#3 [Tom I] Atonos

W końcu gwałtownie się zatrzymali.

 

Po głośnym, pełnym ulgi westchnieniu kobiety stwierdził, że dotarli do celu. Odsunęła zasłony i zeskoczyła. Usłyszał, że wydawała komuś polecenia. Jej głos był przy tym delikatny, ale stanowczy.

 

On sam obawiał się opuszczenia powozu, dlatego siedział skulony i nie miał zielonego pojęcia, co robić. Był totalnie zagubiony i marzył, aby cały ten absurd okazał się tylko głupkowatym snem.

 

Wiedział jednak, że to była rzeczywistość.

 

Chciało mu się płakać, ale nie mógł. Nawet jeśli znalazł się w tak porażającej sytuacji, musiał utrzymać te słabości w sobie. Pokazać wrogowi tylko silną, dumną postać.

 

Nie to małe, przerażone i łkające dziecko mieszkające w jego wnętrzu.

 

Usłyszał, jak ktoś wchodził do wozu, lecz nie zareagował. Ten dźwięk zdawał się taki odległy i nieistotny w obliczu wojny, którą prowadził sam ze sobą.

 

— Witaj.

 

Cichy, spokojny głos oderwał go od myśli. Chłopak od razu zwrócił uwagę na sposób, w jaki ów głos przeciągał wszystkie samogłoski. Wydawało się to bardzo... nienaturalne dla tego języka.

 

W końcu, zaskoczony, uniósł głowę i wytrzeszczył oczy. Dech zamarł mu w płucach, a krew odpłynęła z twarzy w momencie, w którym spostrzegł postać stojącą tuż przed nim.

 

Była niska, drobna i chuda. Miała na sobie delikatną, pudrową sukienkę z bufiastymi rękawami i tego samego koloru pantofelki. Nieludzko duże, niezwykle zielone oczy obserwowały go z ciekawością, i nie licząc ust, były jedyną odkrytą częścią ciała. Resztę pokrywały bandaże. Nie miała nawet włosów.

 

— Co oni ci zrobili? — To pierwsze, co przyszło mu na myśl, gdy ją zobaczył.

 

Cholera, nawet u łowców nikt nie traktował niewolników tak, że musieli być cali w opatrunkach. Gdzie on się znalazł?!

 

Nieznajoma przechyliła głowę w bok, patrząc na niego zmieszana. Przypatrywała mu się przez dłuższą chwilę, po czym rozchyliła szerzej powieki i moment później zachichotała cicho. Wyglądała przy tym tak niewinnie i beztrosko.

 

— Musisz mieć naprawdę piękne serce, skoro pierwszym, co robisz, jest martwienie się o kogoś, kogo zupełnie nie znasz — powiedziała, widocznie ucieszona. — Tacy ludzie to prawdziwy skarb w tych okrutnych czasach. Jaśniejące na niebie gwiazdy pośród mroku nocy. — Po tych słowach podeszła do niego i wyciągnęła niewielką dłoń. — A teraz chodź. Pani Adria prosiła, abym zaprowadziła cię do twojego pokoju, nim zaprosi cię do swojego gabinetu.

 

Pani Adria? Tak się nazywała? I dlaczego ta... dziewczyna wyrażała się o niej z taką radością? Słuchając jej, miał wrażenie, że nie mówiła o swoim ciemiężcy, ale o kimś, kogo darzyło się niewymuszonym szacunkiem. Kazano jej? Czy może w tym wszystkim znajdował się inny powód?

 

Musiał przyznać, że Adria wydawała się miłą, przyjazną osobą, której... której chciał trochę zaufać, ale to właśnie tacy ludzie zazwyczaj ukrywali prawdziwe, podłe oblicza. Dlatego nie potrafił myśleć o niej jak o kimś dobrym. Chciał, ale rozsądek mu tego zakazywał.

 

Przez moment pragnął odtrącić rękę dziewczyny, wziąć nogi za pas i uciec z tego miejsca, jednak był zbyt wykończony, przerażony i głodny, aby się do tego zmusić. Dlatego niepewnie chwycił wyciągniętą dłoń.

 

I wtedy stało się coś dziwnego. Całe napięcie kumulujące się w jego ciele od ostatnich kilku dni zniknęło jak za pstryknięciem palca. Ulga zalała go od góry do dołu i wszystko wydało mu się nagle takie... inne. Kiedy myślał o tym, w jakiej sytuacji się znalazł, nie czuł niczego prócz delikatnego niepokoju, choć jeszcze chwilę temu w jego wnętrzu płonął ogień.

 

Zmroczony tym doznaniem dał się podnieść i wyprowadzić z wozu.

 

Na zewnątrz było przyjemnie ciepło jak w słoneczny, późnowiosenny dzień. Uniósł głowę i przystanął nagle, zaintrygowany wpatrując się w budynek przed nim. Był... ogromny. Trzypiętrowy, wykonany z czarnych cegieł, wydawał się chłodny, jednak żółte światło widoczne za oknem jakoś ocieplało ten obraz.

 

Mimowolnie rozejrzał się dookoła. W porównaniu do reszty świata, w tym miejscu nie było nawet grama śniegu. Pod nogami jednak nie widział trawy, lecz zwykły kamień. Całe to miejsce było wykute we wnętrzu góry, a gdy spojrzał w górę, dostrzegł ogromną wyrwę, dzięki której mógł zobaczyć jasne niebo oraz panującą na dworze śnieżycę. Aczkolwiek śnieg trzymał się z dala od tego miejsca.

 

Zerknął na trasę, z której przybyli. Poza kamiennym, łukowatym mostem, zobaczył także spokojnie poruszające się jezioro o czarnej wodzie, nad którą unosiły się opary.

 

— Piękne miejsce, prawda? — odezwała się dziewczyna. — Sama byłam nim zachwycona, kiedy tu zamieszkałam.

 

Nie odpowiedział, jedynie skinął lekko głową.

 

Rzeczywiście, to miejsce miało swój niepowtarzalny urok, ale nie zmieniało to faktu, że chłopak był na obcym, wrogim terenie, z którego zamierzał się wydostać najszybciej, jak się dało.

 

Po chwili dziewczyna pociągnęła go w stronę budynku. Kiedy weszli do środka, otuliło go jeszcze przyjemniejsze ciepło.

 

Hol był niewielki i skromnie urządzony. Ściany obito ciemnymi deskami, a na nich zawieszono różnorakie obrazy, lecz tylko jeden rzucał się w oczy: ten przy schodach. Prowadziły one w górę, a po chwili rozgałęziały się na dwie strony. To właśnie tam wisiało przeogromne dzieło i chłopak od razu wiedział, kogo przedstawiało, mimo iż nie widział jeszcze jej twarzy.

 

Na płótnie znajdowały się trzy osoby: dorosła kobieta siedząca na ozdobnym krześle. Po jej prawej stronie stał chłopczyk, zaś po lewej — dziewczynka. Wszyscy mieli tak samo białą skórę, białe włosy oraz białe oczy. Wyglądały jednocześnie niesamowicie i przerażająco: jedynie obręcz tęczówki i źrenica były czarne.

 

Rodzina wyciągnięta niczym z horroru.

 

Nie wiedział, która postać przestawiała Adrię, ale jakoś nie pasowała mu do tej dorosłej kobiety. Wydawała się zbyt stara.

 

— Twój pokój znajduje się na pierwszym piętrze — powiedziała dziewczyna, ciągnąc go po schodach. — Mam nadzieję, że ci się spodoba. Sama go wybrałam. Przygotowałam ci też kąpiel, ubrania i jedzenie. Później Troy zaprowadzi cię do pani Adrii — dodała, otwierając drzwi po prawej.

 

Pomieszczenie również było małe, ale przy tym przytulne. Na lewo stało podwójne łóżko ze stolikami nocnymi po obu stronach, na których, niczym lampki, leżały dwa świecące kamienie, a naprzeciwko toaletka wymalowana w kwiatowe wzory. Pod oknem znajdował się fotel obity ciemną skórą, obok niego — komoda wykonana z ciemnego drewna, przy drzwiach natomiast — niewielka biblioteczka. Między łóżkiem a toaletką położono balię wypełnioną po brzegi ciemną wodą, zaś na taborecie obok dostrzegł poskładane w kostkę ubrania, mydło i ręcznik. Na jednym stoliku nocnym zobaczył tacę z jedzeniem oraz mały dzbanek i filiżankę.

 

To miejsce nie wyglądało jak pokój dla niewolnika.

 

Czuł się okropnie, mimo iż wszystko wydawało się wokół takie przyjazne. Huragan kolidujących ze sobą myśli napadł na jego biedny umysł, jednak ta dziwna, uspakajająca aura sprawiła, że dało się to znieść.

 

Do czasu, aż dziewczyna puściła jego dłoń.

 

Wtedy wszystko wróciło. Całe napięcie, cały gniew, wszystkie złe emocje zalały go niczym tsunami, a on mimowolnie objął się ramionami, zaciskając na nich palce. Strach ponownie wbił pazury w serce i ścisnął gardło, przez co trudno było mu złapać oddech.

 

— Wszystko w porządku? — zapytała, spoglądając na niego niepewnie.

 

— Tak — wydusił cicho, starając się, aby zabrzmiało to wiarygodnie.

 

Nie zabrzmiało.

 

Dziewczyna westchnęła ciężko, po czym uśmiechnęła się do niego z wyrozumiałością. Niepewnie na nią zerknął, a w jej oczach odnalazł coś, co trochę podtrzymało go na duchu.

 

Jakaś cząstka spokoju, którego sam nie posiadał.

 

— Rozumiem, że to wszystko jest... przytłaczające. Nie wiesz, co tu się dokładnie dzieje i kim dla nas jesteś. Może... może, gdy się dowiesz, to te złe emocje ucichną. Może. Prawdę mówiąc, te wyjaśnienia mogą również tobą bardziej wzburzyć. Dlatego musisz zachować spokój, choćby minimalny. To trudne, wiem, ale nie niewykonalne — rzekła powoli, a jej głos był jeszcze bardziej uspokajający, niż oczy. — Czujesz się zagrożony, prawda? Niepotrzebnie. Znaczy się, to normalne, ale przyrzekam, że nic ci tu nie grozi. No, chyba, że wejdziesz Edgarowi do kuchni w trakcie gotowania, wtedy rzeczywiście grozić ci będzie niebezpieczeństwo. — Zaśmiała się niezręcznie. — A tak na poważnie, to naprawdę, nikt cię tu nie skrzywdzi. Jestem skłonna nawet stwierdzić, że pani Adria prędzej odcięłaby sobie wszystkie kończyny, niż pozwoliła, aby coś ci się stało.

 

Wpatrywał się w nią z niezrozumieniem. W głowie miał mnóstwo kotłujących się pytań: kim dla nich był? Nie groziło mu tu niebezpieczeństwo? W to ostatnie trudno było mu uwierzyć, mimo iż jej słowa w jakiś sposób wydawały się wiarygodne. Coś w tej dziewczynie sprawiało, że chciał jej zaufać, ale świadomość tego, jak się tu znalazł, wszystko zniweczyła. Był niewolnikiem kupionym za cenę zdolną wykarmić całą wioskę. Jak miał czuć się bezpiecznie?

 

I to ostatnie stwierdzenie. Ono było najbardziej absurdalne.

 

— Bardzo w nią wierzysz — mruknął.

 

— A czemu miałabym tego nie robić? To najcudowniejsza osoba, jaką znam.

 

Tak. Bardzo absurdalne.

 

— Też jesteś niewolnikiem? — zapytał wprost, choć znał odpowiedź.

 

Dziewczyna zamrugała, zaskoczona, by po chwili ponownie się uśmiechnąć.

 

— Nikt tu nie jest niewolnikiem. Nawet ty.

 

— Nie wyglądasz mi na nie niewolnika — szepnął mimowolnie, bardziej do siebie niż do niej, jednak jego słowa nie umknęły jej słuchowi.

 

Uniosła brwi, a tak przynajmniej mu się zdawało. Trudno było cokolwiek dostrzec spod sterty białego materiału.

 

— Chodzi ci o bandaże? — zapytała niepewnie, a gdy pokiwał głową, westchnęła cicho. — Pani Adria nigdy mnie nie skrzywdziła. Rany, które zakrywają, miałam jeszcze, zanim tu trafiłam.

 

Zmarszczył czoło. Skoro Adria jej nie krzywdzi, to po co je nosiła? Chciał o to zapytać, lecz dziewczyna najwyraźniej przewidziała jego pytanie, bo po chwili dodała:

 

— Noszę je, bo... trudno mi znieść widok blizn i też nie chcę wprawiać nimi nikogo w dyskomfort. Pani Adria mówiła, że nikomu to nie będzie przeszkadzać, ale i tak wolę mieć je zakryte. Tylko po to są. Naprawdę, nikt tu nikogo nie krzywdzi. Myślę nawet, że ze wszystkich miejsc na tym świecie to jest najbezpieczniejsze.

 

Nie miał pojęcia, jak to skomentować, a nawet gdyby wiedział, to głos utknął mu w gardle. Nie podobał mu się fakt, że coraz bardziej wierzył w jej słowa. Nie powinien nikomu tutaj ufać, nawet jeśli wydawali się przyjaźni i skorzy do pomocy.

 

A może... powinien spróbować?

 

Nie, nie, nie, to byłby ogromny błąd.

 

Chyba.

 

Naprawdę już nie wiedział.

 

— A teraz proszę: zjedz coś, odpocznij i wykąp się. Niedługo pani Adria ci wszystko wytłumaczy — powiedziała łagodnie, po raz kolejny posyłając mu przyjazny uśmiech.

 

Nie potrafił zmusić się do oporu, kiedy patrzył w te ogromne, zielone oczy. Było w nich coś, co sprawiało, że wszelkie troski na moment znikały. Sama dziewczyna emanowała niezwykłym spokojem i poczuciem bezpieczeństwa. To było dziwne doświadczenie, ale przyjemne.

 

Zanim wyszła z pokoju, zdołał wydusić z siebie tylko jedno pytanie:

 

— Jak się nazywasz?

 

Spojrzała na niego, stając w drzwiach. Na jej ustach wciąż utrzymywał się delikatny uśmiech.

 

— Floria.

 

Po tych słowach wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania