4. Rola matki

Jedną z niewielu postaw, które podziwiam w dzisiejszym pokoleniu młodych dorosłych, jest ich świadoma rezygnacja z rodzicielstwa. Wolą wybrać psa, kota, pracę lub własne życie oraz pasje – i nie boją się do tego przyznać. Wyłamanie się z utartego schematu i szczere wyznanie przed rodziną, znajomymi oraz samym sobą, że nie chce się brać odpowiedzialności za nowe życie, wymaga dziś wielkiej odwagi.

Tego z całą pewnością brakowało pokoleniu moich rodziców i dziadków – emocjonalnej dojrzałości.

Dzisiaj jestem przekonana, a wręcz mam namacalne dowody na to, że dzieci były dla moich rodziców zbędnym balastem. Sami byli na to wszystko zbyt młodzi, skrzywdzeni przez własne rodziny i pogubieni we własnej prozie życia.

Byłam najmłodsza z całej trójki. Do pewnego momentu zawsze najbardziej obrywało się najstarszemu bratu. Powodem mogło być wszystko: otwarte wyrażanie własnego zdania, niedojedzony obiad, zbyt późna pora powrotu do domu, rozmowy albo włączony telewizor w trakcie pory snu. Na początku były sugestywne ostrzeżenia: podniesiony głos przechodzący w krzyk, potem wyzwiska, a kiedy to nie skutkowało – wkraczała ciężka ręka matki. Bądź co bądź, tutaj chłopak miał łatwiej: nie było długich włosów, za które można było pociągnąć. Co więcej, cała ta agresja i złość kumulowały się w wątłym ciele matki, która przy pięćdziesięciu kilo mierzyła zaledwie sto sześćdziesiąt siedem centymetrów.

Ojciec nigdy nas nie skrzywdził – ani fizycznie, ani werbalnie. Ale czy to stawia go w dobrym świetle?

Teraz wiem, że to była zwykła obojętność, ale wtedy usprawiedliwialiśmy to w każdy możliwy sposób: ułożenie niesfornych dzieci nie było jego rolą, był jedynym żywicielem rodziny – miał prawo do odpoczynku, taki był jego charakter…

Będąc matką, wspominam tamten czas z zupełnie innej perspektywy. Wiele razy słyszałam w domu:

– Będziesz miała swoje dzieci, to zobaczysz, jak to jest!

Jestem. Dziękuję Ci, matko za te słowa – utwierdziłaś mnie w przekonaniu, że nigdy nie nadawałaś się do tej roli.

Dzieci są wyjątkowo odporne i stosunkowo szybko przystosowują się do zmian, nawet tych na gorsze – tak też było ze mną. Nowa sytuacja wcale mi się nie podobała, ale w przeciwieństwie do rodzeństwa starałam się nie sprawiać kłopotów i nie narzekać. Karolina i Patryk mieli do siebie blisko – dzieliło ich niespełna dwa lata różnicy. Obydwoje wchodzili właśnie w wiek dojrzewania, więc przeprowadzka musiała być dla nich wyjątkowo trudnym doświadczeniem.

Początkowo, choć bez przekonania, próbowali odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości. Piętro wyżej mieszkała ciężarna nastolatka ze swoim chłopakiem; była niewiele starsza od mojego rodzeństwa, więc naturalnie szukali z nią kontaktu. Ostatecznie jednak wygrały „stare śmieci”. Od nowego miejsca do starego mieszkania było zaledwie pół godziny pieszo. Praktycznie codziennie po szkole – albo zamiast niej – brat i siostra krążyli do naszej babci, która mieszkała tuż obok naszego dawnego lokum. Wszystko po to, by za wszelką cenę podtrzymać relacje ze starym towarzystwem.

Problem zaczął się w momencie, gdy szkoła wreszcie zainteresowała się ich ciągłą nieobecnością i obydwoje stanęli przed widmem nieprzejścia do następnej klasy. Oprócz oczywistych kar fizycznych, matka wprowadziła nowy, stały element nadzoru. Byłam nim ja – a dokładniej moja obowiązkowa obecność przy każdym wyjściu Karoliny ze znajomymi. Wiadomo, chłopaka nie trzeba było przecież aż tak pilnować.

Jedno z takich wyjść szczególnie mocno wryło mi się w pamięć.

Na miejscu było sporo osób ze „starej ekipy”, w tym moja ulubiona para: Iwona i jej chłopak o chwytliwej ksywie Młody. Pasowali do siebie idealnie. Iwona była sympatyczną brunetką o uroczej buzi porcelanowej laleczki, a Młody – niestety nie pamiętam jego prawdziwego imienia – uchodził za najprzystojniejszego kolegę mojego rodzeństwa. Zaraz po Fasoli, który był moją pierwszą, oczywiście nieodwzajemnioną, dziecięcą miłością. Czułam się przy nich bezpiecznie, więc tamten wieczór zapowiadał się dla mnie jako ogromna frajda.

Nie potrafię dziś przywołać z pamięci wielu szczegółów, ale w pewnym momencie całe towarzystwo przeniosło się w jakieś zamknięte miejsce – może na pustą klatkę schodową, a może do osiedlowego pustostanu. Najistotniejsze w tym wszystkim jest to, że oprócz papierosów i napojów w charakterystycznych, ciemnobrązowych i zielonych butelkach, w rękach starszych pojawiło się coś jeszcze. Biały proszek. Przemknął mi przed oczami na ułamek sekundy, krążąc między kolejnymi dłońmi, ale jestem pewna tego, co widziałam.

Nigdy, nikomu nie odważyłam się o tym powiedzieć.

Czy moja siostra też to zażywała? Dziś nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Wtedy po prostu nie rozumiałam, na co patrzą moje dziecięce oczy.

Dlaczego wracam pamięcią akurat do tamtego wieczoru? Bo dla mojej starszej o pięć lat siostry był to początek równi pochyłej, z której nie było już powrotu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania