1. Wojny Bogów. Miecz Raaris - Prolog 1.3

Sala tronowa pałacu w Lwiej Skale była wysoka, trochę przyciemna za sprawą szarawego kamienia i ciemnych filarów, z których została wybudowana. Co prawda paliły się świece w żyrandolach i paleniska, ale przez czyhającą za oknem noc, w środku i tak panował półmrok. Nie przeszkadzało to biesiadującym dobrze się bawić.

Bernard i Isabel siedzieli na tronach na końcu pomieszczenia. Obok Bernarda siedział kapłan Elling, dalej sir Abram z żoną, obok niego Migsett. Po prawej od Isabel siedziała sędzina Najwyższego Sądu Vraveńskiego, obok niej jej małżonek, również sędzia, a dalej ich córka, jednocześnie dwórka Isabel, gotowa w każdej chwili usłużyć królowej. Przed nimi ustawiono stół, na którym znalazły się wspaniałe potrawy — pieczone kaczki i przepiórki, gotowane ziemniaki, pasztety i dżemy, słodkie wina.

Prostopadle do nich, wzdłuż najdłuższych ścian, zostały ustawione jeszcze dwa stoły. Przy nich zasiadała reszta. Pozostali członkowie rady, pomniejsi kapłani, rodzina Isabel, margrabiowie, baronowie i lordowie. Wszyscy rozmawiali głośno, świętując wstąpienie na tron nowego króla, jednocześnie wspominając i wychwalając poprzedniego.

— Czy wasza wysokość jest gotowy na jutrzejszy turniej rycerski? — zapytał nieśmiało kapłan Elling, ówcześnie ocierając brodę serwetką.

— Nie mogę się doczekać — przyznał Bernard. — Słyszałem plotki, że nawet sama przeorysza eremu zdecydowała się wziąć udział.

— Też doszły mnie takie słowa — potwierdził Elling. — To byłoby naprawdę niesamowite starcie, gdyby nasz drogi Abram stanął do walki z szefową zakonu Thodeii.

Usta Abrama drgnęły w uśmiechu na tę zaczepkę.

— Daleko mi zdolnościami do tej kobiety, do kogokolwiek z opactwa — odparł Abram. — Poświeciły życie walce, to czyni je najlepszymi.

— Zbyt surowo siebie oceniasz, Abramie — stwierdził Bernard. — Ręczę słowem, że jesteś znakomity. Trudno ci po prostu ocenić własne zdolności, bo nigdy nie widziałeś się w boju.

— Dziękuję, wasza wysokość, pochlebia mi to. Niemniej nie ma na naszych ziemiach lepszych wojów i wojowniczek od kobiet z eremu Thodeii. Różnica między nimi a mną jest tak, że one walczą, dużo i szybko. Szkolą się we wszystkich potrzebnych im profesjach, nie marnują czasu na inne, mniej im ważne czynności. Na przykład ja, oprócz wojowania, rządzę też strażą królewską, zasiadam w radzie, dbam o swoich rycerzy, sprawdzam, by konie były silne i zdrowe. To dodatkowe obowiązki, które dają mi radość, ale odbierają czas, które one poświęcają na trenowanie. Dlatego stawiam się pod nimi, a nie ponad.

— Wypijmy za twoją skromność, Abramie — Bernard wzniósł toast.

Chwilę później niewielkie orkiestra zaczęła grać skoczną melodię i ludzie zaczęli tańczyć. Nawet Bernard nie odmówił Isabel krótkiego tańca, choć nie bardzo odpowiadała mu ta forma rozrywki. Z radością oddał więc żonę w ręce ojca, a sam odstąpił na bok. Leif niczym cień znalazł się tuż obok niego.

— Dobrze sobie dzisiaj poradziłeś — powiedział, uśmiechając się.

— Dziękuję — odpowiedział Bernard. — Nie było tak źle.

Nie miał już na sobie korony koronacyjnej, insygniów ani ciężkiej togi, a mimo to nadal odczuwał ich ciężar na ciele, przez co poruszał się wolniej i ospale. Mogła to też być sprawka wina i indyka, którego zjadł dość dużo.

— Rozmawiałem przed chwilą z Abramem — Leif niepewnie rozpoczął temat. — Kazał mnie cię prosić o wstawiennictwo u przeoryszy eremu bez względu na to, czy przyjedzie na turniej, czy też nie.

— W jakiej sprawie? — zapytał Bernard.

— Żebym się u nich szkolił przez następny rok. Abram uważa, że dałoby mi to znakomite referencje jako przyszłego członka rady, a także doskonałe wyszkolenie w bitwach, pojedynkach, tropieniu i innych przydatnych rzeczach.

— Chcesz mnie opuścić? — nie dowierzał. — Na rok? I zostawić na pastwę Migsetta.

— Tylko za twoim pozwoleniem, wasza wysokość — powiedział Leif, lekko kłaniając się do przodu. — Jestem też pewien, że Isabel godnie wypełniłaby pustkę spowodowaną moim zniknięciem.

Bernard pokręcił głową ni to z niedowierzaniem, ni z rozbawieniem. Nie widziało mu się żegnać z Leifem na rok. Ta spora ilość czasu go przerażała. W rok mogło zdarzyć się wiele. Mogło urodzić mu się pierwsze dziecko, ktoś mógł zabić Isabel, on sam mógł zginąć w niewyjaśnionych okolicznościach, co gorsza mogła wybuchnąć wojna, a Bernard nie wyobrażał sobie ruszać do boju bez przyjaciela u boku.

— Dobrze — zgodził się. — Masz moje wstawiennictwo. Pomówię lub wymienię kilka listów z przeoryszą.

— Dziękuję, wasza wysokość — powiedział Leif.

— No proszę — trzeci głos włączył się do rozmowy — młody Leif w klasztorze.

Migsett wcisnął się między nich. Był lekko podpity, ale nie na tyle, by tracić fason, seplenić czy kiwać się na boki. W dłoni trzymał puchar z winem i gdy mówił, wymachiwał nim dość gwałtownie.

— Masz coś przeciwko? — zapytał Bernard.

— Nie, skądże. Myślę nawet, że to znakomita okazja dla przyjaciela waszej wysokości, by poznać świat i zobaczyć, jak wiedzie się życie poza murami pałacu, w których niemalże się wychował.

Leif zmrużył w gniewie oczy, gdy Migsett spojrzał na niego z wyższością i rozbawieniem. Nie było nowością, że Migsett i Leif się nie lubili. Leif jako niemowlak został przygarnięty przez Abrama, podarowany jego żonie, by ukoić stratę po śmierci pierwszego dziecka. Gdy Leif zaczął wykazywać się inteligencją i sprytem, i gdy niesamowicie zaczęło go ciągnąć do łuków i mieczy, Abram zaczął go szkolić. Gdy Leif i Bernard się zaprzyjaźnili, Migsett zaczął namawiać króla Dominica do zerwania tej przyjaźni, tłumacząc się niewiadomym pochodzeniem Leifa. Tak naprawdę chciał, by jego własny syn został najlepszym przyjacielem księcia. Migsett nawet próbował z tego tytułu zamordować Leifa, ale mu się to nie udało. Jednocześnie nic mu nie udowodniono i zachował posadę sekretarza. Niemniej uraz pozostał.

— Migsett, ja wiem, że pałacie do siebie wzajemną nienawiścią, ale trzymaj ją na wodzy. Jeśli będzie potrzeba, ciebie też mogę się na rok pozbyć.

— I co niby miałbym robić, wasza wysokość? Zbierać podatek? — zadrwił.

— To dobry pomysł! — zauważył Bernard. — W kwestii pieniędzy akurat jesteś nadzwyczaj uczciwy.

Leif stłumił śmiech krótkim kaszlnięciem. Tymczasem Bernard nawet nie mrugnął. Migsett również, ale bardziej ze strachu przed władczym spojrzeniem młodego króla niż z pewności siebie.

— Na miejscu waszej wysokości, bardziej niż podatkiem interesowałbym się słowami, które twój ojciec wypowiedział na łożu śmierci. Wszyscy je słyszeli, wszyscy są również ciekawi, czego czcigodna Raaris będzie od ciebie chciała. Nie sądzisz, panie, że modlitwami i ofiarami, trzeba by je było dać znać, że gotów jesteś poznać jej wolę? To nie rozkaz, a rada, bo to właśnie radcą jestem.

— Bardziej niż moją wiarą pomartwiłbym się na twoim miejscu zajmowanym stanowiskiem, bo ręczę własną koroną, że jak dalej będziesz sobie pozwalał na takie zachowanie, to długo sekretarzem nie pobędziesz. Mój ojciec mógł cię lubić, mógł przymykać oko na to, czy na tamto, ale nie jestem moim ojcem. Czy to jasne?

Migsett ciężko przełknął ślinę, a kłaniając się nisko, powiedział:

— Jak słońce, wasza wysokość, jasne jak słońce.

I odszedł pośpiesznie, nie chcąc bardziej denerwować króla. Nie przeszkodziło mu to jednak pchnąć przechodzącej służącej i zwrócić na siebie uwagę kilku osób. Bernard i Leif odprowadzali go wzrokiem, dopóki ten nie zniknął im z oczu.

— Migsett to kanalia — powiedział ten drugi. — Mogę go nie lubić, trzymać w sercu urazę, ale muszę mu dzisiaj przyznać rację.

— Co? — zapytał Bernard.

— Gdy umarł twój ojciec i powiedział, co powiedział, zaczęły krążyć plotki.

— Jakie?

— Różne. Że Raaris miała plan, by przejąć Vartuzię i chciała posadzić Dominika na drugim tronie, ale ten stchórzył i odmówił. O sojuszu przez małżeństwo z którymś z innych królestw, ale król odmówił nie chcąc poświęcać twoje matki, swojej ukochanej. Wiele innych też.

Bernard westchnął ciężko i spojrzał na uśmiechniętą Isabel, która tańczyła właśnie w objęciach brata. Gdzieś obok nich tańczył Abram ze swoją żoną i najwyższa sędzina z mężem. Do dalszych pląsów zachęcali ich klaszczący goście i nieprzestająca grać orkiestra.

— Nie będę odpowiadać za czyny swojego ojca — powiedział Bernard. — Nie zamierzam też za nie przepraszać. Gdy Raaris do mnie przyjdzie, wysłucham jej i podejmę słuszną według mnie decyzję. Nawet Migsett nie będzie w stanie jej zmienić.

— Miej tylko na uwadze, drogi przyjacielu, że któregoś dnia być może skończy jej się cierpliwość i postąpi według swojej woli. Żebyś tylko w takiej sytuacji, nie dostał rykoszetem.

Bernard już nic nie powiedział. Spojrzał tylko na przyjaciela, a potem odszedł, w tylko sobie znanym kierunku, a straż cicho przemknęła za nim.

 

* * *

 

Ledwo Bernard wolno wsunął się przez szparę w drzwiach, a Isabel znalazła się przy nim, całując krótko w suche usta i pomagając zdjąć wierzchnią część odzienia.

— Wyglądasz mizernie — stwierdziła.

— Wykończyły mnie dzisiejsze rozprawy — powiedział Bernard, siadając w wygodnym fotelu. Isabel podała mu kielich z winem i sama usiadła obok. — W końcu wiem, dlaczego mój ojciec wracał taki zmęczony po całodniowych wyprawach do sądu.

Upił łyk, a potem złapał Isabel za rękę, by pocałować ją we wierzchnią część dłoni.

— Chyba mam coś, co poprawi ci humor — powiedziała, pokazując na zapieczętowaną kopertę. — Od Leifa.

Bernard poruszył się w miejscu podekscytowany.

— Przeczytasz? — poprosił.

Isabel z chęcią przełamała pieczęć i rozłożyła poskładany papier. Jej łagodny głos wypełnił niewielką komnatę, umilając czas, gdy słońce za oknem leniwie chowało się za horyzont.

— Do Króla Vraven, Bernarda Trzeciego. Mój serdeczny przyjacielu, już niespełna dwa lata minęły, odkąd posłałeś mnie do eremu, bym mógł się szkolić i dokształcać. Przedłużenie mojego wyjazdu o rok było doskonałym posunięciem. Teraz z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem odpowiednio przygotowany, by pracować jako prawa ręka Abrama, a także, by wypełniać twoje rozkazy. Spodziewaj się mojego powrotu wraz z nastaniem jesiennych deszczy. Liczę, że liczne obowiązki nie przeszkodzą ci w świętowaniu mojego powrotu na żaglach, jak robiliśmy to za dziecka. Nie mogę się doczekać, by ujrzeć znów ciebie i piękną Isabel. Z wyrazami szacunku, Leif.

Isabel odetchnęła z zachwytem i jeszcze raz przeczytała linijkę o jesiennych deszczach. Tymczasem Bernard westchnął ni to ze szczęścia, ni z ulgi. Dwa pełna lata minęły, odkąd widział się z Leifem po raz ostatni. Niewiele ponad dwa, gdy wziął ślub, zmarł jego ojciec i objął tron. Dwa lata dynamicznych rządów, pewnych zmian, planów i niepokoju wojennego.

— To wspaniale, nie uważasz? — zapytała Isabel. — Stęskniłam się za nim.

— Ja również — przyznał Bernard. — Myślisz, że pozna mnie z tą brodą?

Oboje zaśmiali się krótko z przykrótkiej brody Bernarda, która już od jakiegoś czasu nie znikała z jego twarzy.

— Żagle to doskonały pomysł. Trochę relaksu ci nie zaszkodzi.

— Być może masz rację — przytknął. — Ale jak mam się nie stresować, gdy presja jest wielka? Wszyscy w kółko powtarzają „potomek, potomek, następca, potomek”. Jak ty znosisz ten nacisk?

Mimo upływu lat Isabel nie udawało się zajść w ciążę. Ludzie, nie tylko z ich bliskiego otoczenia, ale również mieszkańcy państwa, wyczekiwali pierwszego dziecka pary. Dopóki to nie zjawi się na świecie, dalszy los Vraven nie będzie pewny. W wypadku ewentualnej śmierci Bernarda nie za wiele było osób, które bezproblemowo objęły po nim tron. Bernard nie miał braci, jego ojciec miał czterech, ale wszyscy już nie żyli. Następny w kolejce do tronu był jego daleki kuzyn, prawie czterdziestoletni mężczyzna, którego Migsett określił dobrym jeźdźcem i łucznikiem, ale tępym strategiem i politykiem.

— Tłumię stres w sobie — powiedziała. — To też mi nie służy.

— Czy lekarz podesłał nam coś, by jakoś temu zaradzić?

Wypróbowali już wielu rzeczy. Specjalnych ziół, które we dwoje pijali z rana. Olejków, którymi smarowali się tuż przed pójściem do łóżka. Gdy zaproponowana nałożnice, Bernard stanowczo odmówił, choć Isabel była zdania, że powinien to zrobić dla dobra królestwa i nie patrzeć na jej uczucia.

— Ciągle szuka — odpowiedziała. — Radzi się teraz swojego przyjaciela z Averii. Być może ten coś wymyśli.

Bernard odetchnął ciężko. Jednym haustem wypił całe wino z kielicha i energicznie odstawił go na stół.

— Nie uważasz, że to jakaś kara boska? — zapytał. — Moi rodzice też długo nie mogli spłodzić dziecka, a gdy im się to udało, matka zmarła w połogu. Teraz my borykamy się z tym samym problem. Nie chcę… Nie chcę, by podobny los spotkał ciebie.

Isabel spojrzała na niego smutno, a chwytając jego twarz w swoje dłonie, pocałowała go mocno na dodanie otuchy.

— Jeśli to kara, zniesiemy ją godnie — powiedziała. — Modlę się każdego dnia do Raaris i Sydion o dziedzica. Któregoś dnia zlitują się nad nami i łaskawie obdarzą nas dzieckiem.

Bernard zetknął swoje czoło z jej. Przez chwilę oboje siedzieli w ciszy, oświetlani przez wpadające przez okno promienia słońca i rozkoszując się bliskością, którą tylko w odosobnieniu wolno im było pokazywać.

— Pójdę jeszcze do kaplicy — powiedział. — Wrócę niedługo i spróbujemy ponownie.

— Będę czekać — zapewniła go. — Pamiętaj, by prosić szczerze.

Bernard posłał jej krótki uśmiech i wyszedł z komnaty. Czterech strażników pilnowało pod drzwiami. Dwójka natychmiast ruszyła za nim niczym cienie. Bernard już dawno przestał zwracać na nich uwagę.

Pałacowa kapliczka poświęcona bogini Raaris znajdowała się w centralnej części pałacu i wchodziło się do niej przez pojedyncze, ciężkie drzwi. Gdy Bernard wszedł do środka, natychmiast owiał go chłód niewielkiego pomieszczenia. Przystanął przed bogato zdobionym ołtarzem, na środku którego stała bogini Raaris. Czubek miecza opierała o ziemię, ręce trzymała na rękojeści. Dumnie się pięła, patrząc przed siebie. Ubrana była w zbroję z kolczugą zarzuconą na głowę.

Przed nią stał kamienny stół, gdzie palono świece i zostawiano dary. Od ostatniej wizyty Bernarda w kapliczce, sporo ich przybyło. Podejrzewał, że większość zostawiła jego żona. W głównej mierze odznaczały się lilie i malutkie posążki przedstawiające lwy.

Bernard chwycił kilka świec, stojących z boku na niewielkiej półce i odpalił je od pochodni, a potem poustawiał je na ołtarzu. Dołożył jeszcze niewielką lwią figurkę i stanął jak kołek, wpatrując się w nią. Nie wiedział, co robić. Mógł patrzeć po pięknych malowidłach na ścianach, podziwiać rzeźby przedstawiające boginię uchwyconą w różnych pozycjach, a także zachwycać się łukowatym sufitem, ale znał każdy centymetr pomieszczenia niemal na pamięć. To miejsce nie robiło już na nim wrażenia. Mógł też mówić, modlić się, ale nie wiedział, jakich słów użyć, by zwrócić na siebie uwagę bogini.

Gdy oparł ręce o ołtarz, a ciepło płomieni świec ogrzało mu twarz, przymknął na chwilę oczy, pragnąc odnaleźć skupienie i pokłady szczerości, ale ciągnące się w nieskończoność minuty nie pozwoliły mu na to. W końcu odetchnął ciężko.

— Chyba królowanie odebrało mi zdolność proszenia o cokolwiek.

— Dyskutowałabym — usłyszał. Drgnął przestraszony i obrócił się, by ujrzeć kobietę nieznacznie od niego wyższą i piękną. Długie, proste włosy, opadały na jej smukłe, ale silne ramiona. Ubrana była w ciemną suknię mocno ściśniętą w tali, na ramionach zdobioną złotymi wyszywaniami w kształcie kwiatów. Na czoło opadała jej złota tiara, długie palce zdobiły pierścienie. — Częściej prosisz, niż wydajesz rozkazy, a jednocześnie nie boisz się postawić na swoim i podnieść głosu, gdy to konieczne. Widywałam już wielu takich królów.

Bernardowi chwilę zajęło, zanim odzyskał w pełni władzy umysłowej. Ledwo do niego dotarło, z kim rozmawiał, a padł na kolana, kłaniając się nisko.

— Wyczekiwałam tego dnia, Bernardzie — powiedziała Raaris. — Liczę, że ty też.

— Wypatrywałem cię każdego dnia.

— Wstań — rozkazała, co zrobił natychmiast. Obecność bogini go peszyła i napawała strachem. Starał się na nią nie gapić, a było to trudne, bo bijąca od niej boskość była wręcz uzależniająca. — Jak już wiesz, wiele lat temu złożyłam twojemu ojcu propozycję. Gdy mi odmówił, przysięgłam, że będę próbować aż do skutku, aż do momentu, gdy któryś z poddanych mi królów wyrazi zgodę.

— Co mogę dla ciebie zrobić? — odważył się zapytać, ale Raaris uśmiechnęła się do niego, jakby rozbawił ją jej własny żart.

— Kiedyś twój ojciec borykał się z tym problem, co ty. Nie mógł doczekać się z żoną dziecka. Odziedziczyłeś po nim tę przypadłość, co jest dla ciebie pewnie dość smutne. Był to dla biednego Dominica wielki ciężar, a tak się akurat złożyło, że obmyśliłam ciekawy plan, który mógłby raz a dobrze obalić Arasila. Udałam się więc do twojego ojca na pogawędkę.

Bernard słuchał w napięciu. Serce młotem łomotało mu w piersi, a pot zalewał kark i plecy. W końcu miał dostać odpowiedzi na dręczące go pytania, a także pozbyć się ciężaru, który tylko się zwiększał na każdą myśl o spotkaniu z Raaris.

— Jak pewnie wiesz, wieleset lat temu, podczas jednej z bitew, mój brat ukradł mój ukochany miecz i schował go, pieczętując zaklęciem. Tylko moje śmiertelne dziecko mogłoby go odnaleźć. Mój miecz pozwoliłby takiemu dziecku poprowadzić armię na Arasila, a także zgładzić go raz na zawsze.

— Wybacz, pani — Bernard wpadł jej w wypowiedź. — Czy nie jest tak, że bogowie i śmiertelnicy nie mogą mieć dzieci?

— Arasil uchwalił to bzdetne prawo tylko dlatego, że bał się, że narodzi się ktoś potężniejszy od niego. Został poparty, bo znaczna część z nas w tamtych czasach brzydziła się bliższego stosunku z ludźmi. Chyba rozumiesz, że jesteście nam tylko pionkami w grze.

— Nie mnie to osądzać — powiedział. — Jestem tu, by rządzić w twoim imieniu Vraven i ci służyć.

Raaris uśmiechnęła się w zadowoleniu z tej odpowiedzi.

— Czy rozumiesz więc, o co chcę cię prosić?

Bernard ciężko przełknął ślinę.

— Chcesz… Chcesz mieć ze mną śmiertelne dziecko — powiedział całkowicie poważnie, czując, że krew odpływa mu z twarzy. — O to samo prosiłaś mojego ojca, ale odmówił ci. Jakim cudem, więc ja…

— No właśnie, cudem — przerwała mu. — Jakimś cudem udało im się cię spłodzić, co twoja matka przypłaciła życiem. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy tobie i Isabel też się to uda, a naprawdę nie chciałabym, żebyś po śmierci pozostawił mnie w obliczu wojny domowej. Osłabione państwo to dobry cel dla najeźdźców. W zamian za twoją przychylność jestem w stanie obiecać, nie tylko więcej dziedziców, ale również pewność, że któregoś dnia każdy z nich zasiądzie na jakimś tronie.

— Jakim… Czy… Jak ty to sobie wyobrażasz? — zapytał, teraz już cały przestraszony.

— Nie będziesz ze mną uprawiał seksu fizycznie, jeśli o to ci chodzi — powiedziała. — Wyjdziesz stąd i pójdziesz posiąść swoją żonę. Ja zajmę się resztą. Gdy dziecko się urodzi, twoim zadaniem będzie odpowiednie przygotowanie go lub jej do przyszłych obowiązków i ważnej roli, jaką odegra.

Bernard przestąpił z nogi na nogę. Palące spojrzenie Raaris wierciło mu dziurę w duszy. Od potu cały się lepił, nie był w stanie wytrzymać w miejscu ani sekundy dłużej. Ruszył nagle, zwiększając odległość między sobą a nią. Bogini obserwowała go bacznie.

— Gdybym się nawet zgodził — odezwał się w końcu — skąd miałbym wiedzieć, jak takie dziecko wychować.

— Normalnie — odpowiedziała. — Jak ojciec wychowywał ciebie. Ma być dobre w boju, od najmłodszych lat szkolone do walki, uczone polityki, strategi i logiki, a także innych nauk, jeśli wykaże chęć. Musi być odważne i dzielne, stawiać czoła wyzwaniom, a przede wszystkim być dobrym władcą. Podołasz temu zadaniu, bo masz wpojone odpowiednie wartości. Dominic nie zawiódł mnie całkowicie.

Bernard odetchnął ciężko. Otworzył usta, ale szybko je zamknął. Mierzył boginię spojrzeniem i szukał odpowiednich słów, ale chaos panujący mu w głowie, skutecznie mu to uniemożliwiał. Stał więc tak, jak ten kołek i patrzył. A ona patrzyła na niego.

— Bernardzie, pomyśl. Arasil pokonany raz na zawsze. W końcu nastałby pokój. Zaczęłoby kwitnąć życie i handel. Vraven wzbogaciłoby się dzięki kopalniom złota w Vartuzi. Nie spisałbyś siebie na mój gniew, a państwa na ewentualną wojnę domową. Nazywano by cię ojcem królów, czy to nie wspaniałe wyróżnienie.

Bernard skrzywił się krótko. Do dzisiaj uważał ojca za głupca, że ten odmówił Raaris, a teraz był pełen podziwu, bo Dominic zdobył się na odwagę, której on by w sobie nigdy nie wezbrał. Ku zgodzie na ten układ, kierowały go ostatnie słowa ojca. Moją ostatnią radą, którą ci udzielę, to byś jej nie odmawiał.

— W porządku — zgodził się. — Zrobię to pod warunkiem, że Isabel nigdy się nie dowie.

— Jak sobie życzysz, Bernardzie — powiedziała Raaris z uśmiechem satysfakcji błąkającym się po ustach. — Teraz idź do żony.

I zniknęła równie nagle, co się pojawiła.

_ _ _ _ _ _ _ _ _

A/N: ostatnia część prologu!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Bajkopisarz miesiąc temu
    „Gdy umarł twój ojciec i powiedział, co powiedział, zaczęły krążyć plotki.”
    Brzmi jakby trup przemówił 😉
    „już niespełna dwa lata minęły,”
    Jeśli już to prawie, jeśli niespełna to bez już. Jest drobna różnica między prawie a niespełna.

    — No właśnie, cudem — przerwała mu. — Jakimś cudem udało im się cię spłodzić, co twoja matka przypłaciła życiem. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy tobie i Isabel też się to uda, a naprawdę nie chciałabym, żebyś po śmierci pozostawił mnie w obliczu wojny domowej. Osłabione państwo to dobry cel dla najeźdźców. W zamian za twoją przychylność jestem w stanie obiecać, nie tylko więcej dziedziców, ale również pewność, że któregoś dnia każdy z nich zasiądzie na jakimś tronie.

    Mam wrażenie, ze każde kolejne zdanie przeczy poprzedniemu. Cudem narodził się Bernard, Raaris nie wie, czy uda się mu mieć potomka, ale chce go namówić, żeby z nią go miał, a wtedy to już będzie miał ich masę. To się jakby kupy nie trzyma.

    Zobaczymy gdzie będzie teraz przeskok do początku rozdziału pierwszego, to się wypowiem czy taki prolog ma faktycznie sens, czy raczej to jest jak rozdział. No, ale może być ok., bo wszystko jakby się zamyka w treści, chociaż ten przeskok o dwa lata w prologu to trochę nietypowo. To jednak sprawa dość drugorzędna. Jakieś tam ramy zostały zarysowane, wiadomo o co chodzi i mniej więcej w co będą grać bohaterowie.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania