5. Szczęście w nieszczęściu

W czasie, gdy moje rodzeństwo szukało schronienia u dziadków, ja większość czasu spędzałam w domu. Rzadko wychodziłam na podwórko, a kiedy już to robiłam, prosiłam o towarzystwo mamę. Mówiąc delikatnie, nie była z tego powodu zadowolona – mimo że nie pracowała zawodowo i miała sporo wolnego czasu. Okolica naszego domu po prostu nie była bezpieczna i zwyczajnie bałam się poruszać po niej sama.

Pamiętam, że pewnego dnia rodzice dosłownie wymusili na mnie wyjście do okolicznej piekarni po ciastka. Miałam wtedy jakieś osiem, może dziewięć lat. Mama obiecała, że przez całą drogę będzie wyglądać przez okno i mieć mnie na oku.

Oczywiście słowa nie dotrzymała.

Już od momentu wyjścia z klatki schodowej, przesiąkniętej zapachem zbutwiałego drewna i pleśni, czułam, jak moje serce łomocze w piersi. Starałam się być dzielna, ale brak jakiegokolwiek poczucia bezpieczeństwa sprawiał, że czułam się jak zwierzyna rzucona na pożarcie. Liczna społeczność romska, która okupowała ten teren, wzięła mnie na celownik od pierwszej sekundy. Natychmiast wyczuli mój strach, zachowując się jak lwy na wybiegu, które dostrzegły łatwą zdobycz. Wystarczył ułamek sekundy: śmiech, obelgi, a na koniec splunięcie mi prosto w twarz przez jakieś cygańskie dziecko.

A podobno „swoich” nie ruszają.

Wróciłam do domu zalana łzami. Ale za to z ciastkami.

To nie tak, że mój dom rodzinny obfitował wyłącznie w złe wspomnienia, pełne bólu i traumy. Było też kilka naprawdę dobrych chwil: nauka jazdy na rowerze z mamą czy leniwe przedpołudnia na pobliskiej łące. Ja bawiłam się wtedy w trawie, a mama i siostra się opalały. Pamiętam, że w tamtych latach swoistym hitem były sklepy z serii „Wszystko po 5 złotych”. Pomimo bardzo skromnego budżetu mama zawsze starała się wygospodarować parę groszy na jakiś drobiazg dla mnie. Do dziś jestem jej za to ogromnie wdzięczna. Doceniam też wspólne popołudnia i wieczory, spędzone na oglądaniu polskich i brazylijskich seriali – to był nasz czas. Tata towarzyszył nam tylko przy „Klanie” i „Złotopolskich”, resztę z góry kwitując mianem „durnot”.

Mimo tych paru ciepłych kadrów, w moim dzieciństwie było go jednak bardzo mało. Każde wolne popołudnie, weekend i większość świąt spędzał w pracy, byle tylko wyżywić naszą gromadkę. Budżet pękał w szwach, a dom tonął w chaosie i długach. Idealne warunki, żeby sprawić sobie kolejne dziecko.

Niedługo po moich dziewiątych urodzinach mama ogłosiła, że jest w ciąży. Rozważała różne opcje, ale ostatecznie to nasz brat przekonał ją, że przecież jakoś damy radę. Czy trzeba dodawać coś więcej? Nastolatek stał się głosem rozsądku w domu, w którym dorosłym zabrakło odpowiedzialności.

Mama bardzo wstydziła się tej ciąży. Na szczęście dla niej brzuch był prawie niewidoczny, a po rozwiązaniu dzieckiem zajmowało się głównie moje starsze rodzeństwo. Sąsiedzi byli przekonani, że to Karolina urodziła.

Jesienią zmarł dziadek – tata naszej mamy, a w grudniu przyszedł na świat nasz najmłodszy braciszek.

Po pogrzebie dziadka moja mama bez reszty poświęciła się swojej matce. Jeździłyśmy tam codziennie. Mama podtrzymywała zrozpaczoną wdowę na duchu, a ja zyskałam idealną okazję do spotkań z dawnymi przyjaciółmi.

Tak naprawdę to właśnie od tego momentu zaczął się najbardziej szczęśliwy okres mojego dzieciństwa. Większość roku spędzałam u babci, która dawała mi więcej uwagi i ciepła niż cała najbliższa rodzina. Niemal u niej zamieszkałam. Spałam w pokoju większym niż całe nasze mieszkanie, miałam do dyspozycji normalną toaletę i znów mogłam kąpać się w prawdziwej wannie. Pomimo oczywistej tragedii, jaką była strata ukochanego dziadka, chociaż na jakiś czas odzyskałam dziecięcą radość i beztroskę.

A moja mama? Przeżywała żałobę po swojemu, zepchnięta w cień cierpienia babci. W krótkim czasie straciła ojca, a chwilę później urodziła czwarte dziecko. Z perspektywy czasu ogromnie jej współczuję. Prawdopodobnie doświadczyła ciężkiej depresji poporodowej, co w tamtych warunkach musiało być dla niej piekłem. Nie miała przecież żadnego wsparcia ze strony męża. Chociaż wydawało się to niemożliwe, ojciec pracował jeszcze więcej, by jakoś związać koniec z końcem. To były czasy przed jakimikolwiek świadczeniami rodzinnymi – jedynym zastrzykiem gotówki był zasiłek pielęgnacyjny z tytułu mojego stanu zdrowia. Ale nawet wtedy były to marne grosze.

Ogromnie współczuję tamtej wycieńczonej kobiecie. Ale nigdy nie rozgrzeszę matki, która postanowiła pociągnąć nas za sobą na samo dno.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Bettina godzinę temu

    Bardzo archaiczne.

  • Dalia godzinę temu

    Możesz rozwinąć?

  • Bettina godzinę temu

    Ja?

  • Dalia

    Co chcesz przez to powiedzieć? Chciałabym zrozumieć, co archaicznego/przestarzałego dostrzegłaś w tekście?

  • Bettina

    Ciemne klimaty są jak przyciemnianie kuchni zasľonami.

  • Dalia

    Okej. Dzięki za opinię! :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania