Aiden Księga pierwsza: Rebelia – rozdział 12

20 czerwca 3150

Bardia, w pobliżu rzeki Don

 

Wykonane. Znaczy się – zabójstwo. I choć nie obyło się bez komplikacji, egzekucja przebiegła sprawnie w tym znaczeniu, że on nie żyje, a ja pozostaję niewykryty, mogę więc sobie pozwolić na odrobinę satysfakcji z wykonania zadania.

Nazywał się Lucas von Ziegler ; czterdzieści dwa lata, zamieszkujący północno-wschodniej części Crificu, gdzie znajduję się jego willa, bezdzietny ani żonaty. Z przebiegu mojego śledztwa wynikało, że zarządzał portem i targowiskiem łaskawą ręką, a dzisiejsze obserwacje dowodziły, że cieszył się pewnym poparciem, nawet jeśli nieodłączna obstawa sugerowała, że nie zawsze tak bywało.

Czyżby był zbyt łagodny? Jin tak właśnie uważał, zbadał sprawę i w końcu odkrył, że Lucas posuwał się do mniej cywilizowanych metod zarobków. Łupił i wykorzystywał ciężką prace dalmajczyków, którzy pod przymusem miecza, musieli dla niego wypłacać wysokie daniny. Wysłano mnie do Crificu. Śledziłem go. A wczoraj wieczorem spakowałem się i wyszedłem z zajazdu po raz ostatni, brukowanymi ulicami kierując się do jego domu.

Gdy już dotarłem na miejsce na niebie wznosił się księżyc, zapalono latarnie na ulicach, które przepełniali ludzie. Obszedłem jego dom kilka razy, obmyślając możliwe drogi ucieczki, gdyby naszła konieczność szybkiej ucieczki. Dom strzegło łącznie siedmiu wartowników: dwóch przed frontową bramą, dwóch maszerujących po północnej i południowej części ogrodzenia, a także jeden z tyłu, pilnujący furtki z tyłu. Byli to dobrzy ludzie, których nie chciałem zabijać – chyba, że w ostateczności – musiałem znaleźć inny sposób, aby wejść do środka. Zabrałem więc ze sobą mój ser i ruszyłem do działania.

– Tak? – spytał wartownik, który otworzył drzwi.

– Mam ser – odparłem.

– Czuję go aż stąd.

– Mam nadzieję przekonać pana Lucasa, żeby pozwolił mi go sprzedawać na bazarze.

Strażnik zmarszczył nos.

– Pan Lucas zajmuje się przyciąganiem klientów na targ, a nie ich odstraszaniem.

– Ktoś o bardzo wyrafinowanym podniebieniu mógłby się nie zgodzić, panie.

Wartownik zmrużył oczy.

– Twój akcent. Skąd jesteś?

On pierwszy zakwestionował moje dalmajskie obywatelstwo.

– Pochodzę z Mons Arietem¹. – odparłem z uśmiechem – Tam ser jest jednym z najsłynniejszych towarów.

– Twój ser będzie musiał się bardzo postarać, żeby przewyższyć ser Vareli.

Nie przestawałem się uśmiechać.

– Jestem przekonany, że jest lepszy. I z pewnością pan Lucas się za mną zgodzi.

Strażnik wyglądał na pełnego wątpliwości, ale odstąpił na bok i wpuścił mnie do przestronnej sieni, w której – choć noc była ciepła – panował chłód, niemal zimno. Była skromnie urządzona, stały tam zaledwie trzy krzesła i stolik, na którym leżały karty. Zerknąłem na nie. Z zadowoleniem zobaczyłem, że rozdano je na pikiety; a ponieważ jest to gra dla dwóch osób, zapewne w pobliżu nie było więcej strażników.

Pierwszy wartownik nakazał mi położyć zawiniątko z serem na stole, a ja skwapliwie go posłuchałem. Drugi cofnął się, z ręką na głowni miecza, podczas gdy jego kompan mnie obszukał, dokładnie obmacując ubranie. Potem zajrzał do torby, którą miałem na ramieniu, gdzie trzymałem kilka monet i pamiętnik, ale nic poza tym. Nie miałem przy sobie broni.

– Nie jest uzbrojony – powiedział pierwszy strażnik, a drugi pokiwał głową. Pierwszy wskazał mój ser. – Rozumiem, że chcesz, by pan Lucas go spróbował?

Z entuzjazmem pokiwałem głową

– Może ja spróbuje pierwszy? – powiedział tamten, przyglądając mi się uważnie.

– Miałem nadzieję zachować cały dla pana Lucasa – odparłem ze służalczym uśmiechem

Wartownik prychnął.

– Masz go pod dostatkiem. Może sam go spróbujesz.

Zacząłem protestować.

– Ale miałem nadzieję, że zachowam go...

Żołnierz położył rękę na mieczu.

– Spróbuj – rozkazał. Pokiwałem głową.

– Oczywiście, panie – powiedziałem, rozwinąłem ser, uszczknąłem nieco i zjadłem. Strażnik kazał mi zjeść jeszcze jeden kawałek, co zrobiłem, starając się miną zasugerować jego niebiański smak.

– A skoro już jest napoczęty – rzekłem, podsuwając im pakunek – wy też możecie spróbować.

Strażnicy popatrzyli po sobie, aż w końcu pierwszy się uśmiechnął, podszedł do grubych, drewnianych drzwi na końcu korytarza, zapukał i wszedł. Po chwili wrócił i gestem zaprosił mnie do komnaty Lucasa

W środku panował mrok, a powietrze było ciężkie od perfum. Kiedy weszliśmy, pod niskim sufitem zafalował łagodnie jedwab. Lucas siedział przy biurku, plecami do nas z rozpuszczonymi długimi, czarnymi włosami, w nocnej koszuli. Pisał coś w blasku świecy.

– Czy mam zostać, panie Lucas? – spytał wartownik

Lucas się nie odwrócił.

– Jak mniemam, nasz gość nie jest uzbrojony?

– Nie, panie – powiedział żołnierz – chociaż smród jego sera wystarczy, żeby powalić armię.

– Florianie, dla mnie ten zapach to pachnidło – roześmiał się Lucas. – Wskaż, proszę, naszemu gościowi miejsce, aby usiadł, za chwilę podejdę.

Usiadłem na niskim stołku przy wygaszonym palenisku. Lucas osuszył stronicę książki i podszedł, po drodze zabierając mały nożyk ze stolika.

– A więc ser? – Uśmiech uniósł jego cienki wąsik. Lucas podciągną koszule nocną i usiadł na drugim niskim stołku naprzeciwko mnie.

– Tak, panie – odparłem.

Popatrzył na mnie z uwagą.

– O? Powiedziano mi, że pochodzisz z Koziej Góry, ale słyszę po twoim akcencie, że jesteś to nieprawda. Pochodzisz z Vasylu, może?

Wzdrygnąłem się z zaskoczenia, ale jego szeroki uśmiech powiedział mi, że nie mam się czym kłopotać. Przynajmniej jeszcze nie teraz.

– A ja myślałem, że sprytnie ukrywam swoje pochodzenie – powiedziałem z uznaniem – Pan zaś mnie przejrzał.

– I to jako pierwszy, dlatego wciąż masz głowę na karku. Nasze narody nie przepadają za sobą, nieprawdaż?

– Cała Bardia jest pogrążona w wielkim konflikcie,panie. Jednak wieże, że pewnego dnia uda nam się zawiesić broń i zacząć żyć w zgodzie ze sobą.

Lucas parsknął śmiechem, a jego oczy zatańczyły.

– Nie mówisz prawdy, przyjacielu. Chyba wszyscy w tym kraju wiedzą czym jesteście oraz jakich zbrodni dokonywaliście za czasów króla Hadriana. Nie macie już własnego państwa, więc postanowiliście okupować mój.

– Czy mam się zacząć martwić o swoje bezpieczeństwo, panie?

– Ze względu na mnie? – Lucas rozłożył ręce i uśmiechnął się krzywo, z ironią. – Chlubię się tym, że jestem ponad małostkowe interesy naszych narodów, przyjacielu.

– A zatem komu pan służy, jeśli wolno wiedzieć?

– Ależ mieszkańcom tego miasta, oczywiście.

– A komu zaprzysiągł pan wierność, jeśli nie królowi Felixowi II?

– Władzy, która stoi ponad nim, przyjacielu – powiedział z uśmiechem Lucas, stanowczo ucinając temat i skupiając uwagę na zawiniątku z serem, które położyłem przy kominku – Musisz mi wybaczyć, bo nie mam pewności – podjął. – Ten ser pochodzi z Koziej Góry czy dawnego Vasylu?

– To mój ser, Moje sery są najlepsze, nieważne, z jak daleka pochodzą.

– Dość dobre, by konkurować z Varelą?

– A może sprzedawać je razem z nim?

– I co dalej? Będę miał na głowie kłopot, niezadowolonego Varelę.

– Tak, panie.

– Taka sytuacja może nic nie znaczyć dla ciebie, panie, ale podobne rzeczy codziennie spędzają mi sen z powiek. A teraz niech skosztuję tego sera, zanim się roztopi, co?

Udając, że jest mi gorąco, poluzowałem chustę na szyi, a potem ją ściągnąłem. Niepostrzeżenie sięgnąłem do torby i schowałem w dłoni dublona. Kiedy Lucas skupił się na serze, zawinąłem monetę w chustę.

Nóż zalśnił w blasku świecy, gdy mój rozmówca odciął pierwszy plaster z gomółki sera, przytrzymał go kciukiem i powąchał – niepotrzebnie, czułem zapach ze swojego miejsca – a potem wrzucił do ust. Przeżuł z namysłem, popatrzył na mnie i odciął drugi kęs.

– Hm – mruknął po kilku chwilach – Mylisz się, przyjacielu, on nie jest lepszy od Vareli. W istocie smakuje dokładnie tak samo jak ser Vareli – Jego uśmiech zgasł, a twarz pociemniała. Zrozumiałem, że zostałem zdemaskowany. – To jest ser Vareli.

Otworzył usta, żeby zawołać pomoc, a ja używając dublona i chusty, skręciłem jedwab w garotę jednym ruchem nadgarstków, zarzucając mu pętle na głowę i szyję. Jego ręka z nożem wystrzeliła w górę, ale był zbyt wolny i zaskoczony, dlatego nóż ciął jedynie na oślep jedwab nad naszymi głowami. Zaciągnąłem rumal, wbijając monetę zawiniętą w chustę w jego tchawicę i uniemożliwiając mu wydanie jakiegokolwiek dźwięku. Trzymając garotę jedną ręką, rozbroiłem go, rzuciłem nóż na poduszkę, a potem obiema rękami zacisnąłem pętlę.

– Nazywam się Aiden Edgarden – powiedziałem spokojnie, nachylając się do przodu, by spojrzeć w jego wytrzeszczone oczy. – Za zbrodnie przeciwko mieszkańcom Bardi. Za to zostałeś skazany na egzekucję.

Jego ręka unosiła się w daremnej próbie wydrapania mi oczu, ale uchyliłem głowę i patrząc na łagodnie falujący jedwab, czekałem, aż ujdzie z niego życie.

Kiedy było po wszystkim, zaniosłem ciało do łóżka, potem podszedłem do biurka po jego dziennik, jak mi polecano. Był otwarty, a mój wzrok padł na zdanie: ,,Um anders zu sehen, müssen wir zuerst anders denken”.

Przeczytałem je jeszcze raz i uważnie przetłumaczyłem, jakbym uczył się nowego języka; ,,Żeby inaczej widzieć, najpierw musimy inaczej myśleć”

Wpatrywałem się przez kilka chwil w te słowa, pogrążony w głębokich rozmyślaniach, a potem zatrzasnąłem książkę, schowałem ją do sakwy i wróciłem do zadania. Śmierć Lucasa zostanie odkryta dopiero jutro rano, kiedy już dawno będę w drodze do stolicy, gdzie miałem otrzymać następne zadanie od Jina.

 

1. Mons Arietem – łac. owcze góry.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania