#18 - cz.24
13 Grudnia
Była godzina siódma rano, a ja od dwóch godzin siedziałem u siebie w biurze i starałem się skupić nad projektem, ale nie mogłem. Wciąż przed oczami miałem Julię, która siedziała w moim samochodzie i patrzyła z oczekiwaniem na mnie. Sam właściwie nie wiedziałem, czego ona oczekiwała. To miał być tylko czysty układ, a wyszło, jak wyszło. Brakowało tylko telefonu od Ignacego, z zapytaniem co jej zrobiłem. Nigdy w życiu nie przyznałbym mu się, że straciła ze mną dziewictwo i miałem cichą nadzieję, że Julia również nic im nie powie, co graniczyło właściwie z cudem. Ona zawsze wszystko im mówiła, nawet to, czego nie powinna. Z rozmyślań wyrwał mnie dzwoniący na moim biurku telefon.
-Panie Ksawery – usłyszałem głos swojej sekretarki – przyszłam już do pracy.
Powinna być tutaj od pół godziny. Nie zamierzałem puszczać jej spóźnienia płazem. Nic z tego.
-Spóźniłaś się – wypowiedziałem stanowczo – odliczę ci to z pensji.
Oczami wyobraźni widziałem, jak przewraca oczami i przygryza pełną dolną wargę. Swoją drogą ciekawe, o której była w pracy, gdy byłem na urlopie. Koniecznie muszę przejrzeć monitoring.
-Podać panu kawę? - usłyszałem kolejne pytanie.
Czy ona była taka głupia, czy tylko udawała? Parzenie kawy należało do jej obowiązków, jak również przygotowywanie raportów i odpowiadanie na e-maile kontrahentom. Tylko dlaczego nic z tego nie było zrobione?
-Tak – odburknąłem – i musimy porozmawiać.
*****
Patrzyłem na Sylwię w oczekiwaniu na jej odpowiedź. Byłem ciekawy, co wymyśli tym razem by utrzymać się na swoim stanowisku. Zatrudnienie jej było dużym błędem i gdyby nie fakt, że miała cholernie długie i pociągające nogi, nie zagrzałaby w mojej firmie miejsca nawet na jeden dzień.
-Przepraszam – wybełkotała, bawiąc się palcami – wiem, że zawiodłam.
Zawiodła to mało powiedziane. Była beznadziejna.
-Jesteś zwolniona – wymamrotałem niewzruszony jej łzami skapującymi na kuszący i ponętny dekolt.
Właśnie chciała coś powiedzieć, gdy zadzwoniła moja komórka. Spojrzałem na wyświetlacz. Elwira. Co chciała tym razem? Machnięciem ręki wyprosiłem Sylwię z gabinetu.
-Witam cię matko – powiedziałem, zaraz po odebraniu telefonu.
-Gdzie jesteś? - wypowiedziała to w taki sposób, jakby stało się coś bardzo ważnego.
-A niby gdzie ja mogę być? - odpowiedziałem pytaniem na pytanie – u siebie w biurze.
Usłyszałem ciche westchnięcie. Czy ona kiedyś pozwoli mi żyć? Boże, dlaczego spośród tylu matek, dla mnie wybrałeś właśnie taką?
-Musimy poważnie porozmawiać – powiedziała spokojnie – za dziesięć minut będę.
Nie pozwalając mi na odpowiedź rozłączyła się. Kultura wymagała tego, by zapytać się, czy będę miał czas na spotkanie z nią. Jednak nie żandarm w spódnicy nigdy o nic się nie pytał. Wydawał polecenia i nigdy z nikim się nie liczył. Wcisnąłem interkom i zawołałem swoją głupią sekretarkę.
-Moja matka będzie tutaj za chwilę – powiedziałem zaraz po otwarciu się drzwi – zrób jej kawę i przynieś ją do gabinetu.
W odpowiedzi pokiwała głową i wycofała się szybko.
*****
-Nie muszę ci chyba mówić, że mnie zawiodłeś – usłyszałem na przywitanie – nie wiem, skąd wytrzasnąłeś tę dziewczynę, ale zapewniam cię, że tak łatwo ci nie odpuszczę.
Kiedy wreszcie jej się znudzi swatanie mnie z piekielną Marleną? To wszystko było takie cholernie trudne i ciężkie do zrozumienia. Wyższa szkoła myślenia, nawet dla mnie.
-Mamo – powiedziałem stanowczo – daj mi wreszcie spokój. Mam dość słuchania jednego i tego samego w kółko. Z uporem maniaka starasz się zaciągnąć mnie do ołtarza z kobietą, której nie kocham. Co z tobą jest nie tak? Dlaczego nie chcesz dać mi żyć po swojemu?
Źrenice mojej matki rozszerzały się z zaskoczenia. Nie spodziewała się takiej odpowiedzi z mojej strony. Dotąd drwiłem z niej i wszystko obracałem w żart, robiłem jej na złość.
-Nie tym tonem – odburknęła – przysięgam, wydziedziczę cię.
Wzruszyłem w odpowiedzi ramionami. Miałem gdzieś ten jej majątek. Miałem swój własny.
-Nie interesuje mnie to – odpowiedziałem stanowczo – jak widzisz, radzę sobie całkiem dobrze i nie potrzebuję twoich pieniędzy. Może sama weź z nią ślub, skoro tak bardzo ją lubisz?
Widziałem, jak Elwira się miota i nie bardzo wie, co ma powiedzieć. Zachowywała się, jak zdarta płyta, a swoim ciągłym rzegotaniem doprowadzała mnie do szewskiej pasji.
-Ksawery – powiedziała wyzuta ze wszystkich emocji – chcę dla ciebie wszystkiego, co najlepsze. Zobacz twoja siostra i twój brat są szczęśliwi.
Może Klaudia była szczęśliwa, bo wyszła za mężczyznę, którego sama sobie wybrała. Natomiast Tymoteusza nie byłem taki pewien. Być może z czasem nauczył się kochać swoją żonę, ale czy był szczęśliwy? Szczerze w to wątpiłem.
-Klaudia sama sobie wybrała męża, a Tymoteuszowi zniszczyłaś życie, a teraz robisz to samo ze mną. Jesteś destrukcyjna.
Destrukcyjna, to słowo pasowało jak jedno z niewielu do Elwiry. Aż wstyd było przyznać się do pokrewieństwa z nią.
-Uważaj na słowa – wybełkotała – jesteś taki sam jak ojciec.
Na końcu języka miałem, że sama sobie była winna. Gdyby nie zachowywała się tak, jak się zachowuje, nigdy by od niej nie odszedł i nie szukał szczęścia przy młodej dupie.
-Przestań wzbudzać we mnie wyrzuty sumienia. Nie uda ci się to.
W odpowiedzi machnęła ręką. Nasza rozmowa powoli dobiegała końca.
Komentarze (4)
Powoli wracam do formy.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania