#2 Książę z wieży

Nie. Nie, nie i jeszcze raz nie. Po prostu NIE, do cholery!

 

Arthur miał ochotę się rozpłakać. Łzy wypełniały błękitne oczy, a dolna warga drżała nerwowo. Bił pięściami kamienną ścianę, jakby licząc, że ta otworzy się ponownie, lecz nic z tego. Chłopak był zamknięty w labiryncie, który prowadził jedynie na śmierć.

 

W końcu usiadł na ziemi i schował twarz w kolanach. Po cholerę on przyszedł do tego miejsca? Czy naprawdę był tak głupi, że dał zaczarować się wizją bogactwa i sławy? Przecież sam fakt, że król i królowa pozwolili, aby na ratunek księżniczce wyruszył ktoś z pospólstwa, jasno dawał do zrozumienia, że poprzednie opcje zawiodły. A kim on był? Zwykłym chłopakiem, nie pierdolonym rycerzem!

 

Nie wiedział, jak długo tak siedział, ale w końcu usłyszał obok siebie ciche muczenie i po chwili został trącony nosem. Zmarszczył gniewnie brwi i spojrzał z pretensją na Mućkę.

 

— Co się gapisz, głupa krowo? — warknął. — Przez ciebie oboje zginiemy, wiesz?

 

Mućka nie wydawała się tym jakoś specjalnie poruszona.

 

Co miał, do cholery, zrobić? Iść dalej? Wizja krwawej śmierci z rąk jakiegoś potwora niezbyt mu się widziała, ale głodowa również nie. Dlatego pociągnął nosem, wytarł twarz z łez i niepewnie się podniósł. Spojrzał na krowę, a ta spojrzała na niego. Uśmiechnął się krzywo. Przynajmniej nie był sam.

 

Złapał ją za cugle i niechętnie, z sercem w gardle, ruszył przed siebie. Mućka pokornie podążyła za nim.

 

Po chwili jednak zawrócił i zaczął walić w ścianę ze zdwojoną siłą.

 

— Wypuśćcie mnie stąd, proszę! — wyjąkał, z trudem przełykając szloch. — Ja tylko chciałem wyciągnąć tę głupią krowę, do kurwy nędzy! Nie macie jakiejś przepustki dla obrońców zwierząt, czy coś?

 

Nikt, oczywiście, nie odpowiedział. Arthur uderzał w ścianę tak długo, aż krew naznaczyła mu dłonie. Ostatecznie się poddał i opuścił ramiona wzdłuż tułowia. Po policzkach pociekły łzy.

 

Wiedział, że miał skłonności do podejmowania głupich decyzji. Nie raz już to sobie uświadomił. Kilka razy nawet ktoś go o tym poinformował, ale zawsze machał ręką, twierdząc, że pierdzielił głupoty. Ostrzegano, że kiedyś pożałuje swojej pochopności. I cóż, najwyraźniej mieli rację. Zginie marnie w jakimś labiryncie, zapomniany i z krową, jako towarzyszką niedoli.

 

Mućka trąciła jego dłoń, lecz nie zareagował. Po chwili chwyciła w zęby pelerynę i pociągnęła. Spojrzał na nią zdziwiony.

 

— Serio chcesz tam iść? — mruknął. — Niby wy, krowy wychowane przez wróżki, jesteście takie inteligentne, w przeciwieństwie do ludzkich krów, ale jednak tak głupie, że jedynie nadajecie się na steki.

 

Mućka wypuściła głośno powietrze przez nos, jakby zła. Chyba nie spodobało jej się słowo "stek".

 

Jednak po dłuższej chwili poddał się również i krowie. W końcu, czy miał jakiś inny wybór? Mógł siedzieć i użalać się nad sobą aż do śmierci lub przynajmniej spróbować dojść do księżniczki.

 

Ponownie złapał za cugle i ruszyli wzdłuż pierwszego korytarza. Popękane ściany nie poprawiały humoru, a minięty w pewnym momencie szkielet sprawił, że serce omal nie wyskoczyło chłopakowi z piersi.

 

— Bogowie, jeśli naprawdę przeżyję, to zacznę chodzić do świątyni, przysięgam — wydusił z siebie z trudem, po czym przełknął głośno ślinę.

 

Nie wiedział, ile tak się kręcili. Niebo nie zmieniało swojej barwy: wciąż było purpurowe i wywoływało dreszcze na całym ciele. Szli, co chwilę wpadając na ślepe zaułki. Arthur klął jak szewc, wyzywając wszystko i wszystkich.

 

— To wszystko wina Aidena — mruknął nagle, niby do krowy, ale tak naprawdę do siebie. — To on mnie w to wpakował. Tak w ogóle, to czemu tylko ja tu jestem, a nie on też? — zapytał, spoglądając na towarzyszkę. — On sobie teraz grzeje to swoje skrzydlate dupsko w jakiej oberży, a ja walczę o życie w jakimś jebanym labiryncie!

 

Krowa jedynie zamuczała w odpowiedzi.

 

— W dupę wsadzę mu tę willę, wiesz? Jeśli jakimś pierdolonym cudem przeżyję i zdobędę tę królewnę, to nawet grosza mu nie dam, ot co! — powiedział z całą pewnością siebie, na jaką było go stać.

 

Mućka znowu zamuczała, a on przyjął to jako głos aprobaty dla jego planów.

 

W pewnym momencie musieli zrobić postój. Nogi odmówiły chłopakowi posłuszeństwa, a żołądek dał wyraźnie i boleśnie znać, że czas na jedzenie. Wyciągnął z torby sakwę pełną orzechów, którą wcisnął mu Aiden, po czym nakarmił siebie i Mućkę. Nie miał bladego pojęcia, czy krowy jadały takie rzeczy, ale nie posiadał nic bardziej... krowiego na stanie.

 

— Bogowie, mam dość — jęknął boleśnie, siadając ciężko na ziemi. — Ja nie chcę tu być, Mućka — dodał z rozpaczą. — Jestem za młody, żeby umrzeć. Naprawdę, co mi strzeliło do głowy? — Spojrzał krowie w oczy. — Jestem kretynem.

 

Mruknięcie Mućki utwierdziło go w przekonaniu, że tak właśnie było.

 

Nagle w oddali zobaczył jakiś ciemny punkt. Zmrużył lekko oczy, przez chwilę myśląc, że od zmęczenia coś mu się przewidziało. Jednak kiedy, z każdą kolejną sekundą, punkt ten rósł i rósł, zerwał się gwałtownie z ziemi i sięgnął po miecz. Serce stanęło Arthurowi w gardle, a dłonie zaczęły się pocić, przez co z trudem utrzymywał rękojeść.

 

Przez dłuższy moment nie miał bladego pojęcia, co to było, ale wiedział jedno — nie mógł dać się zabić. Skoro już trafił do tego pieprzonego labiryntu, to mógł przynajmniej przetrwać w nim na tyle długo, aby nie zginąć z myślą, że był jednym z tych, którzy nie przetrwali nawet pierwszego zagrożenia. To była jedna z zasad, którą kierował się w życiu: jeśli umierać, to przynajmniej z myślą, że nie było się cipą.

 

Jednak kiedy punkt przybrał znajomy kształt, stwierdził, że umieranie jako cipa nie było wcale takie złe.

 

Ryknął na całe gardło, wytrzeszczając mocno oczy, i mimowolnie zaczął się cofać, ciągnąć przy okazji Mućkę. Zbliżający się pająk prawdopodobnie sięgał mu do połowy łydek, a z jego paszczy wyciekała ślina. Szkarłatne oczy były ogromne i dzikie. Grube, włochate nogi poruszały się z zawrotną prędkością.

 

Arthur chciał uciekać, nawet jeśli przeczuwał, że miał marne szanse.

 

Jednak Mućka była innego zdania.

 

Szarpnęła tak mocno, że omal nie wyrwała mu palców. Pośpiesznie puścił cugle i patrzył, jak krowa ruszyła naprzeciw pająkowi. Kiedy stwór ostatecznie się zbliżył, Mućka zaatakowała go przednimi racicami. Arthur zamarł w miejscu, z niedowierzaniem obserwując, jak z ogromnego pająka robiła się miazga. Błękitna krew znaczyła nogi krowy i rozpryskiwała się na ścianach.

 

W końcu pająk przestał się ruszać.

 

Arthur nabrał głośno powietrza do płuc, nie zdając sobie nawet sprawy, że przestał oddychać. Krowa spojrzała na niego przeciągle, a jej mina wyglądała, jakby przed chwilą wcale nie zadeptała na śmierć ogromnego pajęczaka.

 

Wiedział, że krowy z Korony Północnej były specyficzne. Jak dla człowieka, który wychował się na wsi. Bardziej inteligentne, świadome i... najwyraźniej wojownicze. Może karmili je jakimiś dziwnymi grzybkami i dlatego takie były? Same w sobie nie wyglądały inaczej niż ludzkie bydło.

 

Chłopakowi zajęło parę minut doprowadzenie się do stanu, w którym nogi przestały się trząść i mógł ruszyć do przodu bez obawy, że się wywróci. Ostrożnie ominął truchło pająka i, ciągnąc krowę za cugle, ruszył w dalszą drogę.

 

— Przypomnij mi, jakby co, że nigdy, przenigdy nie powinienem cię drażnić, dobra? — mruknął, śmiejąc się nerwowo.

 

Mućka tylko wydała z siebie ciche prychnięcie i potrząsnęła głową.

 

Ruszyli dalej przez liczne korytarze, głównie omijając te, przy których widział choćby najmniejszą pajęczynę. Kiedy usłyszał niepokojące klekotanie z bocznej uliczki, zerwał się z miejsca i pobiegł przed siebie, licząc, że cokolwiek to było — a domyślał się, że tamten pająk mógł mieć braci, może nawet większych — to nie miało zamiaru podążyć jego śladem.

 

— Nienawidzę pająków — wydyszał ciężko do krowy, kiedy w końcu zwolnili. — Mają za dużo... wszystkiego.

 

Jeśli Mućka miała jakieś zdanie na ten temat, to nie podzieliła się nim.

 

Wciąż nie wiedział, jaka była pora dnia. Kiedy wpatrywał się w niebo, widział tylko purpurowe chmury. Przerażało go to. Magia, która stworzyła to miejsce, była potężna, nawet on to wyczuwał w postaci dreszczy i gęsiej skórki.

 

Przez myśl mu przeszło, że księżniczka musiała czuć się jeszcze gorzej. Spędziła lata w wieży z widokiem na to paskudne miejsce. Przygnębiła go ta wizja. Nikomu nie życzył takiego losu. Nawet najgorszemu wrogowi.

 

W końcu dotarli do miejsca, które znacznie różniło się od pozostałej części labiryntu. Na ogromnej, złotej bramie widniała kamienna tabliczka z napisem "Pierwsza Wielka Próba". Nie zachwyciło go to. Nie spodziewał się w tym miejscu żadnych prób. Poczuł ucisk w żołądku, a dłonie na nowo zaczęły się pocić.

 

Bardzo niepewnie pchnął bramę. Nie stawiała żadnego oporu, wydawała się wręcz bardzo lekka, jak na takie gabaryty. Przełknął głośno ślinę i spojrzał z niepokojem na Mućkę. Krowa była bardzo spokojna. Westchnął ciężko i ponownie zerknął na bramę, po czym wyszeptał:

 

— Raz krowie śmierć.

 

Dech zamarł mu w piersi. To, co kryło się za bramą, wydawało się całkiem odrębnym miejscem. Ściany labiryntu pięły się wysoko, lecz pokrywał je bluszcz tak gęsty, że nie widział nawet skrawka szarego kamienia. Pod nogami miał wysoką trawę i nawet kwiaty. Po drugiej stronie widział bramę, podobną do tej, przez którą przeszedł. Za to na środku stało przeogromne drzewo o ciemnofioletowym — prawie że czarnym — pniu oraz różowej koronie.

 

Wszystko wyglądałoby naprawdę bajecznie, gdyby nie to, że wśród trawy i kwiatów natrafił na ludzkie kości. Było ich pełno, znacznie więcej niż roślin. Szybko bijące serce podjechało mu gwałtownie do gardła. Z nerwów zaczął drapać Mućkę za uszami.

 

— Zbroja rycerza, ale serce tchórza: któż to chce przede mną zgrywać zucha?

 

Drgnął na ten nagły głos. Był cichy, delikatny i należał do chłopaka. A tak przynajmniej mu się zdawało. Jednak kiedy spomiędzy liści wyskoczyła nieznajoma postać, złapały go wątpliwości.

 

Wyglądała jak dziewczynka: urocza, okrągła buzia, delikatne usta, długie, fioletowe włosy, opadające na chude ramiona. Miała na sobie czarną sukienkę, kapelusz z wysokim szpicem i bose stopy. Gdy zaś spojrzał jej w oczy... przeraził się. Były całkowicie czarne, nie licząc dwóch małych, fioletowych punkcików. Nabrał głośno powietrza do płuc, kiedy się uśmiechnęła. Zęby miała ostre jak u rekina.

 

— Kim jesteś... dziewczynko? — wydusił z siebie z trudem, przylegając do Mućki, a jego dłoń powędrowała na głowicę miecza.

 

Krowa nie była przejęta nieznajomą. W spokoju skubała trawę.

 

— Nie jestem dziewczynką, ani nie jestem chłopcem — mruknęła postać, zbliżając się powoli do Arthura. Mimowolnie zrobił krok w tył. — Jestem czymś pomiędzy, ale to już tobie obce.

 

Stanęła przed nim, a jakaś nieznana siła kazała mu pozostać w miejscu. Przełknął głośno ślinę. Starał się nie patrzeć tej... osobie w oczy.

 

— Em... — próbował coś powiedzieć, ale nie potrafił się wysłowić.

 

— Trzy to twych zagadek liczba — zaczęła nagle. — Rozwiązać musisz je, aby swój cel uzyskać.

 

Wytrzeszczył oczy. Że co miał niby zrobić?

 

— Mam rozwiązać zagadki? I to jest ta wielka próba?

 

Postać pokiwała głową.

 

Arthur nabrał głośno powietrza do płuc. Nie brzmiało to... groźnie. Chyba. Za dzieciaka był całkiem niezły w zagadkach, jednak leżące pod nogami kości powiedziały mu, że rymowanki z dzieciństwa nijak się miały do tego, co zostało przyszykowane na tę próbę.

 

— A... co, jeśli nie zdołam odpowiedzieć? — zapytał, mimo iż to pytanie wydawało się głupie.

 

W końcu odpowiedź miał wokół siebie.

 

Postać uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

 

— Trzy zagadki rozwiążesz, a bramę otworzę i specjalny podarunek w twe ręce złożę. Dwie zagadki: tylko brama wysłucha twej gadki. Jedna zagadka: twe kości będą pokrywką dla mojego garnka. — Pod koniec zachichotała, a od tego chichotu dreszcze przeszły chłopakowi po kręgosłupie.

 

Dziwne słowa namieszały mu w głowie, ale ostatecznie pokiwał nią i westchnął ciężko. Po chwili zmarszczył brwi.

 

— A co to za podarunek?

 

— Przy kolejnej próbie przyjdę ci na ratunek. — Mrugnęła okiem. — To co, gotowy na zagadki?

 

— Tak.

 

Kompletnie nie był gotowy, ale też nie miał innego wyjścia.

 

Kiedy postać schowała dłonie za plecami, zerwał się mocny wiatr, który targnął liśćmi i rozwiał włosy Arthurowi, wywołując w nim jeszcze większy niepokój.

 

— Zagadka to prosta, z łatwością jej sprostasz — zachichotała. — Krew ta sama, lecz różne oblicza. Matka jedna, ojciec jeden, kto jeszcze się do rodziny zalicza?

 

Zamrugał.

 

— Co? — wydukał.

 

— Krew ta sama, lecz różne oblicza. Matka jedna, ojciec jeden, kto jeszcze się do rodziny zalicza? — powtórzyła, rozpościerając ręce.

 

Zamyślił się. W głowie miał huragan różnych myśli, a wszystkiego nie poprawiał fakt, że nawet Mućka zaczęła się niepokoić. Muczała cicho, rozglądając się wokół.

 

Po dłuższej chwili, trzymając mocno kciuki, podał odpowiedź:

 

— Rodzeństwo.

 

Postać zaklaskała, kiwając głową, po czym pokazała dwa palce.

 

— Z bólu zrodzona, w furii przekuta, ciosy zadaje i odpłaca się za niesprawiedliwe traktowanie.

 

Arthur poczuł suchość w ustach. Miał wrażenie, że odpowiedź była na wyciągnięcie ręki, lecz ze stresu nie potrafił się skupić na słowach. Wziął parę głębokich wdechów, wysilając cały umysł do znalezienia odpowiedzi. Trwało to o wiele dłużej niż wcześniej. Siła wiatru zdawała się potęgować z każdą upływającą minutą. Postać cierpliwie czekała, nawet w pewnej chwili sięgnęła ręką do Mućki i pogłaskała ją po pysku. Krowa nie ruszała się, jakby sparaliżowana.

 

— To... zemsta, tak? — mruknął w końcu.

 

Pokiwała głową i schowała jeden palec. Pozostała ostatnia zagadka.

 

— Samotnie siedzi w wieży: ofiara zemsty i niesprawiedliwości. Czeka, aż dzielny rycerz wyciągnie ją z tej nicości.

 

Arthur nie potrafił się nie uśmiechnąć. Czuł, że wygraną miał już w garści.

 

— Proste — prychnął. — To księżniczka.

 

Postać uśmiechnęła się tak szeroko, że widział wszystkie zęby.

 

— Błąd — wymruczała.

 

— Co? — Wytrzeszczył oczy. — Jak to błąd?

 

Ta w odpowiedzi tylko się zaśmiała, po czym spojrzała przez ramię na bramę i machnęła ręką. Wrota się otworzyły.

 

— Szczęśliwej drogi, mości rycerzu. Nie strać głowy w złudzeń deszczu — rzuciła, leniwie kierując się w stronę drzewa.

 

Arthur nie ruszył się, wciąż w szoku.

 

— Ale jaka była odpowiedź?! Jeśli nie księżniczka, to kto? Kto siedzi w wieży?!

 

Nie dostał odpowiedzi. Dlatego, niewiele myśląc, ruszył w kierunku postaci, lecz zanim do niej dotarł, zerwał się kolejny podmuch wiatru. Był tak mocny, że popchnął Arthura i Mućkę prosto w stronę wyjścia. Żadne z nich nie potrafiło się temu oprzeć.

 

Zatrzymali się dopiero za bramą, która zamknęła się z hukiem. Arthur dyszał ciężko, zszokowany, zmieszany i zły. Chciał ten "podarunek". Czuł, że znacznie ułatwiłby tę głupią wyprawę. Ale ostatecznie go nie dostał, choć, jego zdaniem, powinien. No bo jaka mogła być odpowiedź?! Siedzi w wieży i czeka na rycerza, przecież to jasne, że chodziło o księżniczkę!

 

— Specjalnie to zrobiła — wymamrotał w końcu, patrząc na Mućkę. — Założę się, że to była poprawna odpowiedź, ale... ten ktoś nie chciał mi pomóc.

 

Mućka tylko spojrzała na niego przeciągle, po czym odwróciła wzrok.

 

Arthur przeczesał nerwowo włosy i zagryzł wargę. Przed nim roztaczał się kolejny korytarz. Wyglądał tak samo jak pozostałe, jednak chłopak coraz bardziej bał się tego wszystkiego. Co takiego czekało go w kolejnej próbie, że można było otrzymać pomoc od tej dziwnej osoby? W głowie miał same czarne scenariusze, przez które chciał po prostu się poddać. Usiąść na ziemi i poczekać, aż umrze z głodu lub pragnienia.

 

Jednak nie chciał również umierać. I na pewno nie w taki sposób. Dlatego, z nogami jak z waty, złapał cugle Mućki i powoli ruszył do przodu, modląc się do wszystkich bogów, aby byli dla niego łaskawi.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania