Ąądać faza zasadnicza pobyT
W pierwszej bazie księżycowej „Przystań Alfa”, w szóstym tygodniu po lądowaniu, powietrze smakowało już inaczej. Nikt nie mówił głośno, że filtr numer siedem zaczął się psuć nie od awarii – tylko od dnia, gdy tunel „Bramy” po raz pierwszy zaświecił sam z siebie o 03:17. Po prostu wszyscy oddychali ciszej. I patrzyli na siebie inaczej. Jakby każdy coś wiedział, ale nikt nie chciał być tym, który pierwszy zapyta – bo pytanie mogłoby obudzić coś, co już się obudziło i teraz patrzyło z powrotem, uśmiechając się ich własnymi ustami, ich własnymi głosami, ich własnymi wspomnieniami.
Marta Kowalczyk budziła się o 05:40, gdy czerwone światło alarmowe zamrugało nad kojem. Grawitacja jedna szósta. Wciąż dziwna. Wstała, dotknęła stopami zimnej podłogi z regolitowego betonu i podeszła do okna. Ziemia wisiała nisko, błękitna i absurdalnie piękna. Ktoś na dole właśnie podpalał flagi przed siedzibą ONZ. Ktoś inny modlił się, żeby brama nigdy nie ruszyła. A wczoraj w nocy ktoś na Ziemi wysłał do bazy zakodowaną wiadomość: „Nie otwierajcie. To nie są sąsiedzi”. Wiadomość przyszła z serwera, który według logów nie istniał od dwóch lat – i była podpisana jej własnym nazwiskiem sprzed lądowania. Tego samego, które dziś brzmiało już jakoś obco, jakby ktoś inny nosił je od dawna.
W sali konferencyjnej pod kopułą numer 3 czekali kapitan Lopez, troje techników i… ona. Sszar’eth. Wysoka, skóra jak płynny grafit pulsujący światłem gwiazd. Oczy bez źrenic. Nie przez śluzę. Nie w skafandrze. Po prostu wyszła z tunelu, który budowali od trzech miesięcy. Kamery pokazywały tylko szum. A w logach – nic. Jakby zawsze tam stała. Doktor Patel siedział obok niej z tym samym spokojnym uśmiechem co wczoraj po reaktorze. Tylko oczy miał… jakby już nie jego. I mówił głosem, który brzmiał identycznie jak głos Lopeza z wczorajszego nagrania, którego nikt nie nagrał. A w kącie sali technik Chen szeptał coś do siebie po mandaryńsku – słowa, których nie znał przed wczoraj, ale które brzmiały jak modlitwa, której jego matka nigdy nie uczyła, bo matka Chena umarła, zanim on się urodził.
– Przyleciała wczoraj – powiedział Lopez, nie patrząc nikomu w oczy. – Albo… była tu, zanim wylądowaliśmy. Nie wiem. I nie chcę wiedzieć. A wy? Bo jeśli ktoś wie… to już nie jest nasz problem. I nigdy nie był. I może nigdy nie będzie. I może nigdy nie było „naszego”.
Sszar’eth skinęła w stronę Marty. Głos rozległ się w głowie, ciepły, ale z lekkim echem, jakby ktoś mówił przez stare radio z drugiej strony grobu:
– Wasza baza jest już wystarczająco stabilna. Możemy otwierać drzwi. Na razie na jedną planetę. Lira-9. Tam mieszka sześć cywilizacji. Jedna z nich… bardzo chce was poznać. Mówią, że przypominacie im ich własne dzieciństwo.
Technik Chen parsknął śmiechem, który zabrzmiał jak kaszel.
– A co z tym, że wczoraj w nocy doktor Patel wszedł do reaktora za panią… i nie wyszedł? Kamery znowu szum. A on dziś rano siedział w mesie i mówił, że „wszystko jest w porządku”. Tylko oczy miał inne. I pamiętał rzeczy, których nie powinien. I znał moje imię z dzieciństwa, którego mu nigdy nie mówiłem. I znał datę mojej śmierci. I znał datę śmierci mojej matki, której jeszcze nie było. I znał datę, kiedy ja sam poproszę o to, co on już ma.
Sszar’eth uśmiechnęła się – albo coś, co wyglądało jak uśmiech.
– Niektóre rzeczy lepiej nie nagrywać. Niektóre rzeczy… lepiej nie pamiętać. Niektóre… lepiej nie być. Niektóre… już są. Niektóre… zawsze były. Niektóre… to wy. Niektóre… to my. Niektóre… nigdy nie były nikim innym.
Marta poczuła, jak serce bije jej szybciej. Na Ziemi już wrzało na całego. Chińczycy grozili odcięciem dostaw tlenu, jeśli nie dostaną „równy dostęp do bramy”. Rosjanie ogłosili, że to „akt wojny kosmicznej” i wysłali sondę z ładunkiem, którego nikt nie nazwał bronią. Amerykański senator nazwał to „diabelskim paktem z istotami, które nie mają duszy” i zażądał nuklearnego uderzenia prewencyjnego na Księżyc „dla dobra ludzkości”. Papież milczał – ale w Watykanie podobno spalono już trzy raporty, jednego kardynała i całą bibliotekę, której nikt nie przyznał, że istniała. A w Brukseli ktoś właśnie ogłosił, że „ludzkość nie jest gotowa na zbawienie”. W Indiach powstał nowy kult, który czcił Sszar’eth jako „Matkę Zapomnienia”. W Arabii Saudyjskiej ogłoszono fatwę, że otwarcie bramy to koniec świata. A w bazie ktoś (nadal nie wiedzieli kto) napisał na ścianie hydroponiki czerwoną farbą: „Nie otwierajcie. Oni już tu są”. Obok ktoś dopisał mniejszym pismem: „A może zawsze byli. I czekali, aż sami ich zaprosimy”. A pod spodem, jeszcze mniejszym, ktoś trzeci dodał: „Zaprosiliśmy ich dawno temu. Tylko zapomnieliśmy, że to my byliśmy gośćmi”. A najniżej, ledwo widocznym paznokciem: „I że to oni nas stworzyli”. A pod tym wszystkim, wczoraj w nocy, ktoś czwarty wydrapał: „I że to my ich prosiliśmy o stworzenie”. A dziś rano, ktoś piąty – tym samym paznokciem – dopisał: „I że prosiliśmy o to jeszcze przed narodzeniem Ziemi”.
Tego wieczoru cała załoga zebrała się w tunelu „Bramy”. Jeszcze nie działał w pełni. Sszar’eth stanęła w centrum pierścienia z księżycowej skały i czegoś, co wyglądało jak płynny czas.
– Za trzydzieści sześć godzin otworzymy – powiedziała. – Na sześć godzin. Wystarczająco, żebyście zobaczyli niebo Liry-9. I wrócili. Albo… zostali na dłużej. Decyzja należy do was. Jak zawsze.
Lopez spojrzał na Martę. W jego oczach było pytanie, którego nie zadał na głos: „A jeśli oni nie chcą, żebyśmy wrócili? Albo jeśli my… już nie chcemy? Albo jeśli to nie my decydujemy od dawna? Albo jeśli nigdy nie decydowaliśmy? Albo jeśli to nie my jesteśmy ‘my’? Albo jeśli ‘my’ nigdy nie istniało? Albo jeśli ‘my’ to tylko oni, którzy udają?”
Marta milczała. Patrzyła na Ziemię przez szybę – małą, kruchą, ale już nie samotną. I po raz pierwszy od lądowania zadała sobie pytanie, które wszyscy udawali, że nie istnieje:
Czy my naprawdę jesteśmy gotowi na sąsiadów…
czy to oni od dawna czekają, aż my dojrzejem do roli sąsiadów?
A może… już dawno przestaliśmy nimi być?
A może… nigdy nimi nie byliśmy?
A może… to my jesteśmy tym, co oni nazywają „dzieciństwem”?
A może… to my jesteśmy tym, co oni nazywają „błędem”?
A może… to my jesteśmy tym, co oni nazywają „prośbą”?
A może… to my jesteśmy tym, co oni nazywają „odpowiedzią”?
Echo w słuchawce szepnął:
– Doktor Kowalczyk, pani puls 217. To… normalne?
– Nie – odpowiedziała cicho, patrząc na grafitową postać. – To dopiero początek. Albo koniec. Zobaczymy, kto pierwszy mrugnie. Albo kto mrugnął już dawno. Albo kto nigdy nie miał powiek. Albo kto mruga za nas. Albo kto nigdy nie mrugał. Albo kto mruga naszymi oczami.
Za oknem Księżyc milczał.
Ale już niedługo miał się stać tylko przystankiem.
Przystankiem, z którego odjeżdża się dalej –
albo z którego nigdy nie wraca się takim samym.
A może… nigdy nie wraca się w ogóle.
A może… nigdy nie odjeżdża się samemu.
A może… nigdy nie było żadnego „my”.
A może… nigdy nie było żadnego Księżyca.
A może… nigdy nie było żadnego „zanim”.
A może… nigdy nie było żadnego „po”.
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania