Adam Breg

Rozdział 1: Rdza i papierosy

Komisarz Adam Berg nie lubił luster, zwłaszcza tych w tanich motelach na obrzeżach miasta. Światło jarzeniówki nad umywalką nadawało jego twarzy trupi, szarawy odcień. Miał czterdzieści cztery lata, ale dzisiejszego ranka czuł się na co najmniej sto. Przejechał dłonią po kilkudniowym zaroście, krzywiąc się lekko – odłamek szkła, który utknął mu w dłoni podczas zeszłotygodniowego zatrzymania, wciąż dawał o sobie znać przy każdym mocniejszym uścisku.

W pokoju obok cicho grało radio. Marta, jego nowa partnerka, nastawiała wodę na kawę. Przenieśli ich do tej dziury trzy dni temu, oficjalnie „dla ich własnego bezpieczeństwa”, a nieoficjalnie dlatego, że wydział wewnętrzny zaczął węszyć wokół sprawy sędziego Glassa.

Berg wyszedł z łazienki, zapinając guziki znoszonej, flanelowej koszuli. Marta siedziała na parapecie, gapiąc się na deszcz bębniący o blachę falistą dachu naprzeciwko. Miała na sobie za dużą bluzę z kapturem, a jej drobne palce kurczowo zaciskały się wokół wyszczerbionego kubka.

– Nie śpisz od czwartej? – zapytał cicho Adam, siadając na skrzypiącym krześle.

– Od trzeciej – poprawiła go, nie odwracając wzroku. – Za każdym razem, gdy zamykam oczy, słyszę ten dźwięk. Jak pękała przednia szyba w naszym Mondeo.

Adam poczuł znajome ukłucie w klatce piersiowej. Marta miała zaledwie dwadzieścia osiem lat. Była bystra, cholernie uparta, ale to była jej pierwsza prawdziwa brudna sprawa. Jeszcze nie wykształciła w sobie tej skorupy, którą on hodował przez dekady. Chciał jej powiedzieć coś krzepiącego, ale wiedział, że tanie slogany tylko ją wkurzą. Zamiast tego wyciągnął z kieszeni paczkę pogniecionych fajek, wyłuskał jedną i podał jej.

Wzięła. Przez moment ich palce się zetknęły – jej były lodowate, jego szorstkie i rozgrzane. Kliknięcie benzynowej zapalniczki na moment rozświetliło półmrok pokoju.

– Wyciągniemy cię z tego, młoda – powiedział cicho, a w jego głosie, zazwyczaj twardym, pojawiła się miękka, niemal ojcowska nuta. – Obiecałem to twojemu staremu, zanim odszedł na emeryturę.

Marta wypuściła dym, a jej ramiona minimalnie opadły. Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu, pierwszy od kilkudziesięciu godzin.

– Mój stary zawsze mówił, że jesteś niereformowalnym draniem, Berg. Ale że przynajmniej nie strzelasz w plecy.

– Bo to marnowanie amunicji – mruknął, i przez chwilę, w tym małym, zatęchłym pokoju, między dwojgiem uciekinierów wytworzyła się nienazwana, ale potężna więź. Byli tylko oni. Reszta świata chciała ich dopaść.

Rozdział 2: Zbyt blisko

Spokój trwał dokładnie do godziny siedemnastej. Deszcz zamienił się w gęstą, listopadową ulewę. Adam stał przy oknie, krojąc chleb starym nożem wojskowym, gdy na dole, na żwirowym parkingu, rozbłysły reflektory czarnego SUV-a.

Większość ludzi pomyślałaby, że to po prostu kolejny gość. Ale ten samochód nie miał tablic rejestracyjnych. I nie zgasił świateł.

– Marta. Za łóżko. Już – rzucił Adam. Jego głos nie był już zmęczony. Stał się lodowatym, ostrym rozkazem.

Dziewczyna zamarła na sekundę, ale instynkt zadziałał. Odrzuciła kubek, który z brzękiem rozbił się o podłogę, i zanurkowała za ciężką, dębową ramę łóżka, wyciągając z kabury swojego Glocka. Jej dłonie się trzęsły, ale chwyt był pewny.

Kroki na schodach były szybkie. Ktoś nie bawił się w podchody.

Skrzyp. Skrzyp. Cisza.

Adam cofnął się w cień obok drzwi. Serce waliło mu jak szalone, czuł pot spływający po karku. Każda sekunda oczekiwania rozciągała się w nieskończoność. Słyszał szybki, urywany oddech Marty za swoimi plecami.

BUM.

Drzwi wyleciały z zawiasów z hukiem, który niemal rozsadził bębenki. Do środka wpadł potężny facet w kominiarce. Adam nie czekał. Instynkt przetrwania, pierwotny i brutalny, przejął kontrolę.

Rozdział 3: Sekundy, które ważą tonę

Adam rzucił się do przodu, zanim napastnik zdążył unieść lufę pistoletu z tłumikiem. Huknął go ramieniem w klatkę piersiową, wpychając prosto na ścianę. Tynk posypał się na podłogę.

To nie była walka z filmu. Nie było tu pięknych uników. Było tylko sapnięcie, zapach mokrej skóry, potu i nagła, potężna dawka adrenaliny, która sprawiła, że czas zwolnił.

Napastnik był silniejszy. Uderzył Adama nasadą dłoni w nos – Berg usłyszał obrzydliwy chrupot i poczuł, jak usta natychmiast zalewa mu gęsta, gorąca krew. Świat na moment zawirował, w uszach pojawił się pisk. Napastnik wykorzystał to, obrócił Adama i zaczął dusić go od tyłu, zaciskając potężne przedramię na jego krtani.

Adam desperacko łapał powietrze, jego palce bezskutecznie drapały skórzaną kurtkę faceta. Oczy zachodziły mu mgłą. Widział tylko rozmazany kształt Marty, która wychyliła się zza łóżka.

– Marta... strzelaj... – chciał krzyknąć, ale z jego gardła wydobył się tylko zduszony rzężenie.

Dziewczyna miała czysty strzał, ale jej oczy były pełne paniki. Jeśli chybi, trafi Adama. Widziała, jak twarz jej partnera sinieje. To była ta sekunda. Ta cholerna sekunda, w której decyduje się wszystko.

Zamiast strzelić, Marta zerwała się z miejsca. Zrobiła trzy szybkie kroki i z całym impetem wbiła lufę Glocka prosto w oko napastnika przez otwór w kominiarce.

Facet ryczał z bólu, puszczając Adama. Berg runął na kolana, kaszląc spazmatycznie i łapiąc powietrze, podczas gdy napastnik na oślep machnął ręką, trafiając Martę w twarz. Dziewczyna poleciała w tył, uderzając głową o kant szafki.

Napastnik, brocząc krwią z twarzy, sięgał po upuszczoną broń.

Adam, wciąż na czworakach, widząc kątem oka nieprzytomną lub oszołomioną Martę, poczuł ryk czystej wściekłości. Przepełznął metr, dopadł do noża kuchennego, którym chwilę wcześniej kroił chleb, i z dołu, z całą siłą, jaka mu została, wbił go pod kamizelkę kuloodporną faceta – prosto w tętnicę udową.

Ciało napastnika zwiotczało niemal natychmiast. Ciężki oddech Adama i szum ulewy za oknem były teraz jedynymi dźwiękami w pokoju.

Adam, trzymając się za pękające gardło, doczołgał się do Marty. Przejechał zakrwawioną dłonią po jej policzku.

– Marta... Ej, młoda, patrz na mnie. Słyszysz? Patrz na mnie...

Jej powieki drgnęły. Otworzyła oczy, mętne, ale żywe. Spojrzała na jego zakrwawioną twarz, potem na trupa obok.

– Żyjesz, draniu – szepnęła ledwo słyszalnie.

Adam zamknął na chwilę oczy, opierając czoło o jej ramię. Nie byli już tylko partnerami z przymusu. Byli ludźmi, którzy właśnie razem przeszli przez piekło.

Adam nie odpowiedział od razu. Obserwował ruchy czarnej bryły SUV-a, która zatrzymała się kilkadziesiąt metrów od zardzewiałej siatki warsztatu. Silnik mruczał cicho, jak przyczajony drapieżnik. Drzwi kierowcy uchyliły się minimalnie, a w szczelinie błysnęło czerwone światełko zapalanego papierosa.

Tylko jeden. Przynajmniej na razie.

– Nie damy rady przejść przez płot niezauważeni – wyszeptał Adam, nachylając się do ucha Marty. Jego ciepły oddech zmieszał się z lodowatym powietrzem. – I nie możemy ryzykować strzelaniny na otwartym terenie. Jeśli ma radio, ściągnie tu resztę w pięć minut.

Marta skinęła głową. Poczuła, jak chłód rowu melioracyjnego, w którym leżeli, zaczyna przenikać przez jej przemoczone spodnie, ale ignorowała to. Całą uwagę skupiła na dłoni Adama, która zacisnęła się na jej przedramieniu.

– Co masz na myśli? – zapytała, nie spuszczając wzroku z SUV-a.

– Odwrócisz jego uwagę. Ale bez strzelania. Widzisz te stare opony ułożone pod płotem, bliżej lasu? Przejdziesz tam dołem, rowem. Kiedy będziesz na miejscu, rzucisz czymś ciężkim w tamtą stronę. Ma pójść hałas. On pójdzie to sprawdzić, a wtedy ja zajdę go od tyłu.

Marta spojrzała na jego skrzywiony nos, z którego wciąż sączyła się strużka krwi, i na zmęczone, podkrążone oczy.

– Jesteś ranny, Berg. Ledwo dychasz. Jeśli cię zdejmie...

– Nie zdejmie – uciął, a w jego głosie pojawiła się ta sama absolutna pewność, która przez lata pozwalała mu przetrwać na ulicy. – Idź. I uważaj na każdy krok.

Nacisnął lekko jej ramię na znak otuchy. Marta zawahała się przez ułamek sekundy, po czym oderwała się od niego i zaczęła cicho, niemal bezszelestnie, przesuwać się wzdłuż rowu. Adam odprowadzał ją wzrokiem, dopóki jej ciemna sylwetka nie stopiła się z cieniem nocy. Został sam.

Odczekał minutę, która ciągnęła się jak wieczność. Serce dudniło mu w piersi, a ból w krtani pulsował przy każdym wdechu. Wyciągnął zza pasa broń, sprawdził chwyt. Palce miał zdrętwiałe z zimna, więc zacisnął je mocniej, żeby nie stracić czucia.

Trzask.

Gdzieś po prawej stronie, tam gdzie opony opierały się o siatkę, rozległ się głośny, metaliczny stukot – Marta idealnie trafiła znalezionym w rowie kamieniem.

Reakcja była natychmiastowa. Czerwony punkt papierosa poleciał w błoto. Drzwi SUV-a otworzyły się szerzej i wysiadł z nich wysoki, barczysty facet. W ręku trzymał pistolet z długim tłumikiem. Ruszył wolno, ostrożnie, stawiając kroki w stronę źródła hałasu. Był profesjonalistą – nie włączał latarki, ufał swoim oczom przystosowanym do ciemności.

Adam ruszył. Wyślizgnął się z rowu jak cień, nisko na nogach, niemal przyklejony do ziemi. Każdy krok na mokrej trawie stawiał z namysłem, modląc się, by pod butem nie pękła żadna gałąź. Adrenalina znów zalała jego organizm, tłumiąc ból i zmęczenie.

Dystans się zmniejszał. Dziesięć metrów. Pięć. Kiler stał tyłem do niego, z lufą uniesioną w stronę krzaków, w których ukryła się Marta. Jeszcze krok i...

But Adama osunął się na śliskiej glinie. Jeden cichy, mlaszczący dźwięk.

Dla zawodowca to wystarczyło. Facet zaczął obracać się z niesamowitą prędkością, unosząc broń.

Adam nie miał czasu na celowanie. Skoczył do przodu, taranując go całą masą swojego ciała. Huknęli o bok SUV-a. Metal zajęczał głośno. Pistolet napastnika wypalił, ale pocisk poszedł w niebo z głuchym, stłumionym pyknięciem.

Zaczęła się brutalna, bezwzględna szamotanina. Facet był twardy jak z kamienia. Złapał Adama za gardło, dokładnie w miejsce, które wcześniej ucierpiało w motelu. Berg poczuł, że traci grunt pod nogami, a przed oczami stanęły mu czarne plamy. Desperacko uderzył napastnika kolanem w krocze, ale tamten tylko syknął i wolną ręką zaczął kierować lufę pistoletu prosto w brzuch komisarza.

Adam blokował jego przedramię resztkami sił. Słyszał własny, charczący oddech. Kończył mu się tlen. Lufa centymetr po centymetrze zbliżała się do jego ciała.

SUCHY TRZASK.

To nie był strzał. To był odgłos pękającej kości.

Marta wypadła z ciemności jak furia. Nie strzeliła – zamiast tego z pełnego rozbiegu uderzyła kolbą Glocka prosto w odsłonięte ucho napastnika. Facet zachwiał się, jego uścisk na szyi Adama osłabł.

Berg, łapiąc gwałtownie powietrze, wykorzystał sekundę rozkojarzenia wroga. Schwycił jego rękę z bronią i z całym impetem uderzył nią o krawędź dachu samochodu. Pistolet z tłumikiem wypadł z bezwładnych palców kilera i potoczył się w błoto.

Napastnik spróbował jeszcze sięgnąć po nóż u pasa, ale Marta była szybsza. Przykucnęła i z całej siły kopnęła go w bok kolana. Coś chrupnęło głośno, a potężny mężczyzna zwalił się na ziemię z głębokim, gardłowym jękiem.

Adam stał nad nim, opierając się o maskę SUV-a, ciężko dysząc. Krew z nosa kapała mu prosto na maskę wozu. Spojrzał na Martę – jej twarz była blada, włosy posklejane od deszczu, a w oczach miała dziki, pierwotny triumf.

– Dobra robota... – wykrztusił Adam, masując skatowaną szyję. – Drugi raz dzisiaj.

Marta nie odpowiedziała. Podeszła bliżej, wciąż trzymając broń wycelowaną w leżącego i zwijającego się z bólu faceta. Jej dłoń już się nie trzęsła.

– Co z nim robimy? – zapytała twardo, patrząc Adamowi prosto w oczy. – I co ważniejsze: bierzemy jego wóz?

Adam powoli podszedł do leżącego mężczyzny. Schylił się, ignorując rwanie w kręgosłupie, i zerwał mu z twarzy mokrą od deszczu kominiarkę.

W żółtym, migoczącym świetle latarni ukazała się twarz, którą obaj doskonale znali. Twarz z pierwszych stron gazet, ale przede wszystkim – twarz z wewnętrznych okólników policyjnych.

To był Robert „Sęp” Kaczmarek. Oficjalnie: szef ochrony sędziego Glassa. Nieoficjalnie: człowiek od najbrudniejszej roboty, którego wydział wewnętrzny bezskutecznie próbował powiązać z trzema egzekucjami w Mieście.

Marta cofnęła się o krok, a jej oddech znów stał się szybki, urywany.

– Sęp... – szepnęła. – To znaczy, że Glass wie wszystko. Sprzedali nas, Adam. Nasi właśni ludzie nas sprzedali.

Sęp, trzymając się za zdruzgotane kolano, splunął krwią na buty Berga. Na jego twarzy, mimo potwornego bólu, pojawił się upiorny, zakrwawiony uśmiech.

– Myślicie... że to Glass? – wycharczał, a w jego głosie nie było strachu. Była tam chłodna, drwiąca litość. – Wy naiwne, policyjne kundle. Glass to pionek. Taki sam jak wy.

Adam poczuł, jak krew zamarza mu w żyłach. Złapał Sępa za klapy skórzanej kurtki i szarpnął go do góry, przyciskając do koła SUV-a.

– Kto cię przysłał?! Gadać, natychmiast! – ryknął Berg, tracąc resztki panującej nad sobą maski.

Sęp nie odpowiedział. Spojrzał ponad ramieniem Adama, prosto na Martę. Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy, odsłaniając czerwone od krwi zęby.

– Zapytaj swojej partnerki, Berg... Zapytaj jej, dlaczego jej stary tak naprawdę odszedł na emeryturę. I skąd miała współrzędne tego motelu.

Adam zamarł. Powoli, milimetr po milimetrze, rozluźnił uścisk na kurtce kilera. Czas znowu zwolnił, ale tym razem nie przez adrenalinę. Przez lodowaty, paraliżujący strach, który zaczął kiełkować w jego piersi.

Odwrócił się w stronę Marty.

Dziewczyna stała nieruchomo. Deszcz spływał po jej bladej twarzy, zmywając resztki brudu. Ale jej oczy... jej oczy nie były już oczami przerażonej, młodej policjantki, którą tulił w leśnym rowie. Były puste. Zimne. I cholernie dorosłe.

Lufa jej Glocka nie była już skierowana w stronę leżącego Sępa.

Cofnęła się o dwa kroki, zwiększając dystans. Czarna, metalowa rura pistoletu celowała teraz prosto w klatkę piersiową Adama.

– Marta...? – głos Berga załamał się, po raz pierwszy, odkąd pamiętał. – Co ty robisz, młoda?

– Przepraszam, Adam – powiedziała cicho, a jej głos był przerażająco stabilny, pozbawiony jakichkolwiek emocji. – Mój ojciec nie odszedł na emeryturę. Oni pozwolili mu żyć. W zamian za to, że kiedy przyjdzie czas, ja skończę jego robotę.

– Robisz to dla nich? Dla tych skurwysynów? – Adam poczuł, jak wszystko, w co wierzył przez ostatnie dni, każda nić zaufania, którą tak mozolnie między sobą tkali, pęka z głośnym, bolesnym trzaskiem. Uratowała go w motelu. Uratowała go przed chwilą. Dlaczego?

Marta spojrzała na niego, a w głębi jej źrenic na ułamek sekundy błysnęła ta dziewczyna, z którą dzielił papierosa na parapecie. Żal, głęboki i prawdziwy.

– W motelu Sęp przyszedł zabić nas oboje. Oni chcieli posprzątać też mnie, Adam. Zrozumiałam to dopiero tam, na górze. Musiałam go zdjąć, żeby przeżyć. Żebyśmy oboje wyszli z tego lasu.

Zrobiła jeszcze jeden krok w tył, w stronę otwartych drzwi kierowcy SUV-a. Deszcz bębnił o dach samochodu, tworząc monotonną, żałobną ścieżkę dźwiękową.

– Ale umowa to umowa. Ja muszę zniknąć. A ty musisz tu zostać. Jako jedyny winny tej rzezi. Przykro mi, Berg. Naprawdę byłeś dla mnie jak ojciec przez te kilka dni.

Adam spojrzał na lufę broni. Wiedział, że nie zdąży unieść swojego pistoletu. Palce miał zbyt zmarznięte, a dystans był zbyt duży. Wszystkie emocje, bliskość, strach, który ich połączył – wszystko to było prawdą, a jednocześnie idealnie rozpisanym scenariuszem.

Marta wsiadła bokiem do SUV-a, nie spuszczając go z oka. Lewą ręką wrzuciła wsteczny bieg. Silnik rycząc, ożył na nowo.

– Nie szukaj mnie, Adam. Jeśli przeżyjesz dzisiejszą noc... po prostu przejdź na emeryturę – rzuciła na odchodnym.

Opony SUV-a zerwały przyczepność na śliskim błocie. Samochód z ryknięciem silnika cofnął się, obrócił gwałtownie i z piskiem opon ruszył w stronę ciemnej drogi krajowej, pozostawiając Adama samego w rzęsistym deszczu.

Obok niego, w błocie, Sęp zaczął się cicho śmiać, krztusząc się krwią.

Adam Berg stał na skraju lasu, pod rozpadającą się stacją benzynową. Krew kapała mu z nosa na przemoczoną flanelową koszulę. Wokół panowała ciemność, a w jego sercu nie zostało już zupełnie nic.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania