2. Certyfikat miłości

Kiedy tulę do piersi moją córeczkę ilekroć jest chora, wystraszona lub po prostu spragniona bliskości, mam w głowie scenę, która pozostanie we mnie już na zawsze.

Nie mogłam mieć więcej niż pięć, może sześć lat.

Nadchodził wieczór. Szłam z tatą do przyszpitalnej poradni – niedawno znów wróciłam z oddziału dziecięcego, choć nie pamiętałam już, z jakiego powodu. Weszliśmy do budynku i skierowaliśmy się do starej windy. Ponieważ brakowało w niej wewnętrznych drzwi, kiedy ruszyła, gładka ściana szybu zaczęła przesuwać się tuż przed naszymi oczami niczym wielka, szara taśma, oddzielona od klatki jedynie wąską szczeliną.

Nie byłam pewna, po co właściwie tu przyszliśmy. Chwilę wcześniej ojciec zapewniał, że mamy tylko odebrać receptę na mój nowy lek.

Wysiedliśmy na niewielki korytarz. Na krzesełkach pociągniętych wzdłuż ściany wokół gabinetu siedzieli ludzie – głównie w wieku emerytalnym, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

Miła kobieta w stroju pielęgniarki zaprosiła nas do środka. W pomieszczeniu była jeszcze jedna pani, która zagadywała mnie, jednocześnie wypełniając dokumentację. W tym momencie wszystko stało się jasne. Wcale nie przyszliśmy po żadną receptę. Poczułam, jak ktoś odciąga moje spodenki, a chwilę później pośladek przeszył okropny ból. To trwało krótko, ale miałam wrażenie, że igła przebija moje ciało na wylot.

Po wszystkim tata mnie nie przytulił. Nie powiedział nawet słowa na pocieszenie – po prostu wyszliśmy.

Gdy tylko zamknęły się za nami drzwi, uderzył we mnie chór damskich i męskich głosów z poczekalni:

– Oj, oj… Taka duża dziewczynka i płacze!

– Ojej, biedactwo, no chyba nie było tak źle…

– Takie duże dziewczynki nie powinny tak płakać!

– Eeee… no tak płakać, kto to widział!

Nie pamiętam nic z drogi powrotnej. Pewnie całą przepłakałam. Kolejne kadry miały miejsce już w domu.

Położyłam się do łóżka i przykryłam ulubionym kocykiem. Niedługo później pojawił się przy mnie starszy brat. Nie mama, nie tata, a nastolatek, który okazał mi więcej czułości i zrozumienia niż rodzice – ci, którzy w pierwszej kolejności powinni się mną wtedy zaopiekować. To nie była jego rola, a mimo to zatroszczył się o mnie jak ojciec. Włączył na VHS naszą ulubioną bajkę, którą oglądałam w tamtym czasie po kilka razy dziennie – mowa oczywiście o „Królu Lwie”. Zabrał z półki wszystkie moje maskotki i wspólnie sprawdzaliśmy, które z nich mają europejski certyfikat jakości „CE”. Wtedy nie miałam pojęcia, czym był i co właściwie oznaczał. Brat naprędce wymyślił jakąś opowieść wokół tego małego znaczka, byle tylko zająć moją uwagę. Pamiętam, że pochłonęła mnie bez reszty. Ekscytacja zupełnie przysłoniła ból.

Mimo upływu niemal trzech dekad to wspomnienie nie straciło nic ze swojej ostrości. Gest nastolatka, który w odruchu serca zastąpił mi rodziców. Dziś nie mam wątpliwości – byłby wspaniałym ojcem.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania