Aiden Księga pierwsza: Rebelia – rozdział 2 (całość)

Kiedy skończyłem dwanaście lat, Erina podarowała mi komplet ubrań jak spod igły i parę trzewików ze srebrnymi klamerkami.

Wyszedłem zza parawanu w nowych butach, kamizelce i fraku. Erina zawołała jedną ze swoich pokojówek, która powiedziała, że wyglądam jak prawdziwy młody dżentelmen – a oczywiście o to właśnie chodziło.

Później przyszła mnie zobaczyć matka i przysiągłbym, że zwilgotniały jej oczy; machała ręką, aż Erina podała chustkę.

Stojąc tam, czułem się dorosły i mądry, chociaż moje policzki znów płonęły. Zastanawiałem się, czy spodobałbym się Wiśniewskim w moim nowym, całkiem dżentelmeńskim stroju. Często o nich myślałem. Czasami widywałem je z okna, jak biegały po ogrodzie albo były wsadzane do karet przed rezydencją. Wydawało mi się, że raz któraś rzuciła mi spojrzenie, ale jeśli mnie zobaczyła, to tym razem nie było uśmiechów ani pozdrowień, tylko cień miny pani Wiśniewskiej z owego pierwszego dnia, jakby dezaprobata wobec mnie była przekazywana z pokolenia na pokolenie niczym jakaś tajemna moc.

Po jednej stronie mieszkali więc Wiśniewscy i nieuchwytne, długowłose, rozbrykane Wiśniewskie, po drugiej zaś Langerowie. Ci mieli sześcioro dzieci, chłopców i dziewczęta, ale widywałem je rzadko. Podobnie jak Wiśniewscy, Langerów widziałem tylko wsiadających do karet albo z oddali na polach.

Pewnego dnia, jakoś na początku lata, spacerowałem w ogrodzie wzdłuż kruszącego się, ceglanego muru, ciągnąc po nim patyk. Czasami przestawałem, kucałem i przyglądałem się kwitnącym kwiatom – maką, laką, celozją, a także uwielbianymi przeze mnie liliami – aż natrafiłem na furtkę, łączącą nasze podwórze z dziedzińcem Langerów. Grube drzwi były zamknięte na olbrzymią, zardzewiałą kłódkę, która wyglądała jakby nie otwierano jej od lat. Gapiłem się na nią przez chwilę, ważyłem w dłoni, kiedy nagle usłyszałem natarczywy, dziewczęcy szept.

– Ej, ty tam. Czy to prawda, co mówią o twoim ojcu?

Głos dobiegał zza furty, chociaż umiejscowiłem go dopiero po chwili, przez którą stałem wstrząśnięty i niemal zmartwiały ze strachu. Zaraz potem omal nie wyskoczyłem ze skóry, ujrzawszy w dziurze nieruchome, wpatrzone we mnie oko. Pytanie zostało powtórzone.

– Mówże, zaraz zaczną mnie wołać. Czy to prawda, co mówią o twoim ojcu?

Uspokoiłem się i pochyliłem, aż mój wzrok zrównał się z otworem w furcie.

– Kto tam? – spytałem.

– To ja, Gabi, mieszkam obok.

Wiedziałem, że Gabi, najmłodsze dziecko Langerów, jest mniej więcej w moim wieku.

Słyszałem, jak ją wołają.

– Kim jesteś? – spytała. – To znaczy, jak masz na imię?

– Aiden – odparłem, zastanawiając się, czy Gabi jest moim nowym przyjacielem.

Przynajmniej jej oko wyglądało przyjaźnie.

– Dziwne imię.

– To dalmajskie imię. Oznacza ,,wschodzące słońce”.

– Cóż, to był pasowało.

– Co to znaczy, że ,,by pasowało”?

– Och, sama nie wiem. Po prostu pasuje. Jesteś tylko ty, prawda?

– Jestem jedynakiem – odparłem. – Mieszkam sam razem z matką.

– Niewielka rodzina.

Skinąłem głową.

– Posłuchaj – rzekła znów nagląco – to prawda czy nie? Czy twój ojciec był taki, jak o nim mówią? Tylko nie próbuj mi tu kłamać, widzę twoje oczy. Od razu poznam, jak skłamiesz.

– Nie lubię kłamać. Nie wiem nawet, kim są ,,oni’’, ani jaki on według ,,nich’’ był.

Ogarnęło mnie dziwne i niezbyt przyjemne uczucie: że gdzieś tam istnieje wyobrażenie o tym, co ,,normalne’’ i że my, Edgardenowie, do niego nie pasujemy.

Być może właścicielka oka usłyszała coś w moim głosie, bo pośpiesznie dodała:

– Przepraszam… wybaczy, jeśli powiedziałam coś niegrzecznego. Byłam po prostu ciekawa, to wszystko. Widzisz, krąży plotka, niezmiernie ekscytująca, jeśli prawdziwa…

– Jaka plotka?

– Pomyślisz, że to głupstwo.

W przypływie odwagi nachyliłem się do dziury i spojrzałem na nią, oko w oko.

– O co ci chodzi? Co ludzie mówią o ojcu?

Zamrugała.

– Mówią, że był on…

Nagle za nią rozległ się jakiś hałas i usłyszałem rozgniewany, męski głos:

– Gabi!

Gabi, wystraszona, odskoczyła do tyłu.

– A niech to – szepnęła pośpiesznie. – Muszę iść, wołają mnie. Zobaczymy się jeszcze, mam nadzieję?

Z tymi słowami zniknęła, a ja zostałem z zagadką, co miała na myśli. Jaka plotka? Co ludzie mówią o naszej małej rodzinie? Kim był mój ojciec?

Jednocześnie przypomniałem sobie, że lepiej się pośpieszyć. Było już prawie południe – niebawem mieli przyjechać do nas goście.

 

Koniec rozdziału 2

Napisał: Heldeus

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Rafał Łoboda 4 dni temu
    Hej
    Literówka w tytule razi.
    "tylko cieć miny pani Wiśniewskiej " - cieć? To dopiero zabawna literówka.
    "kwitnącym kwiatom – maką, laką, celozją, a także" - nie makom, lakom, celozjom?
    "nasz podwórze" - nasze
    "stałem stałem wstrząśnięty" - powtórzenie
    "To Dalmajskie imię" - czemu z dużej?
    "Mieszkam sam razem z matką." - to mieszka sam czy z matką?
    "Przepraszam… wybaczy," - wybacz
    "W przypływie odwagi nachyliłem się do dziury i spojrzałem na nią, oko w oko." - to wcześniej gdzie patrzył? Bo już widział oko.

    Jak już napiszesz tekst, niech odleży parę dni, a potem przeczytaj go jeszcze raz, bo większości tych błędów można uniknąć powtórną lekturą.
    Trochę mało tekstu jak na rozdział. To zaledwie rozmowa, która nic nie wnosi, nie dowiadujemy się niczego nowego prócz imienia sąsiadki.
    Pozdrawiam
  • Heldeus 4 dni temu
    Jeśli miałby Pan dla mnie jeszcze jakieś rady, wskazówki lub cokolwiek, z wielką chęcią ich wysłucham.
  • Heldeus 4 dni temu
    Dziękuje za radę oraz wskazanie błędów, Panie Rafale. Jestem amatorem jeżeli przychodzi o pisanie i dopiero uczę się jak to robić, aby było dobrze. Zgodzę się również z Panem, że opublikowane przeze mnie opowiadanie nie jest rozdziałem, a raczej następnym akapitem poprzedniego numeru, do którego serdecznie Pana zaprasza.
    Jeszcze raz dziękuje za radę i że w ogóle przeczytał Pan moją pracę.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania