#6 [Tom I] Atonos

Wpatrywał się we własne odbicie i stojącą przed nim balię, wypełnioną po brzegi ciemną, parującą wodą. Przez krótką chwilę zastanawiał się, czy ktoś specjalnie wymienił wodę, aby po jego obudzeniu była ciepła, czy może wciąż parowała. W końcu w jeziorze na zewnątrz woda wyglądała podobnie.

 

Jednak to była tylko krótka dygresja, która pozwoliła mu na moment odpocząć od męczących myśli. Nie miał pojęcia, co robić w tej popierdzielone sytuacji. Wiedział jedynie jedno — aby przeżyć, musiał stąpać ostrożnie. Przyzwyczaić do nowej rzeczywistości. W końcu, jeśli naprawdę miał im pomóc w... wojnie, to jasne, że spędzi w tym świecie wiele dni, miesięcy, może nawet i lat. Jeśli cały czas będzie zachowywał się w tak nieufny sposób i wpadać w panikę za każdym razem, gdy wydarzy się coś nietypowego, to wielce prawdopodobne, że oszaleje.

 

Poza tym musiał być silny. Jak zdał sobie sprawę, ile razy ukazał słabość przy tych ludziach, to zrobiło mu się wstyd. Tak nie mogło być, powinien pokazywać tylko tę silną stronę siebie.

 

Nawet jeśli była nikła i podatna na uszkodzenia.

 

Jak go w ogóle widzieli po tym wszystkim? Jak zamierzali traktować? Jak zagubione, osamotnione dziecko? Naprawdę musiał wziąć się w garść.

 

Nie pokazywać strachu.

 

Nie pokazywać łez.

 

Nie pokazywać tych prawdziwych, słabych uczuć.

 

Potrafił tak, prawda? Już to kiedyś robił. Powstrzymywał łzy, dusił w sobie słabość i udawał, że wszystko w porządku. Wystarczyło tylko ponownie sięgnąć po maskę i tym razem już nie zdejmować.

 

Musiał być silny.

 

Musiał być mężczyzną.

 

Tak jak go nauczono.

 

Czas przestać bać się nieznanego. W końcu lubił odkrywać nowe, niesamowite rzeczy. To, że wcześniej robił to, jedynie przewracając karty książek, nie znaczyło, że nie mógł zrobić tego z tymi prawdziwymi i materialnymi.

 

Kiedy czytał opowieść o apokalipsie zombie, nie bał się. Za dzieciaka wręcz chciał trafić do tego świata i walczyć ramię w ramię ze swoimi ulubionymi bohaterami. Teraz stał przed okazją, aby po części spełnić to dziecięce marzenie. Mógł to zrobić, prawda?

 

Chociaż nie, jednak nie. Jak o tym pomyślał... dziecięcy umysł ignorował szansę na paskudną śmierć. Jako dorosły człowiek wiedział, że gdyby stanął oko w oko z chodzącym trupem, zginąłby chwilę później.

 

Nie potrafił nawet walczyć. Niby kiedyś uczył się co nieco samoobrony, ale w praktyce zazwyczaj kończył ze złamanym nosem i siniakiem pod okiem. A mowa była o zwykłych bójkach ze zwykłymi ludźmi. Nie tymi martwymi.

 

Gdy tak sobie wyobraził, że na tym świecie mogło być wiele, równie niebezpiecznych rzeczy, zrobiło mu się jeszcze słabiej. Ukrył twarz w ramionach, podciągając automatycznie kolana pod brodę i starał się zapanować nad drżącym ze strachu ciałem.

 

Nic nie wiedział o Zamtrii. Jedynie tych parę, mało istotnych rzeczy, o których opowiedział mu Troy.

 

Westchnął ciężko, podnosząc głowę.

 

Tak czy owak, teraz jedynym wyjściem było wzięcie wszystkiego na klatę i nieugięcie się.

 

Zaczął od kąpieli.

 

Siedząc zwyczajnie w bezruchu, czuł, że jego ciało śmierdzi. I to okropnie. W dodatku kleiło się od potu, co było strasznie niekomfortowe i irytujące. Dlatego zdusił w sobie niechęć do nieznanego i niepewnie podszedł do bali z wodą. Ostrożnie zanurzył palec w czarnej cieczy. Była gorąca, ale nie na tyle, by się sparzyć. Kropla na palcu również miała ciemny kolor, a on nie wiedział, czy ta woda była tak brudna, czy w tym świecie to norma.

 

Ostatecznie zdjął ubrania i zanurzył się w balii. Kiedy woda sięgała już ponad pierś, a ciało otuliło przyjemne ciepło, mimowolnie się uśmiechnął. Siedząc tak i wsłuchując się we własny oddech, zaczął się uspokajać.

 

Do czasu, aż za drzwiami usłyszał głośne kroki, na które od razu się spiął. Wydawały się strasznie... nienaturalne. Ciężkie i gwałtowne.

 

Mimowolnie skulił się, bacznie obserwując drzwi. Starał się oddychać, jak najciszej i siedział nieruchomo, aby nie zmącić wody.

 

Dopiero po paru minutach, kiedy dźwięk się nie powtórzył, wziął głębszy wdech i wyprostował się. Nie miał pojęcia, co to było. Może któryś z pozostałych mieszkańców? Na przykład ten cały Edgar?

 

Chyba na razie wolał nie wiedzieć.

 

Kiedy dostatecznie się wygrzał i wyszorował, nałożył na siebie przygotowane ubrania: jasne spodnie i luźną, czarną koszulę ze sznurowaniem z przodu. Potem, nie wiedząc, co dalej robić, po prostu sięgnął po podaną przez Troya książkę. Ponownie przyjrzał się mapie, a potem przewrócił stronę. Fakt, że w ogóle potrafił rozczytać to, co było na niej napisane, był zdumiewający.

 

Tak samo jak to, że doskonale posługiwał się językiem tego kraju.

 

Na początku było to dziwne i przytłaczające. Miał wrażenie, jakby ktoś mówił za niego. Nie znał wypowiadanych przez siebie słów, ale doskonale je rozumiał.

 

Zamtriarski był językiem, który w swej ostrości przypominał niemiecki i Rose był pewny, że, tak jak w niemieckim, trudno byłoby mu wymówić większość słów, gdyby nie ta dziwna sytuacja. Kiedyś zastanawiał się nad tym, jak to działało i doszedł do wniosku, że to, co wciągnęło go do tego świata, w pewien sposób go do niego przystosowało. Cieszył się, ale jednocześnie tęsknił za swoim angielskim. Próbował nawet raz wymówić coś w ojczystym języku, ale gdy to zrobił, z jego ust padły jakieś dziwne, niezrozumiałe dźwięki jak u dziecka, które dopiero uczy się mówić. Jedynie co poniektóre zdołał wypowiedzieć dość wyraźnie.

 

Koniec końców usiadł na fotelu pod oknem i spojrzał na przestrzeń za nim.

 

Grzecznie słuchając się groźby Troya, przesiedział w pokoju kilka kolejnych godzin, aż skrawek nieba, który widział ze swej pozycji, zrobił się jasny. Jednak nawet wtedy nie wyszedł, bojąc się tego, co czekało na niego za drzwiami. Jacy byli inni lokatorzy? Gorsi, czy lepsi od tych, których poznał? Tak samo niepokojący? Może niebezpieczni?

 

Niespodziewanie rozległo się ciche pukanie do drzwi.

 

Gwałtownie odwrócił głowę w tamtą stronę, a głos momentalnie ugrzązł mu w gardle. Jednak pamiętając o swoim postanowieniu, z trudem przełknął tworzącą się gulę i powiedział:

 

— Proszę.

 

Poczuł przy tym lekką ulgę i samozadowolenie. Przynajmniej tyle potrafił zrobić.

 

Drzwi niepewnie uchyliły się, a w progu stanęła Floria.

 

— Dzień dobry, jak się czujesz? — zapytała, wchodząc powoli do środka.

 

Chyba nie chciała go za bardzo przytłoczyć swoją obecnością. Zatrzymała się przy łóżku, posyłając delikatny uśmiech.

 

Nie odpowiedział od razu. Trudno było mu określić, w jakim stanie się znajdował, ale z pewnością mógł stwierdzić, że czuł się lepiej, niż poprzedniego dnia. Wciąż był zaniepokojony i bał się, myśląc o przyszłości, ale nie było aż tak źle.

 

— Dobrze — odpowiedział. — A ty? — zapytał mimowolnie.

 

Nie wiedział czemu, ale bardzo chciał, aby z dziewczyną wszystko było w porządku.

 

— Wyśmienicie, a jak miałabym się czuć? — Uniosła niewidoczne spod bandażu brwi, a jej uśmiech zrobił się jeszcze bardziej promienny. — Od miesiąca nie mieliśmy żadnych gości. Po śniadaniu chciałabym cię oprowadzić po posiadłości. Mogę? — W jej tonie wyczuł nadzieję.

 

Trochę zaskoczyła go ta propozycja, lecz po dłuższej chwili pokiwał głowa.

 

— Nawet nie wiesz, jak się cieszę! — Zaklaskała radośnie. — A teraz chodź za mną. Śniadanie już podano do stołu. Musisz w końcu poznać resztę naszej gromadki.

 

Serce zabiło mu mocniej.

 

Wiedział, że spotkanie z resztą mieszkańców było nieuniknione, ale miał nadzieję, że zrobi to stopniowo, kawałek po kawałeczku, a nie zostanie wrzucony do jednego pomieszczenia z nimi wszystkimi.

 

Najwyraźniej widząc jego niepewność, za co od razu zganił się w myślach, Floria wyciągała ku niemu dłoń. On za to szybko odwrócił wzrok i ruszył w stronę drzwi.

 

— Tak, tak, chodźmy. Głodny jestem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania