Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

2 rozdział książki, którą piszę za domem w namiocie

Skończyła pracę i wyszła na zewnątrz, opuszczając magazyn sklepu tylnym wyjściem. Stanęła na parkingu i odpaliła fajkę. Prognoza, którą usłyszała wcześniej w radiu przepowiadała burzę. Nieprzyjemny wiatr przybierał na sile, a dookoła było zupełnie ciemno. Słyszała jedynie odjeżdżające samochody swoich znajomych z pracy, których szczerze nienawidziła.

Popatrzyła na niebo. Było widać na nim jeszcze kilka jaśniejących gwiazd nie zasłoniętych przez nadchodzące zewsząd chmury. Wydychała dym i zastanawiała się, co tym razem zobaczy po przekroczeniu progu w tej śmierdzącej norze swojego najlepszego i jedynego kumpla, z jakim trzymała się od dziecka i tworząc zgraną paczkę we trójkę, gdy żył jeszcze Augustyn. Miała wrażenie, że wraz z jego odejściem straciła również Roberta. Starała się zawsze myśleć trzeźwo, mimo że jej kompanom w dorosłym życiu totalnie to nie wychodziło.

Najpierw jeden, później drugi.

Przeżywała deja vu, jeśli chodzi o telefony i zmaganie się z odklejonym od rzeczywistości alkoholikiem, ale ruszyła przed siebie z myślą, że wstąpi tam i zrobi co do niej należy. Tak jak zawsze. Będzie pocieszać, słuchać kiwając głową i ukrywać swoje zniesmaczenie, kryjąc jednocześnie łzy, jakie będą napływać jej do oczu. Rozpłacze się dopiero w domu, gdy o wiele za późno, będzie przyrządzać sobie kolację. Tak widocznie już miało być, nie bez powodu ich aspołeczność przyciągnęła wszystkich do siebie za dzieciaka. Mieli tylko siebie, od dnia gdy Augustyn powiesił się na moście, obok swojego mieszkania. Zaledwie 100 metrów dalej, mógłby oglądać swoje wiszące zwłoki przez okno, gdyby tylko dusza mogła opuszczać ciało i wrócić na wygodny fotel nie daleko rozpalonego kominka.

Nie zostawił żadnego listu pożegnalnego, to w tym wszystkim było najgorsze. Przez ostatnie pół roku poprzedzające śmierć, totalnie się stoczył i wygadywał jakieś niestworzone rzeczy na temat dziwnych postaci krążących w nocy dookoła jego domu. Słuchało się tego z żalem, lecz jednocześnie przechodziły ciarki. Jak byli młodsi, włamali się dla zabawy do pleśniejącej rudery w środku lasu. Mieli z tego niezłą zabawę, do czasu gdy poczuli się w środku nieswojo. Nie potrafili tego wytłumaczyć, ale jakby w jednej chwili zapragnęli się stamtąd wydostać. Gdy wychodzili po ciemku, prawie że biegnąc przed siebie, usłyszeli jakieś dźwięki, które później prześladowały ją w snach, gdy noc się dłużyła, a ona raz po raz starała się zasnąć, jednocześnie budząc się co parę minut. Sama nie obejrzała się wtedy za siebie, Robert podobno też nie. Augustyn unikał tematu, dopóki nie zaczął chlać na dobre i wspominać nagle bez przerwy ten przeklęty dzień z przeszłości. Uważał, że nie jako jedyny nosi znamię tego, co ich wystraszyło, lecz on nie jest w stanie o tym zapomnieć, bo ujrzał wtedy coś na własne oczy. Bełkot pijaka lub osoby tracącej zmysły. Z perspektywy lat, zacierały się wspomnienia, a tak naprawdę, to nic wielkiego się wtedy nie stało; tak to sobie tłumaczyli do dnia, gdy dowiedzieli się o jego śmierci. Wtedy...

Ocknęła się.

O mały włos nie wpadła pod nadjeżdżający samochód. Była już w drodze do Roberta, a dziwne wspomnienia wywołały u niej dreszcze. Usłyszała klakson kolejnego auta i dopiero wtedy ruszyła się z miejsca. Stała w połowie przejścia na drugą stronę drogi, teraz zaczynając biec. Podniosła rękę przepraszając kierowcę i zorientowała się, że zaczął padać deszcz.

Szła obejmując się rękoma i pochylając głowę w dół. Słyszała jak chlupie jej woda pod nogami, ale było tak ciemno, że nie mogła jej dostrzec. Przy drodze świeciły chociaż latarnie, a teraz szła już pobocznymi dróżkami i nie mogła na nie liczyć. Czuła się coraz bardziej nie pewnie i zaczynała mieć złe przeczucia. W klatce piersiowej poczuła przyśpieszone bicie serca.

Odpaliła drugą fajkę.

Nie mogła znieść myśli, że jest obserwowana. Co za paranoja. Przecież przechodziła tędy setki razy w swoim życiu i przytrafiło jej się to po raz pierwszy. Może zdarzały się takie sytuacje sporadycznie po trawce, ale szczerze mówiąc palenie nigdy jej nie służyło i przestała to robić jakieś 2 lata temu. Schizy można wmówić sobie, gdy jest się nawalonym, na trzeźwo to dla niej zupełnie nowe doświadczenie. Ale czy na pewno?

Obejrzała się za siebie.

Wróciła myślami do tamtego dnia, rok 1986, czerwiec. Zmrok zapadał coraz później, oni właśnie kończyli palić ognisko nad jeziorem. Kąpali się wtedy bez ubrań, właściwie to po raz pierwszy. Pomysł należał do niej, zbliżały się wakacje i chciała zrobić coś szalonego z dwójką swoich jedynych przyjaciół. Wiedziała, że w jakiś sposób ze sobą rywalizują. Nigdy nie dali tego po sobie poznać, spotykali się zawsze we trójkę. Nie było szans na podchody osobno, więc postanowiła rozebrać się przed obydwoma. Było to w jakiś sposób zuchwałe, ale sprawiło jej przyjemność. Widziała jak na nią patrzą, starając się zachować pozory. Bawili się świetnie, a po tak udanym wieczorze, chcieli jej jeszcze jakoś zaimponować. Wracali do swoich domów przez las, pozytywna energia wcale z nich nie uchodziła. Któryś z nich zaproponował, żeby wejść do opuszczonej chaty, wszystko działo się spontanicznie.

Opuszczona chatka w lesie.

Coś zaśpiewało im melodie na do widzenia. Najwyraźniej nic już nigdy nie miało być takie samo.

Szła dalej, ciemne kształty na drodze wydłużyły się, stały się płaskie. Zerkały na nią i kiwały się na boki jak drzewa.

Woń stawała się nieprzyjemna. Dlaczego wtedy chcieli się wydostać na zewnątrz? Może właśnie ten zapach zaczął im przeszkadzać. Zapach zepsucia i wilgoci, coś co czuli już wcześniej nad wodą, ale w starym domu to uczucie nasilało się i zwiększało intensywność. Płaskie cienie dookoła.

Płaskie, niczym ryby głęboko pod wodą. Płaskie ryby.

Dwa słowa nasunęły jej się na język, gdy tak stała i wpatrywała się w ciemność jaka spowiła ją zewsząd niczym te chmury, co na niebie zasłoniły właśnie wszystkie gwiazdy. Nie widziała już prawie nic na oczy, ciemność pochłaniała ją coraz bardziej. Zaczęła się cofać i iść tyłem. Czuła pulsowanie na szyi w miejscu, gdzie znajduje się tętnica. Dziwnym trafem, te dwa słowa jakie wypowiedziała przed chwilą w myślach, zmroziły jej krew w żyłach. Znowu była dzieckiem i obudziła się w środku nocy, cała przepocona, zdezorientowana nie wiedząc gdzie się znajduje. Tym razem zamiast potu był deszcz, a zamiast mokrej pościeli - zimny bruk. Ciemność ta sama. Śniły jej się te dźwięki i ten przeraźliwy smród. Od tamtej chwili, należeli już do nich. Do snów i przeraźliwych cieni na ziemi, które z czasem dostrzegła dopiero teraz. Może mieli wykończyć ich po kolei?

Najpierw jeden, później drugi.

Zaczęła biec przed siebie pędząc ile miała sił w nogach. Wszystkie wspomnienia zaczęły nakładać się na siebie. Robert stracił rodziców w wypadku samochodowym, pamiętała ten dzień jak szlochał jej na ramieniu i opowiadał o wspólnych polowaniach w lesie wraz ze swoim ojcem. Ciągle ten las i... strzelba.

Usłyszała w głowie huk i przyśpieszyła. Polowanie zaczęło się już dawno, dawno temu. Nie tylko my polujemy na zwierzęta, ale różne istoty sporadycznie polują też na nas.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania