„Adres na przyszłość”

Obudził mnie zapach naleśników. Mama często je robiła w weekendy, gdy miała wolne od pracy.

 

Zdjęłam satynową opaskę z oczu, żeby zobaczyć godzinę na zegarku. Nie było jeszcze późno. Przez okno wpadały promienie słońca, a gdy uniosłam głowę, poczułam silny ból w skroniach.

 

– Cholera – mruknęłam pod nosem.

 

Nie czułam się dobrze po wczorajszej imprezie.

 

Wróciłam późno do domu, na szczęście rodzice już spali.

 

Wyczłapałam się z łóżka i otworzyłam okno, wpuszczając trochę świeżego powietrza. Odetchnęłam. Głęboki wdech i wydech.

 

Założyłam kapcie i zeszłam na dół.

 

W kuchni tata siedział przy stole, lekko zgarbiony nad telefonem, stukając w ekran. Mama natomiast właśnie kończyła nakładać na talerz naleśniki.

 

– Dzień dobry, świecie! – oznajmiłam radośnie, unosząc ręce.

 

Mama odwróciła się w moją stronę.

 

– Dzień dobry, słońce – uśmiechnęła się i pomachała drewnianą łyżką. – Przygotowałam twoje ulubione śniadanie. Piętnaście naleśników! Pomyślałam, że zrobię więcej, bo będziesz głodna po wczorajszym... – Mama spojrzała na ojca, a ten tylko podrapał się po głowie.

 

Kiedy wzięłam talerz, tata lekko drgnął. Jakby dopiero teraz zorientował się, że siedzę przy stole. Kiwnął głową na dzień dobry.

 

– Tak, to był genialny pomysł. Nie czuję się najlepiej, ale zaraz nabiorę energii. Mamy może dżem truskawkowy?

 

– Mamy wszystko, czego potrzebujesz – odezwał się tata, nie odrywając wzroku od ekranu.

 

– Co ciekawego piszą w wiadomościach? – zapytałam.

 

– A nie czytałem jeszcze. Poza tym nie oglądam wiadomości.

 

– A co oglądasz?

 

W końcu spojrzał na mnie.

 

– Koty.

 

– Koty? – uniosłam brew.

 

– Tak. Oglądam filmiki, jak robią różne triki.

 

– Chcesz kotka? – zapytałam, szturchając go.

 

– Absolutnie żadnych kotów w domu! Nie chcę znowu chodzić na tabletkach przeciwalergicznych – powiedziała mama, machając ostrzegawczo palcem w naszym kierunku.

 

– Ehhh... – westchnął ciężko.

 

Kiedyś mieliśmy szarego kotka. Nazywał się Jerry i był bardzo mądry. Tata nazwał go tak, bo bardzo lubił ze mną oglądać bajkę „Tom i Jerry”, kiedy byłam mała. Niestety tata pomylił imiona, bo był święcie przekonany, że Tom to ta mała myszka. Było jednak za późno, bo kot reagował tylko na to imię, więc tak już zostało.

 

Kiedy umarł ze starości, tata przez kilka dni prawie nie odzywał się do nikogo. Uwielbiał z nim siedzieć w fotelu przed telewizorem, głaskać go i oglądać seriale. Miałam wrażenie, że Jerry również był zainteresowany telewizją, szczególnie kiedy tata oglądał National Geographic. Później tata chciał kupić następnego kota, ale mama się nie zgodziła.

 

– Michał, odłóż już ten telefon. Już wszystko gotowe i ciepłe – powiedziała mama, stukając widelcem o talerz.

 

– Tak, tak. Sofia, powiedz mi, jak było wczoraj? Nie słyszałem, o której wróciłaś – spytał tata, nalewając każdemu sok pomarańczowy.

 

– Było fajnie – wzięłam szklankę i, przechylając ją, wypiłam prawie całą zawartość za jednym razem.

 

Czułam straszną suchość w ustach.

 

– Znowu musiałaś ratować Matyldę? – uśmiechnął się.

 

– No... powiedzmy. Pewnie jeszcze śpi. Mogłam jej zaproponować, żeby została u nas na noc. Wtedy spróbowałaby twoich pysznych naleśników, mamo – powiedziałam, puszczając jej oczko.

 

Nałożyłam sobie dwa naleśniki. Jednego posmarowałam dżemem, drugiego Nutellą, po czym wzięłam duży kęs.

 

– Matko... jakie dobre! – powiedziałam z pełną buzią.

 

Na to rodzice zaczęli się śmiać.

 

– Smacznego! – mama uniosła kciuk w górę.

 

Po śniadaniu umyłam naczynia. Tata poszedł do garażu, a mama do ogródka. Mieliśmy tam hamak, na którym mama zawsze spędzała wolny czas, czytając różne romansidła.

 

Ja postanowiłam trochę się odświeżyć. Potrzebowałam zimnego prysznica.

 

Włączyłam na telefonie swoją playlistę i weszłam pod strumień zimnej wody. Zanurzyłam się myślami we wczorajszym dniu. Wiem, nie powinno się analizować imprezy następnego dnia, zwłaszcza kiedy spożyło się dużą ilość alkoholu, ale... kto tego nie robił?

 

Oczywiście przy śniadaniu skłamałam.

 

To nie ja ratowałam Matyldę.

 

To ona ratowała mnie.

 

Przeprowadzka do nowego miasta bardzo mnie stresowała i chyba musiałam trochę odreagować.

 

Mateusz ma talent do miksowania alkoholi. Jego drinki wychodziły jak od profesjonalnego barmana. Szkoda byłoby nie spróbować jego mikstur, tym bardziej że była to nasza ostatnia, pożegnalna impreza.

 

– Sofia, będziesz za nami tęsknić? – zapytała Matylda, biorąc łyk drinka.

 

Siedzieliśmy w altance za domem Michała. Muzyka grała gdzieś w tle, a Michał stał za barem. Jego rodziców nie było. Wyjechali do Włoch z okazji dziesiątej rocznicy ich ślubu. Skorzystaliśmy z tej okazji.

 

Jego tata miał sporą kolekcję alkoholi, więc jedyną rzeczą, na którą musieliśmy się zrzucić, była pizza.

 

– Oczywiście, że będę – odpowiedziałam. – Ale obiecuję, że będę pisać, dzwonić i odwiedzać. A jak już się urządzę, to zrobię super parapetówkę.

 

– Brzmi wiarygodnie – stwierdził Michał, wyciskając sok z cytryny do drinków.

 

– Jesteśmy zaproszeni! – powiedziała podekscytowana Matylda.

 

– Oczywiście!

 

Matylda nagle wstała z kanapy.

 

– Wznieśmy toast! – powiedziała nagle głośno, unosząc drinka w górę.

 

– Za co? – spytał Michał.

 

– Za Sofię. Za mnie. No i... za ciebie też może być.

 

Michał podał mi nowego drinka i stuknęliśmy się szklankami z ozdobnymi różowymi palemkami.

 

Spojrzałam na jedną.

 

– Dlaczego one są... różowe? – zapytałam, obracając szklankę w ręce.

 

– Palemki? – wzruszył ramionami. – Zostały po panieńskim mojej siostry.

 

Matylda zmarszczyła brwi i spojrzała na słomkę w drinku.

 

– To dlatego ja mam słomkę w kształcie penisa?

 

– Tak, mama zamówiła masę takich pierdół. Uznałem, że lepiej będzie ci się z niej piło.

 

Parsknęłam śmiechem. Michał również, a Matylda lekko się zaczerwieniła, poprawiając grzywkę na czole.

 

Michał i Matylda znali się od dziecka. Ich rodzice przyjaźnili się od lat. Spotykali się na rodzinnych obiadach i wszystkich tych okazjach, podczas których dorośli mogli przez kilka godzin rozmawiać o tym, kto kupił nowe auto, kto się rozwiódł i która sąsiadka znowu zmieniła kolor włosów. Wyjeżdżali razem na wczasy, a wtedy my mieliśmy wolną chatę.

 

Czasami nie mogłam uwierzyć, że Matylda i Michał nigdy ze sobą nie byli. Rozumieli się bez słów. Śmiali z tych samych rzeczy. Słuchali tych samych wokalistów. Raz nawet przypadkowo założyli takie same T-shirty. Matylda często kupowała koszulki na dziale męskim. Lubiła luźny, trochę chłopięcy styl.

 

Kiedyś zapytałam ją wprost, czy coś między nimi było albo czy chciałaby, żeby kiedyś było. Odpowiedziała, że nie jest teraz gotowa na związek.

 

Wiedziałam, że kłamie.

 

Zwłaszcza kiedy widziałam, jak reaguje na jego zdjęcia lub jak rozmawiał z inną dziewczyną.

 

Lajkowała każde jego zdjęcie na Instagramie. Każdą relację oglądała natychmiast... nawet po kilka razy.

 

Po prysznicu od razu poczułam się lepiej. Zarzuciłam na siebie szlafrok i podeszłam do umywalki.

 

Kiedy spojrzałam w lustro, trochę się przeraziłam. Miałam spuchnięte oczy, a moja cera była blada.

 

Nałożyłam płatki pod oczy, mając nadzieję, że choć trochę uda mi się ukryć skutki wczorajszego melanżu.

 

Umyłam zęby, wysuszyłam włosy i nałożyłam fluid na twarz.

 

– No, teraz przynajmniej przypominam człowieka.

 

Postanowiłam odblokować telefon. Przez chwilę zastanawiałam się, czy naprawdę tego chcę.

 

Miałam dziwne przeczucie, że coś na mnie czeka.

 

I miałam rację.

 

Trzy wiadomości od Matyldy i jedną od...

 

Przełknęłam ślinę i otworzyłam tę ostatnią.

 

Artur: Cześć, Sofia, przepraszam za wczoraj... Wiem, że nie powinienem był przychodzić, ale naprawdę chciałem cię zobaczyć. Mam nadzieję, że zrozumiesz.

 

Tak. Rozumiem – pomyślałam, zagryzając nerwowo dolną wargę.

 

Przez chwilę stałam z telefonem w ręku i zastanawiałam się, czy mu odpisać, czy może dać sobie dzisiaj spokój.

 

Wybrałam spokój.

 

Przynajmniej na dziś.

 

Otworzyłam rozmowę z Matyldą.

 

Matylda:

Hej, Sofia. Jak się czujesz?

 

Kilka minut później:

 

Matylda:

Halo, halo, tu Ziemia. Wstałaś?

 

Ostatnią wiadomość napisała pół godziny temu.

 

Matylda:

Ogarnę się i przyjadę po ciebie. Pójdziemy na kawę albo lody... Wybieraj.

 

Spojrzałam na zegarek.

 

Zostało mi może jakieś piętnaście minut.

 

– Cholera.

 

Wiedziałam, że muszę się szybko zebrać, bo Matylda zaraz tu będzie i raczej nie weźmie pod uwagę tego, że dzisiaj naprawdę wolałabym zostać w domu, we własnym łóżku i posłuchać muzyki.

 

Otworzyłam szafę. Wyciągnęłam z niej pierwszy lepszy T-shirt, beżowe spodnie i szybko wsunęłam na stopy białe trampki. Gotowe.

 

Dobrze, że przed wyjściem popatrzyłam w lustro, bo zapomniałabym zdjąć płatki, które wciąż miałam pod oczami. Dawały cholernie przyjemną ulgę.

 

Może kawa również mi ją da.

 

Zbiegłam na dół.

 

– Pa, mamo! Pa, tato! – krzyknęłam do rodziców.

 

Tata nie usłyszał, bo zagłuszyła mnie piosenka Rolling Stones. Tata często ich słuchał.

 

Mama wychyliła głowę i zsunęła lekko okulary przeciwsłoneczne.

 

– Wychodzisz?

 

– Matylda zaraz tu będzie. Idziemy na kawę... Może na lody – powiedziałam, przeczesując włosy palcami.

 

– Pozdrów ją! – pomachała mi ręką, po czym ponownie ułożyła się wygodnie na hamaku.

 

Mama uwielbiała się opalać. Mogłaby leżeć na słońcu godzinami. Ja natomiast byłam blada jak ściana i zdecydowanie bardziej przypominałam wampira niż osobę, która lubi plażowanie.

 

Wyszłam z ogródka, kiedy zadzwonił mój telefon.

 

– Hej, Sofia, już czekam na ciebie przy bramce. Mam nadzieję, że jesteś gotowa? – rzuciła radośnie.

 

– Wiem, właśnie widzę twoją czerwoną perłę.

 

Podeszłam do furtki i zobaczyłam Matyldę z jej perłowym uśmiechem, machającą do mnie ręką.

 

Czerwony Peugeot lśnił w słońcu tak mocno, że musiałam zmrużyć oczy.

 

Dostała go w prezencie od rodziców po ukończeniu studiów medycznych. Dbała o samochód jak o najcenniejszy skarb. Zawsze był pięknie wypolerowany i czysty, a w środku pachniało wanilią.

 

Matylda pochodziła z rodziny związanej z medycyną. Jej tata był fizjoterapeutą, a mama pielęgniarką. Nigdy nie wywierali na niej presji dotyczącej tego, w jakim kierunku powinna się rozwijać. Od zawsze interesowała się medycyną i sama wybrała swoją drogę.

 

Usiadłam na fotelu pasażera i zapięłam pas.

 

– Czy ty już od rana szorowałaś auto?

 

Matylda spojrzała na mnie.

 

– Dzień dobry. Ktoś tu się chyba nie wyspał – rzuciła, przypominając mi, że kultura wymaga, aby najpierw się przywitać.

 

– Witam moją najpiękniejszą i najlepszą przyjaciółkę pod słońcem! – odpowiedziałam, obejmując ją jedną ręką i całując w policzek.

 

– Od razu lepiej! – zaśmiała się. – Tak, byłam na myjni. Bo wiesz... – uniosła brwi i wykonała charakterystyczny gest dłonią przy ustach.

 

– Ale że ja? – rzuciłam.

 

– Mhm... – kiwnęła głową.

 

Wtedy sobie przypomniałam, że przecież to Matylda odwiozła mnie do domu.

 

Musiało być naprawdę źle, skoro sama nie wróciłam o własnych nogach.

 

Oparłam głowę o zagłówek.

 

Znowu poczułam silny ból w skroniach.

 

– Ach, no tak – westchnęłam.

 

– Matylda, ja naprawdę przepraszam za wczoraj. Mam wrażenie, że zepsułam nam imprezę.

 

– Ty? – Spojrzała na mnie z niedowierzaniem. – To przez Artura. Chociaż przyznaję, kiedy się pojawił, zrobiło się ciekawiej – rzuciła sarkastycznie i odpaliła samochód.

 

– Michał będzie miał przerąbane – kontynuowała. – Jeszcze z nim nie rozmawiałam, ale wiem, że to była jego sprawka.

 

– Chciał dobrze... – wzruszyłam ramionami.

 

– Dobrze? Sofia, on doskonale wie, że nie jesteście już razem. Ty niedługo się wyprowadzasz. Po co ci znowu przez niego rozmyślać? Tylko dlatego, że to jego *najlepszy kumpel*? – prychnęła. – My też jesteśmy jego przyjaciółmi i powinien mieć do nas szacunek.

 

Pokręciła głową.

 

– Ehh... męska solidarność – rzuciła przez zęby.

 

Spojrzałam na nią kątem oka. Była czerwona ze złości.

 

Wyglądała naprawdę zabawnie. Na lusterku wstecznym wisiał pluszowy pomidor. Dostała go kiedyś ode mnie na urodziny. Dałam jej go właśnie dlatego, że kiedy się złościła albo krępowała, czerwieniła się jak pomidor.

 

– Nie śmiej się – powiedziała.

 

– Wcale się nie śmieję.

 

– Sofia.

 

– Naprawdę.

 

Popatrzyła na mnie.

 

– Masz ten swój uśmieszek.

 

– Jaki uśmieszek?

 

– Ten, który mówi, że zaraz powiesz coś głupiego.

 

Spojrzałam na pomidora zwisającego z lusterka.

 

– Przynajmniej on jest po mojej stronie.

 

Wybuchłyśmy śmiechem.

 

Matylda podgłośniła muzykę, a ja oparłam głowę o zagłówek i spojrzałam przez szybę na mijane ulice.

 

Może jednak dobrze zrobiłam, wychodząc z domu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania