#4 [Tom I] Atonos

Nie był pewny, ile minut minęło, zanim oderwał wzrok od zamkniętych drzwi. Jednak gdy w końcu to zrobił, to poczuł się jak wyrwany z długiego snu.

 

Wziął głęboki wdech i spojrzał na leżącą przed nim balię. W tym samym momencie zaburczało mu w brzuchu. Przełknął głośno ślinę.

 

Był głodny. Był spragniony. Czuł się brudny, co go jeszcze bardziej mierziło. Mimo wszystko, jedyne, co zrobił, to zdjął płaszcz i usiadł na łóżku. Z nerwów drżała mu noga.

 

Chciał wiedzieć, co się, do cholery, działo. Czemu trafił do tego świata? Dlaczego Adria go wykupiła? Jaki miał być następny krok?

 

I jeszcze słowa Florii. Najwyraźniej go potrzebowali. Tylko do czego? Przecież był jedynie zwykłym chłopakiem, który próbował jakoś pozbierać swoje roztrzaskane życie. Czemu ktoś taki jak on miałby być im potrzebny?

 

Coraz bardziej się niepokoił. Podciągnął kolana pod brodę i mimowolnie skulił, kryjąc twarz w ramionach.

 

To wszystko było takie popierdzielone i absurdalne.

 

Chciał do domu. Nie było w nim najcudowniej, ale przynajmniej znał okolicę i ludzi. Wiedział, jak przetrwać. Siedząc zaś w Zamtrii, której kompletnie nie znał, czuł strach. Nie miał pojęcia, jak przeżyć w tej krainie. Jedyne, co przychodziło mu do głowy, to... to słuchanie się Adrii. Ponoć nie zamierzała go skrzywdzić. Jeśli rzeczywiście nie była zła to... może mogłaby mu pomóc wrócić do domu?

 

Nagle usłyszał ciche pukanie. Zaskoczony uniósł głowę i spojrzał na drzwi. Głos utknął mu w gardle, więc nie odpowiedział, nawet kiedy zapukano raz jeszcze. Gdy za trzecim razem nieznajomy nie uzyskał odpowiedzi, to wszedł do środka z bardzo niezadowoloną miną.

 

— Nie potrafisz odpowiedzieć? — zapytał, prawdopodobnie Troy, nim w ogóle na niego spojrzał.

 

Stojący przed nim mężczyzna był wysoki, szczupły i ubrany w elegancki, czarny frak. Miał ciemne, zaczesane do tyłu włosy oraz jasne, szare oczy, które wpatrywały się w chłopaka z irytacją.

 

— Ja... nie wiem?

 

Miał ochotę palnąć sobie w łeb, ale powstrzymał się. Wystarczyło mu zdegustowanie na twarzy nieznajomego.

 

— Nie wiesz? — Uniósł brew. — Jeśli naprawdę jesteś tą Różą, to nie wróżę nam pomyślnej przyszłości — mruknął, bardziej do siebie, niż do niego. — Chodź za mną — dodał.

 

Chłopak niepewnie podniósł się z miejsca i opuścił pokój wraz z mężczyzną. Zamiast zejść na parter, poszli wzdłuż korytarza do innych, bocznych schodów i nimi skierowali się na ostatnie piętro. Po drodze mijali obrazy, którym nieśmiało się przypatrywał. Większość z nich przedstawiała zimowe krajobrazy.

 

Ostatecznie dotarli do jasnych drzwi na samym końcu. Troy zapukał, po czym otworzył je i wpuścił go bez słowa do środka.

 

Najpierw zobaczył wysoką, szeroką biblioteczkę, a obok szafki i półki pełne bibelotów. Później, po lewej, ciemne biurko z wazonem. Stała w nim roślina, przypominająca różę o błękitnych płatkach. Wyglądała, jakby została zrobiona z porcelany.

 

Znajdowały się tam również dwa krzesła i za biurkiem kolejna biblioteczka.

 

To właśnie przy niej dostrzegł Adrię.

 

Stała odwrócona do niego tyłem, lecz gdy Troy zamknął drzwi, to spojrzała w jego stronę.

 

Nie była to ta sama kobieta, którą widział na obrazie. Posiadała o wiele delikatniejszą, okrąglejszą twarz, ale reszta szczegółów się zgadzała.

 

Białe włosy miała rozpuszczone, dzięki czemu spływały po ramionach. Okropnie blada skóra topiła się z równie białą koszulą, która odznaczała się jedynie czarnym krawatem.

 

Nagle uśmiechnęła się delikatnie i dłonią wskazała na fotel przed biurkiem.

 

— Usiądź, proszę.

 

Niepewnie to zrobił, automatycznie się spinając. Stres ścisnął mu gardło. Ręce zaczęły się pocić.

 

A kiedy spojrzał kobiecie w oczy, serce zaczęło bić o wiele szybciej.

 

Nie były dokładnie takie jak na obrazie. Z tej odległości zauważył, że ta biel w tęczówce przypomina raczej perłę, ale bardzo jasną. Nie zmieniało to jednak faktu, że ten widok był równie fascynujący, co niepokojący.

 

Adria usiadła za biurkiem i nogę założyła na nogę.

 

— Chcesz się czegoś napić?

 

Od razu pokręcił głową. Nie było szans, żeby cokolwiek przełknął.

 

— Jak się czujesz? — zadała kolejne pytanie.

 

Zmarszczył brwi. Ona naprawdę nie wiedziała, czy to była tylko zwykła grzeczność?

 

— Rozumiem, że niezbyt dobrze. — Westchnęła ciężko. — Wiem, że sytuacja wygląda dość... fatalnie. Dlatego też powiem od razu: nie jesteś już dłużej niewolnikiem. W momencie, w którym cię wykupiłam, stałeś się wolnym człowiekiem.

 

Wydawała się mówić szczerze, lecz mimo tego chłopak wciąż miał wątpliwości.

 

— Czyli jeśli będę chciał odejść...

 

— Możesz to zrobić w każdej chwili — odparła, nim zdążył dokończyć pytanie. — Zapewnimy ci odpowiednie wyposażenie i jeśli zechcesz, to odejdziesz. Chcę jednak, abyś wysłuchał tego, co mam ci do powiedzenia. Możesz to dla mnie zrobić?

 

Nie widział w tym żadnego sensu. Dlaczego go wykupiła, skoro pozwoliła mu odejść? Nie był im przypadkiem do czegoś potrzebny?

 

— Czemu mnie kupiłaś? — zapytał cicho.

 

Adria posłała mu niepewny uśmiech.

 

— Cóż... moja rodzina... ona robi to od lat. Mój ojciec to zapoczątkował. Nie mógł znieść niewolnictwa w naszym kraju i starał się je zwalczyć, ale zrobienie czegokolwiek dobrego na skalę krajową jest dość trudne, więc co miesiąc wykupywał i uwalniał jedną osobę. Jedni odeszli, a drudzy zostali. Ja po prostu podążam jego śladami.

 

Nie ukrywał, że ta informacja go zaskoczyła. Dodatkowo łączyła się ze słowami Florii. Jednak co on miał z tym wszystkim wspólnego?

 

— To... wysłuchasz mnie? — mruknęła.

 

Kiwnął niepewnie głową. Musiał się dowiedzieć, o co chodziło.

 

— No dobrze, to przejdźmy do konkretów: nazywam się Adria i pochodzę z rodu Sheru, w którego posiadłości właśnie się znajdujesz. Jak ty się nazywasz?

 

To pytanie go zmieszało, choć chyba nie powinno. Poczuł rosnącą gulę w gardle, ale w końcu przełamał się i odpowiedział:

 

— Rose... Rose Andrews — wymruczał. — I tak, wiem, że to damskie imię — dodał pośpiesznie, gdy uniosła zaintrygowana brwi, po czym sam odwrócił wzrok.

 

Nie chciał widzieć szyderstwa na jej twarzy. Już wystarczająco się go w życiu naoglądał.

 

— Nigdy nie słyszałam takiego imienia — odparła, chyba w ogóle nieprzejęta tym, co dopowiedział. — Brzmi ciekawie i jest całkiem łatwe w wymowie. Ma jakieś konkretne znaczenie?

 

Zmarszczył lekko nos, zdziwiony tym pytaniem.

 

— To... nazwa pewnego... kwiatu — odpowiedział, po czym spojrzał na roślinę w wazonie — Wygląda niemal identycznie jak ten.

 

Kobieta również zerknęła na kwiat. Nagle opuściła nogę i zagryzła dolną wargę. Wydawała się czymś podekscytowana. Po chwili ponownie przeniosła wzrok na Rose'a.

 

— To róża. Błękitna róża z herbu mojego rodu — oznajmiła i nagle uśmiechnęła się lekko, jakby z satysfakcją. — Twoje kwiatowe imię i błękitne włosy... to nie może być przypadek.

 

Że co?

 

— Nie wiem, co masz na myśli.

 

Adria zaśmiała się pod nosem.

 

— Trudno, żebyś wiedział — prychnęła, pochylając się do przodu. Oparła łokcie o biurko i spojrzała chłopakowi prosto w oczy. — Jak już wcześniej mówiłam, pojawiłeś się tu nie bez powodu. Twoje przybycie zostało zaplanowane przez Los w dniu twoich narodzin.

 

O czym ona, do cholery, mówiła?

 

— Możesz jaśniej? Nadal nic nie rozumiem.

 

Adria westchnęła ciężko. Przez dłuższą chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią.

 

— Ludzie rodzą się z życiem zaplanowanym im przez sam Los. Nasza historia jest zapisana i zapieczętowana w jego bibliotece. Nieważne, co zrobimy, to i tak nasza droga doprowadzi nas do celu, który nam wyznaczył. Każdemu z nas stworzył przepowiednię, opowiadającą o najważniejszych chwilach naszego życia. Twoją również napisał, lecz nie wiem, jaka ona jest. Wiem za to, że Błękitna Róża z innego świata, należąca do mojej przepowiedni, zwalczy "chorobę". — Zrobiła w powietrzu cudzysłów. — Nie wiem, czy to ty, ale... czuję, że mam rację. Wydajesz się inny niż wszyscy. Jakby... nie z tego świata.

 

Rose nie wiedział, jak zareagować. Czuł się przytłoczony. To wszystko było takie... absurdalne. Surrealistyczne. Dziwne. Głupie i Bóg wie, jakie jeszcze. Znowu narodziło się wiele pytań, ale nie był pewny, czy chciał poznać na nie odpowiedzi.

 

Ukrył twarz w dłoniach, czując, jak od tego wszystkiego zaczyna boleć go głowa.

 

— Chcę do domu — wyszeptał mimowolnie.

 

Nagle poczuł na dłoniach zimny, delikatny dotyk. Od razu spuścił je na kolana. Adria odsunęła rękę, zmieszana.

 

— Niestety, ale obawiam się, że to niemożliwe. Przeznaczenie cię tu zesłało, dlatego nie mogę nic z tym zrobić.

 

Czyli wszelka nadzieja na szczęśliwy powrót do jego świata poszła się jebać? Cudownie.

 

Skulił się jeszcze bardziej. Z trudem tłumił chęć rozpłakania się.

 

Napięta cisza wypełniła pomieszczenie. Rose mocno zacisnął dłonie w pięści i wbił paznokcie w skórę. Świadomość, że został skazany na to miejsce, była przerażająca. Co miał teraz zrobić? Gdzie się udać? Może zostać w posiadłości? Naprawdę nie wiedział.

 

— Wiesz... to nie tak, że na powrót nie ma żadnej nadziei — powiedziała cicho.

 

Od razu na nią spojrzał.

 

— Co masz na myśli? — wypalił.

 

Był jednak jakiś sposób? Malutki płomyczek nadziei na powrót?

 

— To jedynie moje domysły, ale jeśli jesteś osobą z mojej przepowiedni, to możliwe, że, jak pomożesz mi się uporać z tym problem, to Los cię... odeśle. W końcu nie będziesz już potrzebny.

 

To miało jakiś sens. Chyba. Jednak przez to pojawiły się kolejne pytania.

 

— A co, jeśli nie jestem tą osobą, o której mowa?

 

— To mało prawdopodobne. W końcu, po co Los miałby cię zsyłać do mnie? Jednak, jeśli rzeczywiście to nie o tobie mowa, to oznaczać może tylko, że jesteś częścią innej przepowiedni. Jeśli tutaj zostaniesz, to za kilka dni, podczas pełni, udamy się do Wyroczni. Ona zaś odczyta twoją przepowiednię i zobaczymy, czy są połączone.

 

To... był już jakiś plan.

 

— A więc zostanę — odparł niepewnie, po czym przełknął głośno ślinę.

 

W oczach Adrii pojawił się błysk.

 

— Nawet nie wiesz, jak się z tego cieszę. — W jej głosie wyczuł ogromną radość i ulgę. — Obiecuję ci, że zrobię wszystko, żebyś poczuł się w tym miejscu bezpieczny. — Przyłożyła dłoń do piersi. — Włos ci z głowy nie spadnie, póki jesteś pod moją opieką, Rose.

 

Prychnął mimowolnie, odwracając wzrok. Chciał w to wierzyć. Serce mówiło mu, że słowa kobiety były szczere, jednak rozum kazał pozostać nieufnym.

 

— Do czego ja ci w ogóle jestem potrzebny? — zapytał po dłuższej chwili.

 

— Nie wiem. Przepowiednia nie wspomina o konkretach. Jednak jestem pewna, że jest to powiązane z wojną, która się tu toczy.

 

Wytrzeszczył oczy.

 

— W...wojna? Mam wziąć udział w wojnie? — wydukał. — Chyba powariowaliście.

 

— Niestety, ale możliwie, że będziesz musiał wziąć udział w walce. Choć szczerze mówiąc, to nie widzę w tym sensu. Przeczuwam, że nie potrafisz posługiwać się bronią, prawda? — Od razu pokręcił głową. — No właśnie. To bez sensu posyłać tu kogoś, kto nie potrafi walczyć, skoro mamy własnych żołnierzy. Myślę, że twoja rola jest inna. Taka niezwiązana z bezpośrednią walką.

 

Te przypuszczenia nie uspokoiły go w żaden sposób.

 

— A z kim walczycie? Jakimś wrogim krajem?

 

Kobieta pokręciła głową.

 

— To bardziej wojna domowa. Coś ożywia trupy naszych przodków i wysyła na nas, ludzi żywych. Nie wiemy, co to i skąd się one dokładnie biorą.

 

Przez chwilę myślał, że się przesłyszał. Zwłaszcza że powiedziała to bardzo spokojnie, jakby ten stan rzeczy wcale nie był zaskakujący.

 

Jednak gdzieś w głębi serca wiedział, że dobrze usłyszał.

 

I właśnie ten fakt sprawił, że zrobiło mu się niesamowicie słabo. Krew odpłynęła z twarzy. W płucach zabrakło powietrza. Brał krótkie, niespokojne oddechy. Obraz przed oczami zaczął się rozmazywać.

 

— Rose? — odezwała się zaniepokojona Adria. — Wszystko w porządku?

 

Kręciło mu się w głowie. Bardzo. Oj, bardzo, bardzo. Pochylił się mocno do przodu, kryjąc twarz w dłoniach. Umysł podsuwał nieprzyjemne obrazy, przez które serce omal nie wyskoczyło z piersi. Głos kobiety stał się niewyraźny i przytłumiony.

 

Po chwili jego kontakt ze światem się urwał.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania