3:47 nad ranem
Zostawiłaś swoje imię na moich wargach,
jakby było modlitwą, której nie potrafię dokończyć.
Każda sylaba ciąży mi w ustach,
rozpuszcza się powoli jak tabletka nasenna.
Twoje oczy, dwie igły wbite w moje sny,
wciąż zszywają poranki tam,
gdzie rozprułaś moje noce.
Nie śpię. Oczywiście, że nie śpię.
O tej godzinie cisza jest hałasem,
a światło latarni wpełza przez okno
jak bezdomny kot, który nie zna mojego imienia.
Tak jak ty.
Twoja szczoteczka do zębów wciąż stoi w łazience,
sucha i bezużyteczna jak moje ręce.
Nie wyrzuciłem jej. Nie wyrzuciłem niczego.
Jakbyś mogła wrócić,
jakbyś chciała wrócić,
jakbym ja chciał, żebyś wróciła.
Ale nie wrócisz.
I wiem to, tak jak wiem,
że za kilka minut zegar wybije czwartą
i nic się nie zmieni,
poza tym, że będę jeszcze bardziej samotny
niż teraz.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania