13 wiosen przyjaźni część 1.
Czasami w życiu dochodzimy do wniosku, że należy coś skończyć, że coś nas niszczy. Niekiedy jest to praca czy przynależność do jakiejś organizacji, ale chyba najgorzej odczuwamy zerwanie relacji z drugim człowiekiem. To dziwne uczucie gdy leżysz przy zapalonej lampce, gapisz się w sufit i dochodzisz do wniosku, że jest ci z czymś źle. Ha, w końcu miało być tak idealnie. Na świecie zawsze znajdzie się osoba, która powie Ci, że nic nie jest idealne. I niech to głupie NIC nie będzie idealne, ale twoje życie miało takie być, w końcu nie jest niczym. Zaplanowałeś sobie wszystko: szkołę, którą ukończysz, miejsce i kierunek studiów, wiek, w którym powiesz TAK czy osobę, która spędzi z tobą życie. Może nawet gdzieś to spisałeś i teraz realizujesz swoje cele, ale... Jak zawsze znajdzie się ten ktoś, ten pan X, który przebije to jak mydlaną bańkę. I nie ważne czy masz 19 czy 60 lat, udaje ci się realizować ten plan czy nie, jesteś mistrzem sportu czy kujonem, mieszkasz na końcu świata czy w wymarzonym miejscu... Jesteś tak samo podatny na zranienie jak ja. Możesz się tego wypierać, każdy się tego wypiera, ale dopiero leżąc w nocy w tym durnym pokoju uświadamiasz sobie, że po raz kolejny dałeś się nabrać. Moja historia nie jest bajką, to oczywiste. Nie dotyczy też raka, nieszczęśliwego dzieciństwa, nieszczęśliwej miłości. Może po części tego ostatniego też. Moja historia dotyczy niesamowitej przyjaźni, która zakończyła się po 13 latach, której historię chcę opowiedzieć.
Mam na imię Emilia. Przeżyłam 13 lat przyjaźniąc się z wieloma osobami, ale wyjątkowy okazał się tylko on.
Poznaliśmy się w przedszkolu. Każda sala to był inny świat, wyjątkowy. Nasza była szczególna. Na pierwszym piętrze po lewej stronie znajdowały się drzwi, zwykłe drzwi, z których odchodziła biała farba, drzwi do raju, które przekraczałam z nim codziennie rano za rączkę, no prawie codziennie...
- A teraz siadamy w kółku, musimy porozmawiać- stwierdziła nasza pani. Co ciekawe nie pamiętam jej imienia, zostało tylko nazwisko.- Czy wiecie, że nie można wbiegać po schodach? Jest to niebezpieczne i można zrobić sobie krzywde! Za karę będziecie siedzieć w tym kółku do czasu śniadania, naturalnie tylko ci, którzy wbiegali. Ola i Michaś co chcecie robić?- Kara wydawała mi się wtedy tak niesprawiedliwa i długotrwała, że myślałam tylko o ucieczce do łazienki. Jak przystało na grzeczną dziewczynkę tylko siedziałam koło mojego kumpla, którego imię ciągle uciekało mi z głowy i czekałam na śniadanie. Godziny ciągnęły się niemiłosiernie, szczególnie, że trwały jakieś 15 minut.
- Prosze pani! Kuba zabrał mi talezyk i łyzecke!- ta standardowa bójka dwóch braci...
- Daria tylko bądź grzeczna!- Wołała jakaś przewrażliwiona mamusia... Jednym słowem u nas zawsze było gwarno i wesoło, ale przecież ile można wytrzymać z krzyczącymi dziećmi. Przy nas i miotającym się na wszystkie strony Krzysiem nawet święty by zwariował.
I dzięki temu chaosowi go poznałam. W sumie to nawet zabawne, bo na początku był chaos. Nasz kochana pani postanowiła nas rozsadzić i już nie mogłam siedzieć ze swoją przyjaciółką Patrycją przy czteroosobowym stoliku. Skończyły się młodzieńcze plotki i fachowe dyskusje na temat przewagi warzywnej pasty do zębów nad truskawkową czy opowiadania o życiu swoich lalek. Żeby było ciekawiej wylądowałam przy stoliku ze świętym Michasiem, kapryśną Julką, cichym Damianem i oczywiście Szymonem. Wtedy wszystko się zaczęło, a mój świat obrócił się o 180 stopni.
Nie myście sobie tylko, że nagle zrobiło się spokojnie. O nie! Może przypomina wam to trochę Koszmarnego Karolka, ale u nas tak właśnie było. Królowała kapryśna Julka. Diadem nie był jej potrzebny, wystarczyła miłość Krzysia i Damianka i wymyślona alergia na mleko. Panienka Julia mówiła mizeria jest be, a jej owieczki dodawały jeszcze cztery "e". Jak sami widzicie konformistą zaczyna się być już w przedszkolu jeśli się bardzo chce. Można jednak sprzymierzyć się z osobą, na która uroki królewny nie działały, co wydawało mi się wtedy doskonałym pomysłem. I właśnie tak w jakiś magiczny i niewyjaśniony dla mnie sposób przetrwaliśmy do dnia rozdania dyplomów. I tu zaczyna robić się zabawnie, bo zamiast tóg mieliśmy żółte koszulki i granatowe arafatki... Jak przystało na radosne przedszkolaczki olaliśmy zupełnie teatrzyk i biegaliśmy razem po drzewach i krzakach gdy tylko dorośli odwrócili na moment wzrok.
- Symek! Poczekaj na mnie! No poczekaj! Zachowujesz się niegrzecznie! Symek! Zbiórka wiewiórka! Zbiórka wiewiórka nasza pani nas woła!- I to był ten moment kiedy uświadomiłam sobie, że się do niego przywiązałam i nie zobaczę go całe wakacje... Jedynym pocieszeniem było to, że nasze mamy widząc naszą przyjaźń zapisały nas do jednej klasy w podstawówce, a przecież każde z nas chciało być dorosłe, snuło te swoje plany o wspaniałej przyszłości, nieświadome praw rządzących szkołą podstawową.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania