1. Wojny Bogów. Miecz Raaris - Prolog 1.2

Bernard drgnął przez sen, targnięty przez senną marę, która wyparowała wraz z uniesieniem powiek. Przez chwilę leżał w ciszy. Wpatrując się w sufit, rozkoszował się ciepłem nagiego ciała Isabel na swojej piersi. Ręką gładził jej plecy, nie dowierzając, że oficjalnie byli już małżeństwem.

Wczoraj, wczesnym popołudniem przyrzekli sobie miłość i wzajemne wsparcie w kaplicy bogini Sydion. Potem, wśród tłumu wiwatujących ludzi, na czele orszaku, ruszyli do pałacu. Bernard czuł się szczęśliwy i dumny, trzymając Isabel w swoich ramionach. Gdy na przyjęciu tańczyli w rytm żwawej muzyki, nie potrafił oderwać od niej spojrzenia. Była piękna odziana w szeroką suknię z kwitowymi wzorami, z wplecionymi we włosy kwiatami i diamentowym diademem jego prababki. Była piękna też i bez tego, później, gdy niemal nad ranem zostali sami i dali się ponieść miłosnemu uniesieniu.

Bernard ucałował Isabel w czoło chwilę przed tym, jak ona otwarła oczy i spojrzała na niego. Uśmiechnęła się promienie, a on wziął to za obietnicę dobrego dnia.

— Dzień dobry — przywitała się.

— Dzień dobry — odpowiedział. — Dobrze spałaś?

— Wyśmienicie — przyznała, przeciągając się leniwie. — Która godzina? Myślisz, że możemy jeszcze poleżeć?

— Nie będą nam przeszkadzać — zapewnił ją, całując mocno.

Isabel natychmiast oddała pieszczotę. Zaśmiała się, gdy zimna dłoń Bernarda zjechała wzdłuż jej nagich piersi, po brzuch i zatrzymała się na udzie. W jednej chwili obrócił ją tak, że Isabel znalazła się pod nim, ciasno oplatając nogi wokół pasa Bernarda. Był gotów w nią wejść, gdy ktoś gwałtownie załomotał w drzwi sypialni.

— Kurwa — przeklął Bernard. — CZEGO?

— Książę, to ja — usłyszał Leifa. — Wybacz, że przeszkadzam, ale to pilne. Twój ojciec nie ma się najlepiej. Kazał po ciebie posłać.

Bernard spojrzał na Isabel w tej samej chwili, gdy ona spojrzała na niego. Ciężko przełknął ślinę, a potem westchnął przeciągle. Jeszcze raz mocno ucałował Isabel i usiadł na brzegu łoża.

— Ubierzmy się — powiedział. — Jak będziesz gotowa, przyjdź do komnat ojca.

Isabel ucałowała go w nagie ramię.

— Nie martw się. Wszystko będzie dobrze.

Bernard szybko narzucił na siebie ubrania. Niechlujnie wciągnął koszulę w spodnie, na nią zarzucił tunikę. Wychodząc z komnat, zapinał ją szybko i wygładzał. Ruszył przed siebie, nawet nie racząc Leifa spojrzeniem.

— Bardzo z nim źle? — zapytał.

— Pluje krwią dość mocno, nabrał nad ranem silnej gorączki — wytłumaczył Leif. — Lekarz nie za wiele może pomóc. Dał królowi jakieś zioła, ale zwrócił je natychmiast. Dobrze się czujesz? — zapytał, widząc, bladą twarz przyjaciela.

— W porządku — zapewnił go.

— Noc poślubna się udała? Isabel nie narzekała?

Dopiero teraz Bernard spojrzał na przyjaciela. Nie potrafił odgadnąć czy Leif pytał serio, czy w żartach, by jakoś go rozluźnić.

— Aż tak bardzo wątpisz w moje umiejętności? — odparł więc, na co Leif pozwolił sobie na prychnięcie.

— Nie, skądże — odparł.

Dotarli pod komnaty królewskie. Straż wpuściła ich do środka i Bernard ujrzał swojego ojca, konającego w łożu, otoczonego przez lekarza i kilku ze swoich radców — w tym Abrama i Migsetta. Na widok młodego księcia wszyscy natychmiast odsunęli się o krok od umierającego.

Bernard stanął w nogach łóżka. Spojrzał na ojca, on na niego. Chwilę wpatrywali się w siebie w milczeniu, dopóki jego wysokości nie dopadł nagły napad kaszlu. Zakrył usta chusteczką, która zaczerwieniła się od krwi. Bernard odetchnął ciężko.

— Chodź tutaj — nakazał król Dominic, wskazując na miejsce obok siebie i Bernard ostrożnie przysiadł obok ojca. — Pamiętasz, jak będąc dzieckiem, pytałeś, czy Raaris uczyni cię wielkim wojownikiem?

Bernard uśmiechnął się na wspomnienie dziecięcych lat — tych nielicznych chwil, które spędzał z ojcem panem w świątyni Raaris, słuchając jego opowieści i mądrych słów.

— Pamiętam — potwierdził.

— Nawet dziś trudno mi odpowiedzieć na to pytanie — przyznał król Dominic i zakaszlał ponownie. — Być może będziesz miał to szczęście panować w latach bez wojny i Raaris nie będzie miała podstaw, by uczynić z ciebie mężnego woja. Niemniej musisz mieć świadomość, że któregoś dnia nasza wspaniała bogini zechce złożyć ci propozycję, tak jak zrobiła to mnie, wiele lat temu.

Bernard poruszył się niespokojnie, podobnie jak zebrani w komnacie ludzie. Pod bacznym okiem Abrama, Migsett wysoko uniósł brwi i nachylił się bardziej ku królowi, by lepiej słyszeć jego cichy głos.

— Rozmawiałeś z Raaris? — nie dowierzał Bernard. — Osobiście?

— Tak — potwierdził i kolejna porcja krwi zmoczyła chusteczkę w jego drżącej dłoni. W tym samym czasie do komnaty po cichu wślizgnęła się Isabel. Niczym duch przystanęła obok męża i krótkim uściskiem ramienia, dodała mu otuchy. Król Dominic spojrzał na nią przelotnie. — To był dziwny dzień. Właściwie ostatnie dni były dziwnie niespokojnie. Poszedłem do kaplicy, by prosić ją o radę i się pojawiła. Zaczęliśmy rozmawiać. Złożyła mi propozycję.

— Co to była za propozycja, ojcze? — zapytał Bernard.

— To nie jest teraz ważne. Istotne jest, że nie mogłem, nie potrafiłem spełnić jej woli i teraz, czując za plecami czyhającą na mnie Filię, przyznaję się, że z czystego tchórzostwa.

Bernard nie dowierzał.

— Odmówiłeś bogini? Patronce naszego królestwa? Ojcze…

— To było głupie, wiem — przyznał król Dominic. — Ale ona nie była zła. Przytknęła jedynie głową i powiedziała: „To twoja wola, nie zmienię jej, choć bardzo bym chciała. Któregoś dnia, gdy na tronie zasiądzie twój następca, przyjdę do niego z tą samą propozycją, a jeśli i on mi odmówi, to pojawię u następnego i u następnego, i tak aż do skutku, aż w końcu ktoś się zgodzi”.

Isabel mocniej ścisnęła ramię Bernarda, czując, jak się spina. Ona sama zapragnęła usiąść, bo nogi jej drżały, a krew odpłynęła z twarzy. Nie zrobiła tego jednak. Krótko spojrzała ku Leifowi, by przekonać się, że tylko on spośród zebranych pozostał niewzruszony.

— Spodziewaj się więc, że któregoś dnia Raaris do ciebie przyjdzie, mój synu — ciągnął król Dominic. — I złoży ci propozycję, którą niegdyś złożyła mnie. Moją ostatnią radą, którą ci udzielę, to byś jej nie odmawiał.

— Obiecuję, że nie odmówię — zapewnił go Bernard, ale król Dominic pokręcił głową. Napad krwistego kaszlu przedłużył moment, zanim znów się odezwał.

— Nie obiecuj rzeczy, których nie jesteś pewien. To tylko rada. Zrobisz tak, jak będziesz uważał.

Zakaszlał ponowie, tym razem gwałtowniej i podbiegł do niego lekarz z kielichem z lekarstwem, którego łyk król Dominic upił niepewnie. Potem spojrzał na Bernarda i Isabel.

— Obiecajcie mi, że żadnego z waszych synów nie nazwiecie po mnie. To straszne imię jeszcze nigdy nie przyniosło chluby naszemu rodowi. Imiona to ważna sprawa. Niewielu zdaje sobie sprawę, jak potężną mają siłę.

— Obiecujemy — powiedziała Isabel, gdy Bernard się nie odezwał.

Dominic skinął ku niej. Chwilę później za oknem pojawił się kruk. Przysiadł na parapecie i zastukał w okno, a potem kraknął głośno, wydawać by się mogło, że radośnie i odleciał ku błękitnemu niebu.

Bernard z mocno zaciśniętą szczęką obserwował, jak jego ojciec bierze ostatni wdech i zamka oczy. W jednej chwili głowa opadła mu bezwładnie, a z rozchylonych ust wyleciała stróżka krwi. Ciężko przełknął ślinę. Serce młotem łomotało mu w piersi, żołądek skręcał się z emocji. Czując, że delikatna dłoń Isabel zsunęła się z jego ramienia, wstał na drżących nogach.

Ostrożnie się obrócił i ujrzał wszystkich, powoli się przed nim kłaniających. W końcu Migsett odzyskał mowę i poważnie rzekł:

— Niech żyje król!

— Niech żyje król! — zawtórowała mu reszta.

Bernard był jedynie w stanie spojrzeć na okno, za którym wolno opadało czarne krucze pióro.

 

* * *

 

Bernard z niepokojem wyjrzał za okno. Wzdłuż głównej ulicy prowadzącej od pałacu prosto pod jedną z bram Katedry Bogini Raaris ustawił się tłum mieszkańców Lwiej Skały i przyjezdnych z okolicznych miast, w szmerze i napięciu oczekujących na koronację oraz orszak.

Pogoda dopisywała. Od rana świeciło słońce i wiał lekki wiatr. Bernarda to cieszyło. Pamiętał, jak niańki mu opowiadały, że podczas koronacji jego dziadka, zerwała się tak silna burza, że niewielu odważyło się wyjść ukłonić się przed nowym królem. Sam Bernard Waleczny ledwo dotarł spod świątyni do pałacu, gdzie natychmiast przygotowano mu gorącą kąpiel, by nie złapał choroby.

— Książę.

Bernard drgnął i uśmiechnął się krótko. Obrócił się i zobaczył Leifa. Niemal natychmiast pozazdrościł mu wygodnego, czarnego fraka, bogato zdobionego na przodzie i wzdłuż rękawów oraz ciasno zapiętej, identycznie wyszytej kamizelki.

— To ostatni raz, kiedy możesz mnie tak nazywać — zauważył.

Leif również nie omieszkał się uśmiechnąć. Podszedł bliżej przyjaciela, uważając, by nie zdeptać ciężkiego trenu zdobionego lwim futrem, z ogromną lwią paszczą w postaci kaptura, który gładko rozciągał się na plecach Bernarda i podłodze za nim.

— Będziesz za tym tęsknił? — zapytał Leif.

— Co innego być księciem, a co innego królem — odparł.

— Zawsze możesz liczyć na moją pomoc, dobrze o tym wiesz. Pójdę za tobą, choćby na koniec świata, choć wolałbym pod mury zamku Vartuzii.

Oboje zaśmiali się wesoło, jak za nocy, gdy podpici winem snuli plany podboju wrogiego im królestwa i marzyli o sławie, którą to zwycięstwo by im zapewniło.

— Leif, jesteś moim najlepszym przyjacielem — powiedział Bernard, zmieniając ton głosu na poważniejszy, a zaniepokojony Leif napiął plecy. — Znakomitym rycerzem, dobrym strategiem i wiernym poddanym. Cenię sobie twoje zdanie. Twój mentor i nauczyciel, sir Abram, również. Oboje jesteśmy zgodni co do tego, że w przyszłości zajmiesz jego miejsce. Gdy już oficjalnie zostanę królem i wszystko trochę się uspokoi, chciałbym cię włączyć do królewskiej rady jako prawą rękę sir Abrama i jego następcę.

Leif poruszył się niespokojnie.

— Będę zaszczycony — powiedział, kłaniając się lekko. — To duża odpowiedzialność, ale podołam jej.

— Wiem, Leif — odparł Bernard. — Inaczej nie powierzałbym ci tego stanowisko.

Obaj uśmiechnęli się do siebie raz jeszcze.

— Chodźmy, książę — zarządził Leif. — Pora zrobić z ciebie króla.

Gdy zeszli na dziedziniec przed pałacem, orszak już czekał. Konie prychały, kopytami stukały o kamień. Straż króla dyskutowała w ciszy między sobą, powtarzając ostatnie plany i zalecenia sir Abrama. Wśród nich, przy białych koniach podpiętych do karety, czekała Isabel otoczona przez swoje dwórki, poprawiające jej jasną suknię ze złotymi zdobieniami i tren podobny do tego Bernarda, ale zakończy kapturem z głowy lwicy. Upięte włosy odsłaniały szyję i pierś zdobioną przez klejnoty.

Bernard ucałował ją w czoło na powitanie.

— Wyglądasz przepięknie — powiedział. — Gotowa?

— Cała się trzęsę — przyznała. — Takiej tremy nie miałam nawet przed ślubem.

Bernard ścisnął jej drżące dłonie, by dodać Isabel wsparcia i otuchy.

— Będę tuż obok — zapewnił ją. — To tylko chwila. Na uczcie będziemy w mniejszym gronie. Pozwól, pomogę ci wsiąść.

Chwycił jej dłoń i pomógł zasiąść na obitych miękkimi poduszkami siedzeniach karety, a potem sam usiadł obok i dał Abramowi znać, że mogą ruszać.

— NA KONIE! — krzyknął sir Abram i dziesięciu rycerzy wskoczyło na wierzchowce. Sam Abram stanął na ich czele. Główna brama zamku otwarła się i ruszyli.

Najpierw rycerze przyozdobieni w najlepsze stroje, z mieczami u boku. Za nimi chorąży koronny niósł chorągiew królestwa zwiniętą na znak, że nowy król nie miał jeszcze pełni władzy. Potem kareta królewska, powożona przez eleganckiego, doświadczonego w swojej profesji woźnicę. Za nimi, również na koniach, Leif oraz członkowie rady królewskiej. Na końcu dwórki królowej z rodzinami przy boku. Za nimi z wolna ruszali wiwatujący mieszkańcy, by towarzyszyć młodym w ich ostatniej podróży jako książę i księżna.

Bernard i Isabel spokojnym gestem dłoni pozdrawiali zebrany tłum, który z każdą sekundą przywierał na wrzawie, a od czasu do czasu zerkali ku celowi podróży — olbrzymiej katedry.

Wznoszona przez ponad pięćdziesiąt lat Katedra Bogini Raaris była drugim co do wielkości budynkiem w mieście. Prowadziły do niej cztery żelazne bramy. Wybudowana na planie centralnym, w środkowej części przykryta była złotą kopułą. Znajdujące się na wschodzie ogrody, od świątyni oddziałał niewielki dziedziniec, otoczony krużgankami wspartymi na trzydziestu ośmiu kolumnach.

Przy głównej bramie czekali na nich trębacze, którzy zadęli w instrumenty, gdy zbliżyli się znacznie. Muzyka zlała się z ogólnym szmerem. Powstały hałas odurzył na chwilę Bernarda. Oprócz trębaczy znalazło się też miejsce dla ważnych lordów, baronów i margrabiów, którzy zjechali na ten ważny dzień do stolicy, a także dla rodziny Isabel, urzędników i sędziów. Na ich czele stał główny kapłan świątyni, ubrany w swoje najlepsze szaty, gotowy do rozpoczęcia ceremonii.

Zatrzymali się przed bramą. Bernard wysiadł i Leif, który ledwo zeskoczył z konia, zabrał się za prostowanie jego trenu. Gdy Isabel stanęła obok niego, podał jej rękę, a ona chwyciła ją delikatnie i wolno ruszyli ku kapłanowi.

Kapłan Elling był już starszym mężczyzną, posiwiałym z długą brodą. Mimo to prezentował się walecznie i krzepko. Był jednym z niewielu, którzy walczyli u boku Bernarda Walecznego i dożyli tak sędziwego wieku, najlepszym kapłanem ostatniego stulecia, a mówiono także, że i najlepszym wojownikiem ostatniego stulecia.

Stanęli przed nim, trąby ucichły, a i powoli tłum się uspokajał. W końcu na placu przed katedrą zaległa całkowita cisza i kapłan się odezwał.

— Zebraliśmy się tu, by uczynić tę dwójkę niedawno zaślubionych młodych ludzi królem i królową Vraven, królestwa naszej wspaniałej bogini Raaris. Każda koronacja jest dniem równocześnie radosnym i smutnym. Radosnym, bo nowa krew przejmuje władzę, by służyć Raaris. A smutna, bo jest to jednocześnie dzień, w którym żegnamy poprzedniego władcę. Przejdźmy, proszę, do ogrodów.

Ogrody królewskie znajdujące się przy pałacu były dużym terenem pełnym drzew, fontann i wąskich strumieni. Wśród nich znajdował się plac zrobiony z kamienia, na którym kładziono zwłoki zmarłych członków rodziny królewskiej. W dniu koronacji syn lub córka, oddawali zmarłemu rodzicielowi cześć, dawali mu raz na zawsze odejść, a potem sami kierowali się do świątyni, by móc przejąć tytuły.

Bernard niepewnie stanął przed kamieniem, na którym w całunie leżał jego ojciec. Otoczony przez stos drewna — a także kwiaty i inne podarki od mieszkańców, którzy przez ostatnią dobę mieli prawo do pożegnania się władcą — król Dominic ginął w kupie otaczających go rzeczy.

Isabel niepewnie ścisnęła rękę Bernarda. Tutaj towarzyszyli im tylko najważniejsi — radcy i rycerze, najbliższa rodzina, kilku kolejnych kapłanów. Ptaki ćwierkały w drzewach, a wypadające spomiędzy liści promienie słońca padały na stos pogrzebowy.

— Oto nadszedł czas, by pożegnać poprzedniego władcę — zarządził Elling.

Została Bernardowi podana pochodnia, którą chwycił mocno. Podszedł bliżej ojca i stanął z boku, bo wszyscy mogli go usłyszeć.

— Mój ojciec był dobrym władcą, choć sam tak nie uważał. Radził sobie podczas wojny, a także i po niej. Przekazał mi wiele cennych rad i nauk. Wpoił ważne lekcje i przygotował do bycia królem najlepiej, jak potrafił. Ojcze, obiecuję podążać ścieżką, którą mi pokazałeś, rządzić wedle twoich rad. Niech Raaris ma cię w opiece po wieczność tych dni w zaświatach.

Przyłożył pochodnię do stosu. Namoczone oliwą drewno natychmiast pochwycił ogień i cały stos stanął w skwierczących płomieniach.

Nad ich głowami przeleciał kruk.

— Taki oto koniec życia. Strawieni płomieniami zostaniemy wszyscy. Nie ważne czy biedni, czy bogaci, waleczni czy nie, uczciwi czy wręcz przeciwnie. Pozwólmy duszy Dominica Trzeciego odlecieć w spokoju.

Ostatni raz oddali cześć zmarłemu królowi, kłaniając się ku stosowi i w ciszy wycofali się ku wejściu do katedry. Tam ostatni raz wygładzono ciężkie treny i zostawiono przyszłych władców samych. Gdy ponownie rozbrzmiały trąby, Isabel raz jeszcze chwyciła dłoń Bernarda.

— Gotowy? — tym razem ona zapytała jego.

— Powiedzmy.

Ruszyli i straż otwarła przed nimi wysokie, ciężkie dwuskrzydłowe drzwi. Zebrani stali po dwóch stronach katedry, tworząc szeroki korytarz. Ich spojrzenia natychmiast padły na Bernarda i Isabel, a odwracały się od nich tylko w momencie, gdy przez krótką chwilę wykonywali pokłon.

W środku świątynia prezentowała się bogato, ale dość mrocznie. Stojąca przy prawej ścianie fontanna, przyozdobiona została olbrzymim posągiem bogini z tarczą w ręce i lwem przy nodze. Na końcu znajdował się ogromny, kamienny ołtarz, przy którym można było zostawiać dary. Ozdabiały go złote elementy i wymalowane na ścianach sceny z życia bogini. Tam właśnie czekał na nich Elling w towarzystwie innych kapłanów, trzymających na poduszkach korony oraz regalia.

Gdy stanęli, a muzyka ucichła, Elling przemówił. W świątyni jego głos brzmiał donośnie i poważnie, jakby przemawiała przez niego sama Raaris.

— Ciężar obowiązków, który spadnie za chwilę na ramiona stojących przed obliczem Raaris młodych ludzi, będzie im towarzyszył po kres ich dni. To odpowiedzialność, ale i zaszczyt móc zostać bezpośrednim zwierzchnikiem wielkiej bogini. Głową królestwa Vraven.

Przymilkł na chwilę, rozglądając się po zebranych, a na koniec spojrzał na Bernarda, dając mu znak skinięciem głowy, że pora przejść do najważniejszej części.

Bernard nabrał więcej powietrza w płuca. Patrząc na wykute w marmurze oblicze Raaris i jej córki, przykląkł przed Ellingiem.

— Czy ty Bernardzie, synu Dominica i Margerie, zamierzasz rządzić sprawiedliwie?

— Zamierzam — odpowiedział Bernard.

— Czy obiecujesz chronić Vraven? Wyruszyć na wojnę pod sztandarami królestwa, gdy nadejdzie czas?

— Obiecuję.

— I najważniejsze, czy przykażesz służyć bogini Raaris, czcić ją z należytym szacunkiem i wypełniać jej wolę bez sprzeciwów?

— Przyrzekam.

— Moi mili — kapłan Elling zwrócił się ku zebranym. — Czy jesteście gotowi służyć obecnemu tu Bernardowi po kres jego lub waszych dni?

— Jesteśmy! Jesteśmy! Jesteśmy! — chórem odpowiedzieli zebrani i musiała minąć chwila, nim ich głosy wsiąkły w ściany katedry, powodując ponowną ciszę.

— Zwracam się teraz do naszej bogini. Raaris, czy obecny tu Bernard jest według ciebie godzien przejęcia tronu?

Bernard nie spodziewał się odpowiedzi. Od setek lat Raaris nie dała wyraźnego błogosławieństwa przyszłemu królowi. Nawet jego dziadek nie został owym zaszczycony, a mówi się, że był najlepszym królem obecnego tysiąclecia. Trudno było zgadnąć, czym należało się wykazać, by zostać pobłogosławionym w czasie koronacji.

Oczywiście zdarzały się przypadki, gdy Raaris jasno wyrażała swój sprzeciw. Podczas koronacji Richarda, zwanego Paskudnym, piorun cztery raz uderzył w złotą kopułę i uroczystość została przerwana, a niedoszłego króla powieszono. Gdy na tron miał wstąpić Clement, zwany Złośliwym, to katedry wbiegł lew i zagryzł Clementa na oczach wszystkich. Jego miejsce natychmiast zajął jego brat Augustus, o wiele młodszy i mądrzejszy. Był jak dotąd najdłużej panującym władcom Vraven.

Bernard nie otrzymał błogosławieństwa, sprzeciwu również, więc kapłan Elling przystąpił do kontynuowania uroczystości. Ostrożnie sięgnął po długi miecz trzymany przez młodszego kapłana na poduszce i podniósł go nad głowę Bernarda.

— Tak jak twój ojciec dziad i pradziad, tak i ty, Bernardzie, dzisiaj dostajesz miecz. Symbol monarszej władzy wojskowej i sądowniczej. Niech doda ci odwagi w boju, a w czasie pokoju przypomina o krwi przelanych braci.

Bernard ujął miecz. Nowy, piękny miecz, gładko leżał mu w dłoni. Gdy wymachnął mi tradycyjnie, nakreślając „x”, poczuł jak lekka była broń. Spojrzał na rękojeść i szybko rozpoznał, że miecz był robotą najlepszego kowala w Lwiej Skale — starego Edmunda, którego rzemiosło słynne było nawet poza granicami królestwa.

Gdy Bernard chował miecz do pochwy, Elling sięgał już po gruby łańcuch ze złota, opatrzony przez lwią paszczę, rozdziawioną i groźną.

— Przyjmij ten oto łańcuch. Symbol królów i królowych. Niech co dzień przypomina ci o ważności piastującego stanowiska.

Łańcuch był ciężki i zimny. Bernard powstrzymał się, by nie otrząsnąć się od lodowatego dotyku metalu na szyi. Ciężar ozdoby przygniótł go do ziemi jeszcze bardziej, powielił stres i przyśpieszył bicie i tak już mocno uderzającego serca. Oblał go pot, a w uszach zaszumiało niebezpiecznie.

Elling sięgnął po ostatnią rzecz — koronę. Zrobiona ze złota obręcz zdobiona była diamentami. Krzyżujące się powyginane kabłąki zwieńczono kulą. U dołu obita była miękkim futrem, by nie ześlizgiwała się z głowy.

— Oto ostatnie insygnium. Główny znak pełnej władzy monarszej. Niech jej ciężar nie zamąci ci w głowie, nie przytłoczy ani nie wprawi w szaleństwo.

Elling ostrożnie wcisnął koronę na głowę Bernarda, który natychmiast poczuł, jak od ciężaru korony, głowa ucieka mu w bok. Szybko napiął kark, by trzymać się prosto.

— Na mocy nadanych mi praw kapłańskich czynię cię królem Vraven, zwierzchnikiem bogini Raaris. Powstań Bernardzie Trzeci i dzierż swój piastunek.

— Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje! — wykrzyknęli zebrani, gdy Bernard podnosił się powoli. Gdy obrócił się ku nim, szybko wymienił spojrzenie z Leifem, by dodać sobie otuchy i wyciągnął rękę ku czekającej w zniecierpliwieniu Isabel.

Gdy chwyciła jego dłoń, Bernard zdziwił się, że nie drży, a jest spokojna. Cały stres z rana gdzieś się z niej ulotnił i Bernard zrozumiał, że spowodowany był nie strachem o jej wystąpienie, a obawą, że Raaris nie uzna go za godnego tronu. Pewnie i opanowania uklękła przed nim.

— Czy ty Isabel Torryngton, córko Urica i Ester, zamierzasz rządzić sprawiedliwie u boku męża? — zapytał Elling.

— Zamierzam — odpowiedziała spokojnie Isabel.

— Czy obiecujesz chronić Vraven? Rządzić wytrwale i dzielnie pod nieobecność króla, stawiać czoła wyzwaniom?

— Obiecuję.

— I najważniejsze, czy przykażesz służyć bogini Raaris, czcić ją z należytym szacunkiem i wypełniać jej wolę bez sprzeciwów?

— Przyrzekam.

— Rodacy — kapłan Elling zwrócił się ku zebranym. — Czy jesteście gotowi służyć obecnej tu Isabel po kres jej lub waszych dni?

— Jesteśmy! Jesteśmy! Jesteśmy! — odpowiedzieli zebrani.

— Zwracam się teraz do naszej bogini. Raaris, czy obecna tu Isabel, żona Bernarda Trzeciego, jest według ciebie godna tronu?

Ponownie nic się nie stało. Nie było błogosławieństwo ani wyraźnego sprzeciwu, choć i one w przypadku małżonków królewskich się zdarzały. Bernard odetchnął i z ulgą zajął miejsce kapłana. Sięgnął jeszcze po pazur — ostry i długi — przyczepiony do złotej obrączki. Ujmując dłoń Isabel, włożył go na środkowy palec prawej ręki.

— Tak jak moja matka i babka oraz wszystkie poprzednie królowe Vraven, tak i ty, Isabel Terryngton, dostajesz dzisiaj pazur lwicy. Symbol królowych, protektorek nie tylko ogniska domowego, ale również terytorium. Niech doda ci odwagi, pozwoli ustrzec rodzinę i państwo przed głodem.

Pazur zatrzymał się w połowie palca Isabel. Już z jednym wyglądała, jakby miała rzucić się na ofiarę, a co dopiero, gdyby miała ich pięć. Poczuła się z nim pewniej i władczo.

Teraz Bernard sięgnął po gruby łańcuch ze złota — dokładnie taki sam jak ten jego i uniósł go nad głowę małżonki.

— Przyjmij ten oto łańcuch. Symbol królów i królowych. Niech co dzień przypomina ci o ważności piastującego stanowiska.

Isabel wyraźnie poczuła jego ciężar na szyi i ramionach. Zimny dotyk metalu sprawił, że dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa i skumulował swą siłę w dole pleców.

W dłoniach Bernarda znalazła się ostatnia rzecz — korona. Zrobiona była podobnie, co jego, ale była znacznie mniejsza. Na kabłąkach ozdabiało ją za to więcej diamentów.

— Oto ostatnie insygnium — powiedział. — Główny znak pełnej władzy monarszej. Niech jej ciężar nie zamąci ci w głowie, a jedynie przypomina o ważnej roli, jaką od teraz będziesz pełnić w życiu poddanych.

Bernard niezwykle delikatnie włożył koronę na głowę Isabel. Uważał przy tym, by nie zepsuć zbytnio jej fryzury. Gdy w końcu korona znalazła się na swoim miejscu, a Isabel spojrzała na niego, dodał:

— Na mocy nadanych mi praw monarszych, czynię cię królową Vraven, zwierzchnikiem bogini Raaris. Powstań Isabel Torryngton i dzierż swój piastunek.

— Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!

Bernard pomógł wstać Isabel i oboje ustawili się przodem do zebranych, tylko na chwilę zerkając na siebie krótko.

Kapłan Elling cały radosny obwieścił:

— Oto Bernard Trzeci, król Vraven oraz Isabel Torryngton, królowa Vraven, chwała im i cześć!

— Chwała! — krzyknęli zebrani w katedrze, by natychmiast paść na kolana i oddać cześć nowym władcom. W tej samej sekundzie ożywili się też trębacze. Wesoła muzyka rozbrzmiała w katedrze i poza nią. Bernard i Isabel powoli skierowali się ku wyjściu.

Ledwo wyszli na zewnątrz, a wiwatujący tłum przybrał na sile. Ustawieni po obu stronach wejścia do katedry rycerze stanęli na baczność, tworząc z mieczy tunel, pod którym młodzi monarchowie przeszli spokojnie, by pozdrowić swoich poddanych, rzucających ku nim kwiaty.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Bukietkwiatow miesiąc temu
    "ale zakończy kapturem z głowy lwicy"
    Zakończonym? To miało chyba być zakończonym...

    "Był gotów w nią wejść, gdy ktoś gwałtownie załomotał w drzwi sypialni"
    Biedaczysko... Brzmi jakby to był góra trzeci raz dla biednego Bernarda. Bez urazy...
  • Bajkopisarz miesiąc temu
    Jest dobrze pod tym względem, że nie gnasz na złamanie karku z fabułą, tylko powoli snujesz opowieść. Nie ma pośpiechu i to duży plus. Czytało się płynnie, są gdzieniegdzie mankamenty zaimkowe, ale nie takie znowu straszne.
    Cały czas nie ma jasnego sygnału, kto swój a kto wróg, więc jeszcze wszystko możliwe, ale zaraz powinien już się jakiś drań pojawić (albo łajdaczka), aby czytelnicy zrozumieli, po co to wszystko jest.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania