#5 [Tom I] Atonos

W pomieszczeniu rozległ się głośny huk, a po nim zapanowała długa, niezręczna cisza.

 

Zaskoczona Adria wpatrywała się w miejsce, w którym jeszcze chwilę temu widziała pobladłą twarz chłopaka. Dopiero po minucie pochyliła się nad biurkiem i spojrzała na znajdującą się pod nim postać.

 

Rose leżał na ziemi i się nie ruszał.

 

Kiedy ten fakt do niej dotarł, podeszła do niego pośpiesznie i złapała za twarz.

 

— Rose? — odezwała się niepewnie. — Rose, słyszysz mnie? — Poklepała go delikatnie po policzku. — Haaalooo?

 

Gdy nie uzyskała odpowiedzi, sprawdziła, czy w ogóle oddychał. Westchnęła z ulgą, kiedy ciepły oddech musnął jej policzek, a pod palcami poczuła, jak klatka piersiowa unosiła się i opadała.

 

— Pani Adrio, wszystko w porządku? — Niespodziewanie w drzwiach stanął zaniepokojony Troy. Niemal od razu wbił wzrok w nieprzytomnego chłopaka. — Co tu się stało? — zapytał, podchodząc powoli, po czym klęknął obok.

 

— Chyba go trochę przestraszyłam. — Zaśmiała się nerwowo i po chwili skrzywiła brzydko. — Mogłam mu tego wszystkiego nie mówić. Nie dzisiaj.

 

— A o czym dokładnie mu pani powiedziała?

 

— O przepowiedni i o toczącej się wojnie.

 

— Wspomniała pani o... trupach?

 

Pokiwała głową. Troy prychnął.

 

— Rzeczywiście mogła mu pani o tym nie wspominać.

 

— Nie wiedziałam, że tak zareaguje! — żachnęła się.

 

— A czy to nie pani ostatnio chwaliła się swoimi ponadprzeciętnymi umiejętnościami odczytywania ludzkich emocji? — zauważył, unosząc znacząco brew.

 

Adria lekko poczerwieniała.

 

— Widziałam, że był bardzo zestresowany. Nie wiedziałam jednak, że aż tak bardzo. — Zmarkotniała. — Choć mogłam to przewidzieć.

 

Troy westchnął ciężko, kładąc pokrzepiająco dłoń na jej ramieniu. Spojrzała na niego ponuro, zagryzając lekko dolną wargę.

 

— Niech się pani tym teraz nie przejmuje. Chłopak z pewnością dojdzie do siebie. Musi jedynie trochę odpocząć.

 

W oczach mężczyzny dostrzegła pewność, która podniosła ją na duchu.

 

Po tych słowach wsunęła jedno ramię pod głowę chłopaka, a drugie w zgięcie kolan i bez większego problemu wstała, trzymając ich nowego lokatora w rękach. Uniosła brew, gdy zdała sobie sprawę, że Rose był strasznie... lekki. Nawet zbyt lekki jak na kogoś tak wysokiego.

 

— Ja go zaniosę, pani powinna... — zaczął pośpiesznie Troy, chcąc już przejąć chłopaka, lecz Adria pokręciła stanowczo głową.

 

— Nie trzeba. Poradzę sobie z przeniesieniem własnego gościa. Ty możesz za to otworzyć drzwi.

 

Nawet jeśli dosłownie tego nie pokazał, to wiedziała, że nie podobał mu się ten pomysł.

 

Troy zawsze traktował ją tak delikatnie jak filiżankę, którą dopiero co pieczołowicie skleiło się z potłuczonych kawałków. A przecież nie musiał. Nie była już małym dzieckiem, którym należało się opiekować.

 

Wyszli z gabinetu. Cisza, jaka panowała w posiadłości, była bardzo przyjemna i pozwoliła zebrać porozrzucane po głowie myśli. Było ich naprawdę dużo i w dodatku każda rzucona w inną stronę świata.

 

Ostatnie godziny były... trudne. Nie dość, że ponownie musiała udać się do tego okropnego miejsca, które chętnie zmiotłaby z powierzchni ziemi, to została świadkiem brutalnej śmierci małej, przerażonej dziewczynki i wróciła do domu z chłopakiem, którego prawdopodobnie jej rodzina szukała od kilkunastu lat.

 

Dzień pełen wrażeń.

 

— Naprawdę pani myśli, że to on? — zapytał nagle Troy, gdy pomagał jej zejść ostrożnie po schodach.

 

— Mam taką nadzieję — mruknęła cicho. — W końcu Los bez przyczyny go do mnie nie zesłał, nie?

 

— Niby tak, jednak Los bywa przewrotny i bardzo lubi się z nami bawić — stwierdził, kiedy skręcili w kolejny korytarz. — Skąd w ogóle pomysł, że nie jest z tego świata?

 

Spojrzała na chłopaka. Dokładniej na spokojną, błyszczącą się w świetle lamp twarz.

 

— Już na pierwszy rzut oka wydał mi się... inny — zaczęła niepewnie, schodząc po kolejnych schodkach. — Ma nietypowy kolor włosów, choć to może być część daru, jeśli takowy posiada. W dodatku karnacja jest zbyt ciemna jak na Północne Kraje. Gdybym miała dopasować kolor skóry to którejś z innych krain, to postawiłabym na Wschód.

 

— Oczy się nie zgadzają — zauważył Troy. — Błękit jest rzadkością, zwłaszcza na Wschodzie. Nawet gdyby był mieszańcem, to mało prawdopodobne, by odziedziczył po którymś z rodziców błękitne oczy.

 

— No właśnie. To mnie zaskoczyło. — Pokiwała głową, po czym westchnęła ciężko. — Tak czy siak, był ostatni na liście, więc go wykupiłam. Podczas jazdy miałam z nim krótką rozmowę. Ona zaś przekonała mnie, że to on jest Różą. Mówi idealnie w naszym, ma perfekcyjny akcent, a językowo reszta krain bardzo się do nas różni. Zbyt bardzo, aby ktokolwiek potrafił mówić z idealnym akcentem. — Stanęli przed drzwiami do jego pokoju. — W dodatku jasno dawałam mu znać, że wiem, iż nie należy do tego świata. Ani razu nie zaprzeczył. To chyba mówi samo za siebie — dodała, wchodząc do pomieszczenia.

 

— Wygląda na to, że to on — mruknął niepewnie. — Zostanie tutaj na dłużej?

 

— Zanim wspomniałam mu o trupach, stwierdził, że tak — odparła, ostrożnie kładąc chłopaka na łóżku. Potem przykryła go dokładnie kołdrą. — Nie wiem jednak, co zrobi, wiedząc, z czym się borykamy. Bardzo prawdopodobne, że ucieknie, jak tylko nadarzy się okazja — rzekła ponuro, lekko się garbiąc.

 

Troy od razu stanął obok i położył rękę na ramieniu kobiety. Ona sama złapała go za dłoń i ścisnęła delikatnie.

 

— Myślę, że przejrzy na oczy i wybierze rozsądnie — powiedział cicho. — Jednak nie wiem, jak zareaguje, gdy dowie się o Ato...

 

Adria wytrzeszczyła oczy. Mężczyzna od razu zamilkł.

 

Przerażona spojrzała na nieprzytomnego chłopaka, czując, jak serce podchodzi do gardła. Gdyby Rose rzeczywiście dowiedział się o Atonosie, zwłaszcza teraz... niewątpliwie uciekłby, zanim zdołaliby go powstrzymać.

 

— Pod żadnym pozorem nie może się dowiedzieć — wycedziła przez zęby.

 

— Nie uważa pani, że to zły pomysł: ukrywać przed nim istnienie Atonosa?

 

Miał rację. Jeśli chłopak rzeczywiście był Różą, to pewnego dnia i tak będzie musiał dowiedzieć się prawdy.

 

— Wiem o tym. I dowie się tego... kiedyś. Obiecuję, ale... teraz nie jest odpowiedni czas na to. Musi odpocząć, przywyknąć do nowej sytuacji. Musi poczuć choć trochę, że jest z nami bezpieczny. Wtedy dopiero będę mogła podjąć decyzję.

 

— A co, jeśli dowie się wcześniej?

 

Spojrzała na niego, mimowolnie marszcząc brwi.

 

— To w twoim obowiązku leży, aby się tego nie dowiedział. Wiesz, co robić, jeśli wybudzi się w nocy, czyż nie?

 

— Oczywiście — kiwnął głową.

 

Westchnęła z ulgą i uśmiechnęła się lekko.

 

Po chwili pewna myśli brutalnie zmyła ten uśmiech z twarzy.

 

— Coś się stało? — zapytał Troy, przyglądając się zaniepokojony.

 

Spuściła wzrok, przełykając głośno ślinę.

 

— Jestem przerażona — powiedziała cicho. — Nic już nie będzie takie jak dawniej. Czuję to. Nie wiem, co się zmieni i czy będą to dobre zmiany, czy złe. Boję się tego. — Mimowolnie otoczyła się ciasno ramionami. — Boję się, że wydarzy się jakaś katastrofa, że ktoś z nas ucierpi. A najgorsze jest to, że nie mam nad tym żadnej kontroli. — Przymknęła oczy, czując pod powiekami ciepłe łzy. — Cieszę się, że Rose w końcu przybył, ale jeśli jest on zwiastunem katastrof, to chyba wolałabym, żeby w ogóle się nie pojawiał.

 

Poczuła, jak samotna łza spłynęła po policzku. Odwróciła się do mężczyzny i położyła głowę na jego ramieniu, nic nie mówiąc. Troy tego nie skomentował, tylko zamknął ją w delikatnym uścisku. Adria mimowolnie wtuliła się w niego mocniej, obejmując ramionami kark przyjaciela. Na włosach poczuła dłoń, która delikatnie przeczesywała włosy.

 

— Damy sobie radę — wyszeptał nagle. — Wytrwaliśmy do tego momentu i przetrwamy do samego końca.

 

Wyszli z pokoju dopiero wtedy, kiedy się uspokoiła.

 

 

Zegar tykał. Dziewczynka machała nogami w rytm tej piosenki. Przekrwione oczy obserwowały go z łóżka. Małe palce wystukiwały jakąś melodię na materacu. Czas mijał, zanurzony w nieprzeniknionej ciszy, której nikt nie próbował przerwać.

 

— Cieszę się, że przynajmniej ty przetrwałeś — wyrzekła nagle, a z ust wypłynęła sowicie krew. Spłynęła po brodzie, aż do szyi. Niektóre krople spadły na sukienkę, doszczętnie niszcząc nieskazitelną biel. — Szkoda, że nie mogłam do ciebie dołączyć. — Przymknęła oczy i uśmiechnęła się szeroko.

 

Nie wiedział, co odpowiedzieć. W głowie miał pustkę.

 

Wbił paznokcie w odsłonięte ramiona i ukrył twarz w kolanach. Po klatce piersiowej rozprzestrzeniał się okropny ból. Kumulował się tuż przy szybko bijącym sercu. Rose miał wrażenie, że utknęło w niej coś, co wraz z kolejnym uderzeniem tylko wzmagało cierpienie.

 

Jakby ktoś wbił nóż i go nie wyciągnął.

 

— Przepraszam — wydusił w końcu.

 

Nawet nie wiedział, za co dokładnie przepraszał.

 

Po policzkach spływały kolejne łzy. Nie potrafił ich powstrzymać, choć próbował z całych sił. Uniósł głowę i spojrzał na dziewczynkę. Uśmiech zszedł z jej twarzy, a zamiast tego, wykrzywiła się ona w brzydkim grymasie.

 

Chwilę później zniknęła, wraz z całym pokojem.

 

Gwałtownie podniósł się do siadu, chciwie nabierając powietrza do płuc, jakby dopiero co wynurzył się z głębokiej wody. Z wytrzeszczonymi oczami wpatrywał się we własne, przerażone oblicze. W całej posiadłości panowała niezmierzona cisza, a w pokoju delikatny półmrok. Oddychał ciężko, czując, jak serce bije boleśnie w piersi, a strach ściska gardło. Niepewnie pozbył się łez z kącików oczu i przetarł spoconą twarz.

 

— Koszmary nie dają ci spać?

 

Na ten nagły, niespodziewany głos wzdrygnął się i spojrzał w stronę okna.

 

Troy siedział na fotelu. Wciąż wyglądał nienagannie: miał idealnie ułożone włosy oraz garnitur bez najmniejszych zagnieceń. Nie wydawał się zmęczony, choć biorąc pod uwagę ciemność za oknem, albo było późno w nocy, albo wcześnie rano.

 

Nie odpowiedział. Słowa ugrzęzły mu gardle. Ukrył twarz w dłoniach, starając się pozbierać do kupy porozrzucane po kątach myśli i złożyć je w jakąś spójną całość. Z dłuższą chwilę zajęło mu zrozumienie, w jakiej sytuacji się aktualnie znajdował. Przypominał sobie każdy element ostatnich paru godzin: zaczynając od targu niewolników, po podróż wozem i kończąc na rozmowie z Adrią.

 

Kiedy dotarł do tematu dyskusji, poczuł się, jakby ktoś znowu próbował pozbawić go dostępu do powietrza. Zrobiło się okropnie duszno. Oddychał coraz ciężej, co najwyraźniej nie umknęło uwadze mężczyzny, który nagle wstał. Na początku Rose nie zwracał na niego większej uwagi, lecz ni stąd, ni zowąd silna dłoń złapała go za ramię i obróciła w swoją stronę.

 

— Pij — powiedział Troy, wciskając mu do dłoni filiżankę.

 

Chłopak spojrzał na nią nieufnie. Napój miał delikatny, błękitny kolor i słodki zapach. Mimo iż wydawał się niegroźny, to od razu chciał go odstawić. Jednak kiedy sięgnął w stronę tacy, ostry, chłodny głos przerwał tę czynność:

 

— Pij to, do cholery. — Mężczyzna złapał za filiżankę i przyłożył mu ją do ust.

 

Wystraszony Rose od razu to zrobił. Zaczął niepewnie, biorąc mały łyk, lecz, pod wpływem groźnego spojrzenia, chwilę później wypił wszystko duszkiem.

 

Kiedy po napoju nie było najmniejszego śladu, Troy odebrał filiżankę i westchnął cicho, a wyraz jego twarzy złagodniał.

 

— Wciąż jesteś taki nieufny? — zapytał, zdejmując z tacy dzbanek, po czym odłożył go na kraniec stolika. — Nikt nie zamierza cię tu skrzywdzić. Jedyną osobą, która może cię zranić, jesteś ty sam, jeśli w końcu nie zaczniesz myśleć racjonalnie i nie będziesz z nami współpracował. A zwłaszcza, jeśli nie zaczniesz jeść. — Zdjął tacę i położył mu ją na kolanach. — Z takim nastawieniem za długo nie przetrwasz w tym świecie.

 

Rose poczuł, jak twarz oblewa delikatny rumieniec wstydu, choć sam nie rozumiał dlaczego. Może to przez ten karcący ton? A może świadomość, że jego postawa rzeczywiście była w tej sytuacji niezbyt odpowiednia? Czy ostrożność można nazwać czymś nieodpowiednim? Chociaż... możliwe, że był zbyt nieufny, mimo iż wszyscy wykazywali wobec niego pokojowe zamiary.

 

Może rzeczywiście powinien zacząć współpracować?

 

Ale co jeśli to wszystko było tylko iluzją, kryjącą za sobą coś jeszcze gorszego?

 

Co, jeśli...

 

Potrząsnął głową, chcąc przerwać kolejny strumień niepokojących myśli i skupił się na tym, że żołądek domagał się jedzenia. Brzuch bolał go niemiłosiernie, z czego zdał sobie sprawę dopiero w tamtej chwili. Przełykając wzbierające się mdłości, przełknął również pierwszy kęs czegoś, czego nie potrafił nazwać.

 

Z zewnątrz wyglądało jak fantazyjnie upieczone ciastko: miało kształt dziwnego, przypominającego trochę mamuta zwierzątka. Smakowało jak mieszanka ziół i owoców.

 

Temu wszystkiemu przypatrywał się Troy, przez co Rose czuł się niezręcznie. Jednak później, z każdą upływającą minutą, stawał się coraz bardziej... rozluźniony. Całe przerażenie, cały strach i złość osłabły jak wtedy, kiedy Floria trzymała go za rękę. Spojrzał niepewnie na pustą filiżankę. Skoro Troy tak bardzo uparł się, aby wypił jej zawartość, to właśnie ten napój musiał go uspokoić.

 

Po tym nadeszły kolejne myśli: jak on się w ogóle znalazł w tym pokoju? Jedyne, co pamiętał, to rozmowa z Adrią, a chwilę później nic.

 

— Czy ja straciłem przytomność? — zapytał cicho.

 

Troy pokiwał głową.

 

— Musiałeś się porządnie wystraszyć tego, co powiedziała.

 

— Kto by się nie przestraszył — prychnął nerwowo, przypominając sobie wzmiankę o nieumarłych. — Żywe trupy... — Pokręcił głową, jakby próbował pozbyć się tym gestem nieprzyjemnych obrazów, które stanęły mu przed oczami. — Naprawdę z nimi walczycie?

 

— Nie wszyscy — odparł, po czym spojrzał w okno. W jego odbiciu Rose zauważył, że usta mężczyzny wykrzywiły się w lekkim grymasie. — Do walki dopuszczona jest tylko pani Adria i Aster.

 

— Dlaczego? — zaciekawił się. — Inni nie potrafią walczyć, czy...

 

— Ten kraj jest gorszy, niż ci się wydaje — przerwał, ponownie na niego spoglądając. — Wojna z trupami nie jest tu jedynym problemem.

 

To wyznanie jakoś nie bardzo go zaskoczyło. Wiedział, że Zamtria była okropnym miejscem ze względu na niewolnictwo, które, jak powiedział mu niegdyś jeden z niewolników, oficjalnie było zakazane, ale tak naprawdę nikt nie przejmował się, gdy komuś rzeczywiście odbierało się wolność.

 

Jednak zaciekawił go fakt, że wojna i niewolnictwo nie były tu jedynym problemami. Co jeszcze wyniszczało ten kraj, skoro chodzące zwłoki nie tłumiły tych problemów?

 

Ogólnie był... ciekaw tego świata. Niechętnie, ale musiał to przyznać. Mimo iż pragnął wyrwać się z niego w każdej sekundzie, to nie mógł stłumić w sobie tej ciekawości. Czuł się trochę, jakby zaczął właśnie serię książek z nowym światem. Chciał poznać to, co wykreował autor.

 

— Opowiedz mi trochę o tym świecie... proszę — powiedział cicho, niepewnie na niego spoglądając. — Jeśli rzeczywiście mam wam... pomóc, to chyba powinienem wiedzieć, w jakim miejscu się znajduję, prawda?

 

Przez dłuższy moment czuł na sobie oceniający wzrok mężczyzny. Po chwili Troy kiwnął głową i podszedł do biblioteczki. Bez większego zastanowienia sięgnął po książkę na najwyższej półce. Otworzył ją na odpowiedniej stronie i wcisnął mu w ręce.

 

Rose spojrzał na mapę. Nie przedstawiała ona całego świata, lecz konkretnie Zamtrię, która swoim kształtem przypominała wyspę. I chyba rzeczywiście nią była, bo w rogu książki napisano: Wyspa Zamtrii. Wydawała się niewielka, jednak wiedział, że była to wina skali.

 

Pośród wielu nazw szczególną uwagę przykuło kilka miejsc: Javiga, która według legendy była stolicą państwa, Góra Błękitnego Smoka, gdzie wybudowano świątynię i Las Niebios, znajdujący się na samym krańcu kartki.

 

Przelatując wzrokiem po mapie, zauważył, że, nie licząc stolicy, na całej wyspie znajdowało się jedynie pare wiosek, w tym jedna w lesie, oznaczona gwiazdką. Niektóre z nich były również delikatnie przekreślone. Żadnych innych miast, czy bardziej zaludnionych obiektów. Ta wyspa wydawała się taka... pusta.

 

W sumie nie dziwił się, skoro panował na niej tak srogi klimat.

 

— Co chcesz wiedzieć? — odezwał się Troy, kiedy chłopak uniósł wzrok znad książki.

 

Zastanowił się. Pragnął wiedzieć o wielu rzeczach, lecz nie był pewien, od czego zacząć. W końcu jednak podjął decyzję.

 

— Dlaczego tylko Adria i Aster walczą?

 

Twarz Troya wykrzywiła się w lekkim grymasie.

 

— Rząd nie lubi, gdy Odmieńcy wtrącają się w jakiekolwiek sprawy.

 

— Odmieńcy? — wyrzucił z siebie mimowolnie.

 

Tylko dwa razy usłyszał tę nazwę i wciąż nie wiedział, co oznaczała. Poznał ją na samym początku, gdy jeden z niewolników zapytał go, czy też jest Odmieńcem. Wtedy nie wydusił z siebie żadnego słowa. Po raz drugi usłyszał ją podczas Targu Niewolników.

 

— Odmieńcy to ludzie, którzy ponoć łamią prawa natury. Inaczej ci, którzy posiadają nadnaturalne umiejętności. Aura Florii, która tak cię uspokajała, to właśnie wynik jej daru.

 

Uniósł brwi, zaskoczony. Wcześniej nie zwrócił na to uwagi, lecz rzeczywiście ten spokój, którym emanowała dziewczyna, nie był normalny. Nie w jego świecie. I najwyraźniej również nie w tym.

 

— Rząd jest najbardziej wrogo nastawiony wobec nas, lecz kiedy kraj zaczyna upadać, są skorzy do przyjęcia naszej pomocy — prychnął. — Żeby jednak nie było, że głównie Odmieńcy zasilają szeregi ich wojsk, przyjęli pomoc jedynie pani Adrii i Astera. Oboje posiadają potężne dary.

 

Teraz rozumiał. Chyba.

 

— A ty posiadasz jakiś dar? — zapytał, nieśmiało mu się przyglądając.

 

— Powiedzmy — odparł powoli, jakby wciąż zastanawiał się nad odpowiedzią. — Jestem... duchem.

 

Rose wytrzeszczył oczy na te słowa.

 

— D...duchem? — wymamrotał. — Ale urodziłeś się nim, prawda? Po prostu urodziłeś się ze zdolnościami ducha, tak?

 

Mężczyzna nie odpowiedział od razu. Rose w napięciu obserwował, jak kąciki ust Troya lekką drgają.

 

— Nie, ja po prostu umarłem. Dokładnie trzydzieści lat temu.

 

Rose natychmiast pobladł.

 

Kiedy dotarło do niego, że właśnie rozmawiał z nieżywym już człowiekiem, poczuł żółć w ustach. Nawet magiczne ziółka nie zdołały stłumić przerażenia, jakie go ogarnęło. Zszokowany wpatrywał się w uśmiechniętego mężczyznę, próbując wmówić sobie, że to nie było nic wielkiego. ALE KURWA BYŁO! Gadał z pieprzonym trupem!

 

— Powiedz, że to żart, proszę — mruknął błagalnym tonem.

 

— Mówię całkowicie poważnie, Rose. — Uśmiech zniknął z jego twarzy. — Lepiej przyzwyczaj się do tej myśli oraz faktu, że jeszcze wiele rzeczy cię zaskoczy i przerazi. Pogódź się z tym, w jakiej sytuacji się znalazłeś i postaraj się zaaklimatyzować.

 

— Zaaklimatyzować? — prychnął. — Mówisz to w taki sposób, jakby była to najprostsza rzecz na świecie, ale, wierz mi, nie jest. U mnie takie rzeczy się nie dzieją.

 

— Cóż, możesz narzekać przez cały czas i wpadać w panikę za każdym razem, gdy coś cię przerośnie albo się przyzwyczaić. Wybór należy do ciebie. — Wzruszył ramionami. — A teraz wybacz, ale mam obowiązki. Twoim zaś zadaniem jest nie ruszać się z tego pokoju, aż do poranka, zrozumiano?

 

Zdziwiony uniósł brwi.

 

— Dlaczego?

 

Troy wziął głęboki, nerwowy wdech, przecierając zmarszczone czoło, po czym ponownie skupił wzrok na chłopaku.

 

— W tym domu kroki śmiertelnych bardzo się niosą w nocy, więc, jak zaczniesz chodzić po korytarzach, to wszystkich obudzisz. A wiesz mi, nie chcesz poznać gniewu pewnej osoby — wytłumaczył, po czym nagle pochylił się nad nim, na co Rose mimowolnie odchylił się do tyłu. — A gdybyś tak przypadkiem trafił na ostatnie piętro i wybudził panią Adrię, to skończyłbyś z nogami dyndającymi z sufitu — wyszeptał, po czym wyprostował się i wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania