A jeśli nie ma odpowiedzi?
Od tysięcy lat
patrzymy w niebo
i pytamy je o siebie.
Jedni widzą tam Boga.
Inni bogów.
Jeszcze inni prawo,
energię,
nicość
albo pustkę,
której nie trzeba nazywać.
Powstają świątynie,
księgi,
modlitwy
i słowa tak stare,
że nikt już nie pamięta,
kto powiedział je pierwszy.
Każda wiara
rysuje człowiekowi mapę
miejsca, którego
nikt z nas
nie widział.
I może właśnie dlatego
tak trudno powiedzieć,
która mapa jest prawdziwa.
Może wszystkie
są tylko próbą
opisania tego samego
ciemnego pokoju.
A może jedna
zna drogę,
a reszta
tylko bardzo pięknie
przekonuje,
że ją zna.
Tego nie wiemy.
I być może
najuczciwsze słowo
w całej duchowości
to:
„nie wiem.”
Bo religia często
daje nam to,
czego najbardziej potrzebujemy:
nadzieję.
Że narodziny
nie są przypadkiem.
Że cierpienie
czemuś służy.
Że śmierć
nie jest końcem.
Że dobro
nie ginie całkowicie
w świecie,
który tak często
nie nagradza dobrych.
Nadzieja mówi:
jesteś tutaj po coś.
I może właśnie
dlatego człowiek
tak bardzo jej potrzebuje.
Ale zadajmy pytanie,
którego boimy się bardziej:
a co, jeśli nie?
Co, jeśli życie
nie ma ukrytego znaczenia?
Co, jeśli urodziliśmy się
nie dlatego, że ktoś nas chciał,
lecz dlatego,
że wszystko wydarzyło się
tak, jak mogło?
Co, jeśli po śmierci
nie czeka nas nagroda,
kara,
powrót
ani światło?
Co, jeśli czeka nas
po prostu
nic?
Czy wtedy dobro
staje się mniej dobre?
Czy miłość
traci wartość?
Czy śmiech dziecka
jest mniej prawdziwy,
jeżeli nie został zapisany
w żadnej wiecznej księdze?
A może właśnie odwrotnie.
Może życie
nie potrzebuje wieczności,
żeby miało znaczenie.
Może chwila
nie staje się mniej cenna
tylko dlatego,
że się kończy.
Może nie potrzebujemy
obietnicy nieba,
żeby nauczyć się
nie czynić piekła
drugiemu człowiekowi.
I może wszystkie religie,
mimo dzielących je słów,
próbują odpowiedzieć
na jedno pytanie:
jak żyć,
wiedząc, że umrzemy?
Jedne odpowiadają:
wierz.
Inne:
poznaj.
Jeszcze inne:
kochaj,
wyrzekaj się,
módl się,
wróć do źródła.
A człowiek
nadal stoi pomiędzy
pewnością a zwątpieniem.
Modli się
i jednocześnie wątpi.
Wierzy
i boi się,
że się łudzi.
Chce poznać prawdę,
ale czasem bardziej
potrzebuje nadziei
niż prawdy.
I być może
to właśnie jest
najbardziej ludzkie:
że nie potrafimy żyć
w świecie,
który nie odpowiada.
Więc nadajemy sens
milczeniu.
Nadajemy imię
temu, czego nie rozumiemy.
Budujemy schody
do nieba,
choć nikt nie wrócił,
by powiedzieć,
dokąd naprawdę prowadzą.
A mimo wszystko
wchodzimy po nich.
Bo może wiara
nie zawsze mówi:
„wiem.”
Może czasem mówi tylko:
„mam nadzieję.”
A czy nadzieja
jest prawdą?
Nie wiem.
Może jest.
Może nie.
Ale jeśli nie ma żadnego Boga,
żadnego planu,
żadnego drugiego życia
i żadnego ukrytego sensu
to tym bardziej
to krótkie życie
jest wszystkim,
co mamy.
I właśnie dlatego
powinniśmy uważać,
co z nim robimy.
Bo może największą herezją
nie jest zwątpić w Boga.
Może największą herezją
jest zmarnować życie,
którego nikt
nie obiecał nam drugi raz.
Komentarze (4)
Odwieczny dylemat 🤔
W sumie to nie powiedziałbym, że nadzieję, ale możliwość wytłumaczenia doświadczeń. Nadania sensu pewnym przeżyciom. Ale to tak na marginesie. Poza tym to mi się nie chce czytać.
❤️🫶🍀 Świetne
Dużo pytań, mało odpowiedzi. Tania filozofia pod publiczkę. Najbardziej zirytowała mnie pointa. Wobec czego ta herezja? Wobec pustki o której się tak rozwodzisz? Tekst, który udaje głęboki, bezkompromisowy traktat filozoficzny, nagle zamienia się w moralizatorski poradnik w stylu „uważaj, co robisz z życiem”. To spłycenie całego dramatu ludzkiego istnienia do poziomu instagramowego motywatora. Zagrywka pod publiczkę i ucieczka od intelektu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania