A panie też do Itaki?
W minioną niedzielę ja i moja psiapsi uznałyśmy, że czas wybrać się na kulturę. Wybór padł na kino i superprodukcję "Odyseja" w reżyserii Christophera Nolana. Bajki nam się zachciało, spektakularnej przygody i rozmachu, co oczywiste. A być może i błysku humoru podanego inteligentnie.
Na taką okoliczność nie wypada w portkach i snickersach, zatem z przepaści mojej szafy wyciągnęłam
sukienkę w blawatki w stylu bohoromantic i nowiuteńkie sandałki od Riecker'a, tudzież stosowną torebusię.
Kumpela zadała szyku modowego nowiutkim kostiumem, z lekka usportowionym.
Dotarłyśmy na czas i przez pół godziny kontemplowałyśmy reklamy, by wreszcie doczekać czołówki filmu.
Nie będę opowiadała całości scenariusza, ale nadmienię o scenach i postaciach, które nas cokolwiek zaskoczyły... rozmachem i inteligentnym humorem, cha, cha!
Otóż i Cyklop – odrażający i tępy, chwytał w ręce wojów, pakował ich do paszczęki, spektakularnie przeżuwał wraz ze zbrojami i orężem, a fragmenty ich krwistych szczątków wypadały mu z ust, jak kaszka słodkiemu brzdącowi...
Pomyślałam, że dobrze, że nie kupiłam popcornu, bo z pewnością bym go zwróciła na moją bohoromantic kreację, co zburzyloby przebieg wyjścia na kulturę.
Zatrzymała mnie też bardzo scena bohaterki – typ walczącej feministki, która podstępem zamieniła dzielnych, nieustraszonych wojów w świnie. Uczyniła to organoleptycznie, czyli wpychała im pięści w usta, rozciagała żuchwy, transformując je w ryje...
Później wyjaśniła Odysowi, że ona ich nie zamieniła, tylko obnażyla... Aż zachciało mi się zanucić pod nosem szlagier: "Facet to świnia".
Działo się dużo i jeszcze dużo więcej, i oczywiście z rozmachem! Całość fabuły zwieńczyła końcowa kwestia głównego bohatera, profety–filozofa, w której obwieścił koniec epoki tych, "którzy znali pismo" , czyli koniec epoki brązu, a wszystko przez niego samego i jego fortel z kuniem, mać!
Na szczęście dodał, że cywilizacja pewnego dnia się odrodzi, a "ciemność ostatecznie ustąpi nowemu światowi" . Nie ukrywam, że bardzo mnie to podniosło na duchu i moją psiapsi też. Uniosłyśmy się z ulgą z foteli, by opuścić kino i do domów, jak Odys, powrócić.
Jakież było nasze zdziwienie, gdy na zewnątrz dopadła nas zemsta Gromowładnego (zapewne za niepowstrzymany nasz śmiech podczas wspomnianej kwestii końcowej). Burza, błyskawice i ulewa, których nie przewidziały najlepsze pogodowe aplikacje!
Kumpela zabroniła mi dzwonić po taxi, bo zamarzyła jej się kontynuacja przygody i ostatecznie zatańczyłyśmy w strugach deszczu, w kałużach, gromko zawodząc "I'm singing in the rain...!". Czułyśmy brak parasoli do aranżu tego tańca, ale to pikuś, dałyśmy radę.
Gdy już byłam prawie pod moją klatką, minął mnie młodziutki rowerzysta, krzycząc z animuszem: – Dobry wieczór! Ale fajnie, co nie? – A ja mu na to, że super!!!
I taki oto był nasz powrót z kultury, bynajmniej nie do Itaki.
Komentarze (2)
Celka, zacznę od oglądanego gniota, niezasługjącego naczas i kreacje. Ale artyści poradzili sobie bez dotacji zapracowali na emerytury - płacił tylko nabywca biletu.
Cieszę się, że przez tyle lat nie uległaś propagańdzi - bo mogłaś śpiewać:
,,Dzeszcze niespokojne potargali sad,.
a my na tej wojnie ładnych parę lat" /spróbuj zanucić. melodia pasuje pod te słowa/
Wasz powrót przypomina mi /w innej symetrii/ moją /z żoną/ wyprawę po Złote Runo na Stadion Dzięsięciolecia.
Wracajac, w czasie obiadu w ulubionej jadłodajni, jeszcze nie stara, skręciła ze skalnika szczepkę brakującej roślinki.
Tedy odciąłem denko pojemnika po wodzie mineralnej i tak jechaliśmy z tym łupem.
Aż złodziejka się odzywa: sle upał, nie ma klimy, może /nazwy nie pamiętam/ nie padnie, to jeszcze 300 km.
Odparłem jej niepokój:
To włóż między nogi, tam gdzie wilgoć musi być cywilizacja.
Hehehe
A tej Odysei nie polecam, to gniot z rozmachem:)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania