędzi też niewiele mu powiedziało. Spojrzał ojcu w oczy i przeraził się, dostrzegając w nich resztki tlącego się życia.

— Powinieneś iść — powiedział król Dominic. — Teraz.

Bernard nie miał zamiaru kwestionować. Wstał, czując wzbierający się strach i wręcz bolesne bicie serca w piersi. Potykając się o drżące nogi, wybiegł z komnaty, zostawiając czekających pod drzwiami radców ze zdziwionymi minami.

 

* * *

 

Bernard biegł, ile sił nogach. Gdy wypadł z pałacu, obejrzał się za siebie. Dwójka strażników podążała tuż za nim.

Nawiewający znad wschodu wiatr dodał mu odwagi i przyśpieszył. Uskakując w skąpaną w mroku nocy uliczkę, zgubił ogon. Odetchnął jeszcze głośno i zerwał się ponownie do biegu. Dłoń nadal ściskał mocno, nie dając wypaść temu, co włożył mu tam ojciec, choć im więcej czasu mijało, tym bardziej rozumiał, jakiego przedmiotu stał się posiadaczem.

Minął studnię oraz stojącą przy niej grupę osób i wpadł do pośredniej dzielnicy miasta przeznaczonej dla pomniejszych urzędników, sędziów i lekarzy. Szaleńczym biegiem przestraszył kobietę w oknie, która trzepała poduszkę przed snem. Wdepnął w kałużę i ubrudził buty, ale umknęło mu to wszystko w ogólnej ekstazie momentu.

Niewielki trzypiętrowy dom wyłonił się przed nim, gdy skręcił z głównej drogi w mniejszą uliczkę. Rezydencja nie przypominała w niczym wielkich posiadłości baronów, lordów i rycerzy z najbogatszej dzielnicy miasta, ale miała swój urok, a prezentowała się elegancko i jednocześnie skromnie otoczona przez ogród z wysokim dębem, gęstymi krzakami i grządkami kwiatów.

Bernard pchnął żelazną bramę i zwolnił kroku na chwilę przed wspięciem się po drewnianych schodach. Dyszał ciężko, gdy łomotał kołatką w drzwi. Chwilę później otwarła mu niska służąca o dużym biuście i szerokich biodrach. Widząc księcia, szeroko otwarła oczy i nie powiedziała nic.

— Dobry wieczór — przywitał się. — Czy zastałem rodzinę tego domostwa?

Służąca otrząsnęła się.

— Tak — powiedział, dygając natychmiast. Wpuściła go do środka. — Tak, oczywiście. Czy mogę wiedzieć, jaki jest powód tej niespodziewanej wizyty? Państwo jeszcze nie śpią, ale…

Wtem z drugiego piętra nadeszło nawoływanie mężczyzny.

— Milgred, kogo licho przywiało o tej godzinie?

Bernard natychmiast wspiął się po schodach i wpadł do saloniku, z którego nadbiegł głos. Zaraz za nim wbiegła służąca. Na jego widok pięć osób podniosło się gwałtownie, ale tylko na jedną zwrócił szczególną uwagę. Na jego Isabel, która teraz stała przestraszona. Jej i tak bladziutka twarz pobladła jeszcze bardziej, a w szarych oczach zalęgł się szok i strach. W nagłym odruchu zrzuciła z ramienia długie, proste jak druty, wręcz białe włosy. Bernard musiał przyznać, że wyglądała ślicznie w jasnej sukni z gorsetem, który mocno ściskał jej niewielkie piersi.

— Książę Bernard, cóż za niespodziewana wizyta. Jak możemy pomóc?

Bernard drgnął i spojrzał na gospodarza — sędziego Torryngtona. Był to dość niski mężczyzna, lekko posiwiały, z wąsem i brodą. U jego boku stała jego żona, zapewne gotowa pobiec do kuchni, by szybko przygotować jakiś posiłek dla księcia, ale nie przyszedł przecież tu jeść. Mocniej zacisnął dłoń.

— Proszę mi wybaczyć najście o tak późnej porze — zdołał się odezwać — ale sprawa jest pilna, wręcz niecierpiąca zwłoki.

— Oczywiście, mój książę. Jak mogę pomóc? Przyszykować wino i posiłek?

— Nie, proszę — gestem ręki powstrzymał panią domu przed wyjściem do kuchni — nie chcę sprawiać zbyt wielkiego kłopotu. Jeśli chcą państwo pomóc, proszę mi oddać rękę państwa córki.

W saloniku zaległa cisza. Pan i pani Torryngton spojrzeli na swoją trzecią jeszcze niezamężną córkę i dopiero gdy Bernard wolnym krokiem stanął przed Isabel i chwycił jej dłoń, zrozumieli, o czyją rękę prosił młody książę.

— Isabel — powiedział, klękając przed nią. — Wiem, że ta sytuacja jest nagła, ale na skutek pewnych wydarzeń, być może nie będziemy mieć lepszej okazji do wspólnego życia. Wyjdź za mnie, proszę. Nie chcę posagu ani wielkich obietnic. Jedyne, czego nieśmiało żądam, to twojej miłości i dobrej rady w ciężkich chwilach.

W końcu pokazał, co miał w dłoni, a był to pierścionek z czystego złota z pięknym topazem w środku. Był to pierścionek zaręczynowy jego matki. Kiedyś go szukał, ale najwyraźniej król Dominic miał go przy sobie przez cały ten czas.

Isabel uroniła kilka łez. Jej matka i siostra również pociągały nosami, ojciec stał w szoku. Tylko stojący w kącie służący zachował kamienną minę.

— Nie jestem dla ciebie dobrą partią — powiedziała w końcu.

— Oczywiście, że jesteś! — zaprzeczył natychmiast Bernard. — Jesteś dla mnie wszystkim. Nie martw się o mojego ojca. Rozmawiałem z nim o nas. Nie ma nic przeciwko. Jest gotów udzielić nam błogosławieństwa.

Isabel zaszlochała. Ocierając łzy, spojrzała na ojca i matkę, oczekując aprobaty. Gdy dostała dwa krótkie i dość niepewne skinięcia głową, szlochnęła raz jeszcze i z szerokim uśmiechem na ustach odpowiedziała szczere:

— Wyjdę za ciebie.

Bernard poczuł ulgę. Nagle całe wezbrane w nim tego wieczora napięcie uleciało. Rozluźnił ramiona, wypuścił powietrze z płuc i pewną ręką włożył pierścionek na serdeczny palec lewej ręki Isabel. Gdy się podniósł, zignorował mrowienie w ścierpniętej nodze. Ucałował swoją ukochaną w dłoń, a następnie krótko w usta i pozwolił sobie zetrzeć kciukiem łzy z jej okrągłej buzi.

Pani Torryngton głośno wytarła nos w chusteczkę.

— Czy ja… — odezwała się niepewnie — mogę was uściskać?

— Proszę się nie krępować — powiedział Bernard i natychmiast poczuł dwie kobiece ręce oplatające go lekko w pasie. Choć rzadko miał okazję się przytulać, odwzajemnił ten uścisk z równą skromnością i nim żona sędziego przeskoczyła w objęcia córki, uśmiechnął się do niej krótko, jakby zapewniając, że wszystko będzie dobrze. Gdy matka i siostra ściskały Isabel, on mocno uścisnął dłoń sędziego.

— Przyznaję, że czuję się zaskoczony. Isabel nie wspominała, że…

— Że spotyka się z księciem? — dokończył za niego. — Nikomu nie mówiliśmy. Proszę jej nie winić, to ja nalegałem. Nie chciałem tworzyć wokół nas niepotrzebnego zainteresowania, szczególnie w momencie, gdy oboje nie byliśmy do końca pewni naszych uczuć.

— Rozumiem — powiedział sędzia. — Ale i tak chciałbym zaprosić waszą książęcą mość na słówko do mojego gabinetu.

— Tato — oburzyła się Isabel.

— W porządku — uspokoił ją Bernard. — Chwilę porozmawiamy i zaraz do ciebie wrócę. Obiecuję.

Przytknęła dopiero w momencie, gdy uśmiechnął się do niej. Gdy chwilę później Bernard znalazł się w niewielkim gabinecie sędziego, poczuł się przestraszony rozmową z przyszłym teściem.

— Proszę, usiądź — powiedział pan Torryngton. — Czy to będzie niewłaściwe, jeśli w obecnej sytuacji zaproponuję łyczek wina?

— Nie, oczywiście, że nie — zapewnił Bernard, siadając na wskazanym miejscu. Gdy chwycił podawany kielich, a pan Torryngton zasiadł naprzeciw niego, stuknęli się kielichami. Bernard upił tylko łyk, ale sędzie jednym haustem połknął wszystko. — Nie takiego wybranka wyobrażał pan sobie przy boku córki, prawda?

— Nie — odpowiedział. — Zdecydowanie nie. Ja i moja małżonka rozmyślaliśmy nad synem naszych sąsiadów, bardzo dobrym lekarzem. To miły chłopak. W twoim wieku, wasza książęca mość.

Bernard wiedział, co znaczyły te słowa.

— Rozumiem pana strach…

— Nie, nie rozumiesz, wasza książęca mość — przerwał mu pan Torryngton. — Boję się, że rola, w której niedługo znajdzie się Isabel, nie żony, ale królowej, okaże się dla niej za trudna. Że ciężar obowiązków przytłoczy ją do tego stopnia, że wyparuje z niej wszelka radość i pozostanie tylko skorupa. Przede wszystkim boję się jednak, że wasza miłość się wypali i będzie przy tobie trwać z obowiązku, nieszczęśliwa.

— Jeśli sędzia ma takie obawy, to dlaczego zgodził się na to małżeństwo? Mógł pan przecież odmówić. Nie sprzeciwiłbym się. Nie wziąłbym jej siłą.

— Bo cię kocha — odpowiedział. — Bo od kilkunastu tygodni wiecznie chodzi uśmiechnięta, szczęśliwa. Dajesz jej to, czego dla niej pragnę. Te obawy, to tylko obawy ojca. Jeśli któregoś dnia będziecie mieć córkę, zrozumiesz, o czym mówię, wasza książęca mość.

Bernard napiął się lekko, prostując plecy.

— Choć zapewne nie zdołam ugasić tych obaw, pragnę zapewnić, że włosy z głowy Isabel nie spadnie przy mnie. Jest dla mnie wszystkim i wszystko, co potrzebne jej zagwarantuję. Lekarza w chorobie, najlepsze suknie, biżuterię, pyszne jedzenie i dobre wino, a przede wszystkim moje dozgonne oddanie. Przysięgam to na tron, który któregoś dnia obejmę i na boginię Raaris, której służę.

Sędzia Torryngton przymilkł na chwilę. Nawet brew mu nie drgnęła, gdy w chwilach głębokiej ciszy przeszywał przyszłego zięcia przenikliwym spojrzeniem. Bernard dzielnie znosił cichy ostrzał. Dumnie piął głowę, by podkreślić prawdziwość swoich słów. Ten niemy pojedynek zwyciężył. Sędzia westchnął ciężko i uzupełnił kieliszek.

— To, co z tym posagiem? — zapytał, mocno chwytając kielich.

— Nie chcę posagu — powtórzył Bernard. — Jedyne, o co chcę jeszcze pana prosić to, by w dniu ślubu chwycił pan Isabel pod ramię i ją do mnie poprowadził. Tyle mi wystarczy.

— Napijmy się więc za to — powiedział sędzia i obaj raz jeszcze stuknęli się kielichami. Teraz Bernard nie odmówił sobie głębszego łyku półsłodkiego napoju.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (9)

  • Vespera miesiąc temu
    Lubię historię o młodych ludziach, którzy nagle muszą przejąć władzę, więc będę czytać dalej.
  • A.E.Black miesiąc temu
    Dziękuję!
  • Bajkopisarz miesiąc temu
    Zobaczymy jak długo pociągniesz prolog, żebym mógł cokolwiek o nim powiedzieć. Na razie trudno ocenić, czy nie wystarczyłoby zakończyć go na narracji Sigora, a dalej to już rozdział 1, ale może to się jakoś ułoży w całości. Na razie więc dam temu pokój.
    W treści jest nieźle, to co powinno, na razie bardzo spokojnie, bo nie ma żadnego konfliktu, choćby, że ojciec nie ma problemu z synem. Jakiś tam sługa który miesza, normalka, i towarzysz broni,który ma potencjał na najwierniejszego przeciwnika jak i zaciekłego wroga.
    To co mi nie pasuje, to sposób rozmowy młodego księcia z sędzią. Rozmawiają współcześnie, taka rozmowa mogłaby sie odbyć tu i teraz. Natomiast brakuje jednak odzwierciedlenia stosunku zależności (sędzia powinien mieć więcej szacunku do przyszłego króla) i stylizacji (forma wy). Oni nie są na równej stopie, a w realiach królów, książąt i władców generalnie to protokół jest ważny. Nawet jeśli to teść - zięć.
  • A.E.Black miesiąc temu
    No właśnie na początku pisałam formę wy, ale dialogi wydawały mi się tak sztywne, że ją porzuciłam. To książka fabularna, dziejąca się w wymyślonym świecie, a nie odwzorowanie prawdziwych realiów, więc stwierdziłam, że może mogę się jej pozbyć (przynajmniej w pierwszej wersji)
    Dzięki za komentarz!
  • Bukietkwiatow miesiąc temu
    Mimo wszystko nieco stylizacji umila oko. Ale cóż, masz rację, unikanie sztywnych dialogów jest ważne.
  • Bajkopisarz miesiąc temu
    A.E.Black - tam źle napisałem: rozmowa była nowoczesna, a nie współczesna :)

    Możesz napisać wszystko, bo to Ty kreujesz świat, więc król z pastuchem mogą gadać jak najlepsi kumple (w bajkach tak czasem jest). Czy to pomaga w odbiorze? Tylko jeśli jest dobrze uzasadnione. Takie relacje król-poddany są ugruntowane i się ich spodziewamy. Jeśli są inne, to coś dzwoni innym dźwiękiem niż zwykle i zwraca uwagę. A wtedy pada pytanie: pasuje toto czy nie?
  • Bukietkwiatow miesiąc temu
    "Król Dominic nie potrafił nie cieszyć się spokojem. Od narodzin towarzyszyła mu wojna, którą najpierw oglądał zza pałacowych murów, potem doświadczał jej u boku ojca — Bernarda II Walecznego — aż w końcu ten został zamordowany i przez piętnaście lat toczył ją na własną rękę. Gdy ta zakończyła się na skutek znacznych strat w ludziach, zawieszona z woli obu bóstw, nie poczuł się lżej. Niepokój, że wróg czaił się u bram, wzrastał w nim z każdym dniem i Bernard ten niepokój u ojca wyczuwał. Podobnie jak chęć podjęcia walki, mimo starego wieku, by przysłużyć się jeszcze jako władca".

    Jak to więcej jest, król cieszył się spokojem czy nie?

    Oraz nikt dobry w walce... czymkolwiek... nie obraca się w środki walki jak bączek.

    Nie mniej jednak praca jest dobrze napisana, opisy były co prawda nieco krótkie, ale to już najpewniej tylko moje gadanie.

    Mam pytanie, chociaż to może być spoiler, Bernard jest bohaterem tej opowieści? Jeśli tak, czemu?
  • A.E.Black miesiąc temu
    Dziękuję za komentarz, a odpowiadając na pytanie, jest bohaterem, ale drugoplanowym. To nie na nim będzie skupiać się historia w głównych wątkach. Cierpliwości! ;-)
  • Bukietkwiatow miesiąc temu
    Czy to nie jest nieodpowiedzialne? Bawić się w linię króli rządzącą prawowicie królestwem, nie mogącą dokonać czegoś złego?

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania