#2 [Tom I] Atonos

Zatrzymał się tuż przy progu.

 

Przed nim roztaczała się ogromna, jasna przestrzeń, jednak jedyne, co widział, to śnieżycę szalejącą na dworze oraz niewyraźne sylwetki powozów. O dziwo, nie czuł żadnego chłodu, choć wszystko wskazywało na to, że zamarzłby tam w przeciągu paru minut.

 

Wtedy też zobaczył, że kobieta bez słowa zrzuca z siebie czarną, cienką narzutę, pod którą ukrywał się gruby, biały płaszcz. Wyglądał na idealnie przystosowany do takiej pogody. Po chwili, ku jego zdziwieniu, płaszcz również ściągnęła.

 

Trzymając rozciągnięty w obu dłoniach materiał, ostrożnie zbliżyła się do chłopaka.

 

— Załóż to. — Wyciągnęła przedmiot w jego stronę.

 

Zrobił mimowolny krok w tył. Westchnęła na to ciężko i spróbowała jeszcze raz.

 

— Widzisz ten pojazd w oddali? — Pokazała palcem przed siebie. — Należy do mnie. Musimy się tam dostać w ciągu minuty, bo inaczej kolejną kwotę, jaką zapłacę, to tą za twój pogrzeb. Ta śnieżyca, bez odpowiedniego stroju, zabija w parę minut. Ty jesteś praktycznie nagi. Dlatego załóż ten płaszcz dla zwykłego bezpieczeństwa. — Przysunęła się odrobinę bliżej. — Proszę — dodała ciszej, o wiele łagodniejszym tonem.

 

Wciąż nie był przekonany do tego pomysłu, jednak wizja zamarznięcia na śmierć jakoś niezbyt mu się podobała. Niechętnie przyjął płaszcz i nałożył go na siebie, owijając się nim szczelnie. Kobieta przez cały ten czas nie odrywała od niego wzroku.

 

Gdy był już gotowy, złapała go niespodziewanie za ramiona i pchnęła do przodu. Zaskoczony chłopak chciał krzyknąć, lecz głos dosłownie zamarł mu w gardle. A raczej zamarzł. Przeraźliwy chłód objął jego ciało, które w ciągu kolejnych paru sekund prawie nie mogło się już poruszać.

 

Kiedy myślał, że lada moment zmieni się w bryłę lodu, niespodziewanie wokół niego zrobiło się przyjemnie ciepło. Zmieszany przystanął, a sama kobieta — puściła go. Rozejrzał się dookoła, szukając źródła tego dziwnego zjawiska. W końcu wciąż stał na dworze i wichura nadal dominowała w powietrzu. Płatki śniegu pokrywały jego ciało, by sekundę później roztopić się, pozostawiając po sobie jedynie małe kropelki.

 

— Wejdź do wozu — powiedziała nieznajoma. W jej ustach nie brzmiało to jak rozkaz, lecz prośba. — Nie radzę ci teraz uciekać, zaklęcie działa tylko w odległości metra od wejścia. Jeden krok w tył i zginiesz.

 

Spojrzał za siebie i przełknął głośno ślinę. Musiał przyznać, że miała rację. Wystarczyła ta jedna, krótka chwila, by odwieść go od ucieczki.

 

Z trudem wspiął się na powóz, który był osłonięty półkolistym dachem. Jego wejście ukrywało się za czerwoną zasłoną, o którą o mało się nie potknął. Kobieta wepchnęła go lekko do środka, sama nie wchodząc. Przez wyrwę w materiale zobaczył, że skierowała się na przód pojazdu.

 

Ruszyli gwałtownie. Przez nagły zryw stracił równowagę i upadł jak długi na ziemię, robiąc przy tym niemały raban. Jęknął cicho, gdy poczuł okropny ból rozprzestrzeniający się po całej twarzy.

 

— Co to było? — Usłyszał, tym razem całkowicie inny głos.

 

Nie wiedział jednak, czy należał on do mężczyzny, czy może kobiety. Jego barwa wahała się pomiędzy wysokim a niskim, lecz miał w sobie jakąś cechę, która sprawiła, że chłopak od razu wyobraził sobie mężczyznę. I to dość sennego, bo brzmiał, jakby dopiero co się wybudził.

 

Również sposób, w jaki owa osoba wypowiadała się, był dość... specyficzny. Choć wszystkie słowa dało się zrozumieć, to wydawały się mniej wyraźne, niż wtedy, gdy wypowiadał je ktoś inny. Trochę jakby nieznajomy próbował mówić nie w swoim języku.

 

— Może się przewrócił? — mruknęła kobieta.

 

— Lepiej sprawdzę, czy żyje, bo trochę głupio zapłacić taką cenę za trupa — prychnął. — Naprawdę oddałaś cały pieprzony wór za tego kolesia? Tymi klejnotami to można by było całą wioskę wyżywić.

 

— Musiałam to zrobić. Zabrzmi to dziwnie, ale mam przeczucie, że w końcu znaleźliśmy Błękitną Różę.

 

— Naprawdę sądzisz, że mielibyśmy tyle szczęścia?

 

— To nie szczęście, tylko przeznaczenie, Aster.

 

Błękitna Róża? Przeznaczenie? O czym oni, do cholery, rozmawiali?

 

Wspomniany mężczyzna ponownie prychnął, tym razem ciszej.

 

— Niech ci będzie. Pójdę sprawdzić, czy ta twoja Różyczka się przypadkiem nie potłukła.

 

— Daj mu też coś do jedzenia. I picia przede wszystkim.

 

— Jasne.

 

Chwilę później do wozu wskoczyła nieznajoma postać. Chłopak uniósł głowę, by na nią spojrzeć.

 

Nie mylił się co do swych przypuszczeń: to rzeczywiście był mężczyzna. Miał na sobie ciemny płaszcz z grubego futra, skórzane rękawiczki i buty na wysokim obcasie. Brązowe włosy splecione były w gruby warkocz, a prawe, zielone oko wpatrywało się zdziwione w chłopaka. Lewe zaś ukrywało się za czarną przepaską.

 

— Co ty masz z włosami? — powiedział na wstępie, kucając przy nim, po czym dotknął jednego z kosmyków.

 

Resztkami sił oraz własnej woli odepchnął jego dłoń i z trudem podniósł się na nogi. Oblizał wysuszone wargi i spojrzał na mężczyznę spode łba. Ten tylko uniósł brew, by po chwili wyminąć go i podejść do jednej z leżących pod ścianą skrzyń.

 

Kiedy on starał się jednocześnie zachować równowagę i czujność, Aster bez problemu otworzył skrzynię i wyciągnął z niej ciemną, szklanką butelkę. Potem otworzył kolejną i przeklął cicho.

 

— Ten idiota zapomniał spakować jedzenia — syknął i spojrzał na chłopaka. — Niestety, mamy tylko wodę. — Wcisnął mu do ręki butelkę. — I siądź, bo się znowu wypierdolisz i kark sobie jeszcze skręcisz.

 

Usiadł więc pod ścianą, po przeciwległej stronie, nie patrząc na Astera. Zacisnął palce na szyjce butelki, czując, jak ciało robi się ciężkie, a umysł — okropnie senny. Ostatnie wrażenia odcisnęły swoje piętno. Burza emocji, która szastała umysłem i ciałem wycisnęła resztki sił. Miał ochotę położyć się i zasnąć.

 

Nie mógł sobie na to jednak pozwolić. Nie w tym miejscu, nie wśród wrogów. Musiał... musiał być przytomny.

 

— Ej, on chyba odlatuje! — rzucił Aster bez krztyny zmartwienia.

 

Powóz zatrzymał się gwałtownie, sprawiając, że butelka wypadła chłopakowi z dłoni. Nie rozbiła się jednak, tylko spadła na ziemię i sturlała się na drugi koniec pojazdu. Usłyszał stłumione przez wiatr trzeszczenie śniegu, a po chwili w wejściu pojawiła się znajoma postać. Obraz przed oczami był jednak zbyt rozmazany, by mógł w końcu zobaczyć twarz.

 

Przyłożyła mu straszliwie zimną dłoń do czoła. Wzdrygnął się i chciał ją odepchnąć od siebie, lecz nie miał już na nic sił. Jego powieki stawały się coraz cięższe.

 

— Nic mu być nie powinno. Można im wiele zarzucić, ale dbają o to, by sprzedawani ludzie byli zdrowi pod każdym względem — stwierdziła. Z każdą kolejną sekundą nawet dźwięk stawał się coraz mniej wyraźny. — Nie jest rozpalony.

 

— Może to zmęczenie? — podsunął mężczyzna.

 

— Miejmy nadzieję, że się nie mylisz — westchnęła ciężko. — Pilnuj, by nie wypadł z wozu. Za dwie godziny powinniśmy dotrzeć na miejsce.

 

— A jak wypadnie? — rzucił z prowokacją.

 

— To wyjdziesz, zabierzesz go i wniesiesz z powrotem, choćby od mrozu miały ci odpaść dłonie.

 

Aster zacmokał.

 

— Powiało grozą.

 

Po tych słowach chłopak poczuł, jak coś ciężkiego otula jego ciało. Dziwny, ale delikatny i bardzo przyjemny zapach dotarł do nozdrzy.

 

Potem już całkowicie oddał się snom.

 

Snom, które bezlitośnie zaatakowały bezbronny, wykończony umysł, szarpiąc uczuciami nawet poza jawą. Wbijały szpony w serce i sprawiały, że chciał płakać.

 

Wyryte w głowie wspomnienia nawiedzały każdej nocy, coraz wyraźniejsze i tak samo bolesne. Tym razem jednak widział nie tylko to, co wydarzyło się paręnaście lat temu. Do znajomego obrazu dodano niewielki szczegół w postaci jasnowłosej dziewczynki o spuchniętej, pokrytej grubą warstwą krwi twarzy i delikatnym, niewinnym uśmiechu. Siedziała na łóżku pod zwisającym ciałem, a jej zielone, przekrwione oczy wpatrywały się prosto w niego.

 

Dech zamarł mu w piersi, gdy lekko przechyliła głowę w bok. Machała chudymi nóżkami w przód i w tył, w przód i w tył. Tykanie zegara wypełniało trwającą między nimi ciszę.

 

— Dlaczego mi nie pomogłeś? — wyszeptała, a z każdym słowem po jej ustach spływała sowicie krew. — Dlaczego mi nie pomogłeś, skoro miałeś szansę?

 

Obudził się z zamarłym na ustach krzykiem.

 

Oddychał głośno i niespokojnie, a kosmyki włosów lepiły się do mokrego od potu czoła. Roztrzęsiony, starał się uspokoić, jak to zawsze robił, lecz tym razem ten widok stanął przed oczami i nie mógł się go pozbyć. Podkulił nogi i ukrył twarz w kolanach, z trudem powstrzymując się od płaczu. Wbił paznokcie w ramiona. W głowie dźwięczały ciche słowa.

 

Zawsze był... zbyt wrażliwy na krzywdę innych, choć nie raz starał się zostać egoistycznym dupkiem, który miał gdzieś los pozostałych. Jednak on tak nie potrafił. Nie umiał wyzbyć się tych uczuć i myśleć tylko o sobie. Kilkukrotnie już obwiniał się za coś, na co nie miał żadnego wpływu, bo zawsze czuł, że gdzieś tam jednak był sposób, aby pomóc, nawet jeśli nie widział go na pierwszy rzut oka.

 

Skulił się bardziej. Obraz nieustannie stał mu przed oczami, a chłopak już wiedział, że pozostanie z nim do usranej śmierci.

 

— Ej, bo on mi tu chyba w jakąś panikę wpada! — krzyknął Aster.

 

Nie wydawał się tym faktem jakoś bardzo przejęty.

 

— Daj mu coś na uspokojenie!

 

— Ten pijak spakował samą wodę!

 

— Co?! Przecież prosiłam...

 

— Czegoś ty się spodziewała? Schlał się wczoraj jak świnia tym swoim nowym specyfikiem i to cud, że cokolwiek spakował!

 

— To była jedna, mała rzecz, czy on zawsze musi zrobić coś nie tak?! Zamień się ze mną!

 

Zmieszany chłopak niepewnie uniósł głowę. Aster wyskoczył z powozu, a chwilę później na jego miejscu pojawiła się kobieta. Znowu nie widział jej twarzy, tym razem przez owiniętą wokół niej chustę, na której osiadł się śnieg, jak i przez ogromne, czarne okulary ochronne niczym u narciarzy. Podeszła do niego powoli i uklękła obok.

 

— Wytrzymaj jeszcze trochę. Zaraz będziemy na miejscu, a wtedy ci wszystko wyjaśnię, dobrze?

 

Zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.

 

— Wyjaśnisz? — wymruczał. — Co ty chcesz mi wyjaśniać?

 

— Twój pobyt tutaj, bo... nie jest przypadkowy. I nie pytaj mnie o to teraz. To nie jest miejsce na takie rozmowy. — Usiadła obok, opierając plecy o ścianę. — Wiem, że nie masz o mnie najlepszego zdania. W sumie trudno, żebyś miał, jednak wiedz, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda — powiedziała po chwili, o wiele ciszej. — Nie chcę twojej krzywdy. Jesteś tu, bo chcę ci pomóc. Proszę, uwierz mi.

 

Jej głos był spokojny, łagodny i przyjazny, wręcz zachęcający, aby zaufać jego właścicielowi.

 

Chłopak nie odpowiedział ani nie zareagował w żaden inny sposób. Odwrócił jedynie wzrok, błagając w duchu, aby to wszystko się już skończyło.

 

Chciał do domu. Nie był najlepszy, ale przynajmniej znajomy. Małe mieszkanie, wynajęte u miłego staruszka, stało się przez ostatnie lata oazą jego spokoju, gdzie mógł się zrelaksować, wyciszyć i poczuć bezpiecznie.

 

W tym miejscu, w tym świecie, czuł na sobie jedynie oddech zbliżającej się katastrofy.

 

***

 

Jeśli komuś przyjemniej jest czytać na wattpadzie, to zapraszam: TheDragonRiders_. Tam są już wszystkie rozdziały.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania