72 Godziny
Ból głowy był nie do zniesienia. Filip ocknął się, leżąc twarzą w zimnym popiele. Ostatnie, co pamiętał, to oślepiający błysk na horyzoncie i fala uderzeniowa, która cisnęła nim o ziemię. Teraz wokół panowała cisza. Nie było śpiewu ptaków, nie było samochodów, nawet wiatru nie czuł.
Godzina 1
Otarł dłonią twarz – była pokryta sadzą i zaschniętą krwią. Jego ubranie nadtopiło się miejscami, ale wciąż było w jednym kawałku. Rozejrzał się. Warszawa, a przynajmniej to, co z niej zostało, rozciągała się przed nim jak pole gruzów. Ruiny, dogasające pożary, samotne, osmalone wraki samochodów.
Pamiętał o schronie podziemnym w starej piwnicy babci na Pradze. Tam musiał się dostać.
Godzina 10
Woda. Potrzebował wody. Usta miał suche jak papier, a gardło piekło jak po połknięciu szkła. Przekopywał resztki sklepiku spożywczego, który zamienił się w kupę cegieł. W końcu znalazł puszkę piwa i butelkę oranżady. Lepsze to niż nic.
Ruszył w stronę piwnicy. Po drodze widział ciała ludzi, którzy nie mieli tyle szczęścia. Niektórzy byli zwęglonymi sylwetkami przy ścianach, inni leżeli w groteskowych pozycjach, jakby nagle zabrakło im powietrza. Nie zatrzymywał się.
Godzina 20
Dotarł. Stara piwnica była cała, choć wejście zasypały cegły. Odsunął je gołymi rękami, aż opuszki zaczęły krwawić. W środku było kilka starych konserw, butelka wódki i kilka koców. Zamknął się od środka i usiadł na ziemi, nasłuchując. Gdzieś w oddali słychać było krzyki. Nie był tu sam.
Godzina 36
Obudził go dźwięk kroków nad piwnicą. Zamarł. Ktoś tam był. Usłyszał chrobot klamki.
– Jest tam kto? – zachrypnięty głos przebił ciszę.
Marek nie odpowiedział. Zacisnął pięści. Nie wiedział jeszcze, czy świat poza piwnicą jest bardziej niebezpieczny niż sam strach, który go paraliżował.
Godzina 72
Nie mógł tu siedzieć wiecznie. Wyszedł. Na ulicy stał chudy, brodaty mężczyzna z nożem przy pasie.
– Ty żyjesz? – zapytał zdziwiony.
Marek tylko skinął głową. W końcu przerwał ciszę:
– Co teraz?
Tamten westchnął.
– Teraz? Teraz walczymy, żeby dożyć kolejnych 72 godzin.
Ciemność spowijała pokój, a jedynym źródłem światła było pulsujące, czerwone światełko zegara. Minęły dokładnie 72 godziny od momentu, gdy wszystko się zaczęło.
Adam spojrzał na swój notatnik – zapisane w nim chaotyczne myśli i krótkie raporty były jedyną rzeczą, która utrzymywała go przy zdrowych zmysłach. Każdy z trzech ostatnich dni był jak walka z samym sobą, z głodem, pragnieniem i narastającą paranoją.
Tym razem nie było już wątpliwości – ktoś wiedział, że tu jest. Kiedy ostatniej nocy usłyszał kroki za drzwiami, nie miał już złudzeń. To nie była jego wyobraźnia.
Sięgnął po jedyny nóż, jaki miał przy sobie, i wstrzymał oddech. Kolejne 72 godziny zapowiadały się jeszcze gorzej...
---
Godzina 144
Filip nie spał. Po rozmowie z brodatym mężczyzną, który przedstawił się jako Karol, spędził kilka godzin, obserwując ulice. Nie było już ciszy – coś się zmieniło. Ludzie wychodzili z ukrycia, grupowali się, a ci, którzy byli zbyt słabi, padali ofiarą silniejszych.
– Musimy znaleźć lepsze schronienie – powiedział Karol. – W piwnicy długo nie przetrwamy. Brakuje nam wody.
Filip nie miał wątpliwości, że Karol ma rację. Wziął nóż, który znalazł wśród gruzów, i ruszyli razem w stronę dawnego magazynu spożywczego. Nie wiedzieli, czy znajdą tam coś do jedzenia, czy tylko kolejne zagrożenie.
Godzina 156
Magazyn był pusty. Na podłodze leżały porozrzucane kartony i kilka wywróconych regałów. Jednak na zapleczu znaleźli coś, czego się nie spodziewali – zamknięte drzwi chłodni. Karol spojrzał na Filipa.
– Może tam coś jest – szepnął.
Filip ostrożnie nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły z cichym skrzypnięciem. W środku było zimniej niż się spodziewał, choć agregaty od dawna nie działały. Na metalowych półkach stało kilka puszek jedzenia i butelki wody. Jednak nie tylko one przyciągnęły uwagę Filipa.
W rogu, skulony w cieniu, siedział ktoś jeszcze. Jego oczy błyszczały w półmroku. Był to młody chłopak, może siedemnastoletni, trzymający w dłoniach metalową rurkę.
– Nie chcę problemów – powiedział cicho. – Po prostu chcę przeżyć.
Karol spojrzał na Filipa. W jego oczach było pytanie: zabieramy go czy zostawiamy?
Godzina 168
Podjęli decyzję. Trójka ludzi, których los złączył w ruinach Warszawy, wyruszyła razem, by walczyć o kolejne 72 godziny.
Rok później
Świat nie był już taki sam. Ocalali zaczęli tworzyć małe osady, grupy walczące o resztki normalności w chaosie, który nastał po katastrofie. Filip i Karol osiedlili się w ruinach dawnego schronu przeciwatomowego, gdzie dołączyła do nich Maria – kobieta, która wiedziała, jak przetrwać w tym nowym świecie.
Między Filipem a Marią zrodziła się więź, której oboje się nie spodziewali. W świecie, gdzie śmierć czyhała na każdym kroku, znaleźli chwilę szczęścia. Po dziewięciu miesiącach Maria urodziła chłopca – Aleksa. Był ich nadzieją, symbolem, że życie trwa dalej, mimo zniszczeń.
Jednak szczęście nie trwało długo.
Pewnej nocy obóz został zaatakowany przez zorganizowaną grupę szabrowników. Walczyli zaciekle, ale było ich za mało. Karol zginął pierwszy, próbując osłonić Marię i dziecko. Filip został ciężko ranny. Ostatnim wysiłkiem zdołał uratować Marię i Aleksa, ukrywając ich w podziemnym korytarzu schronu.
Gdy Maria wróciła po kilku godzinach, Filip już nie żył. Trzymał w dłoni nóż, a jego twarz była spokojna. Umarł, walcząc.
Aleks miał zaledwie kilka tygodni, gdy stracił ojca. Maria, teraz samotna matka, musiała znaleźć sposób, by go wychować i przeżyć w świecie, który nie miał litości.
Tak zaczęła się historia Aleksa – dziecka ruin, które miało dorastać w cieniu zniszczonego świata.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania