Aiden Księga pierwsza: Rebelia – rozdział 1 [Nowe wydanie]

17 stycznia 3138

Darim, posiadłość pana Sundemo

 

Trzy dni temu miałem świętować dwunaste urodziny w swoim domu na Beeston Grove. Los zadecydował jednak to zmienić; zamiast zabaw, rozpakowywania prezentów, czy zdmuchiwania świeczek z urodzinowego tortu są pogrzeby, a spalony dom przypominał poczerniały, spróchniały ząb wśród wysokich, zbudowanych z czerwonej cegły rezydencji wokół placu.

W chwili obecnej mieszkamy w posiadłości pana Sundemo w mieście Darim nieopodal starego młynu. To ładny dom, i chociaż rodzina jest zdruzgotana, zaś nasze życie w gruzach, przynajmniej za to jedno możemy być wdzięczni. Tutaj zostaniemy: w szoku, w zawieszeniu jak spłoszone duchy... do czasu, gdy nie zapadnie decyzja o naszej przyszłości.

W pożodze przepadły moje dzienniki, więc rozpoczynając ten, czuję się, jak bym robił to od nowa. Wobec tego powinienem raczej zacząć od mojego imienia. Jestem Aiden, to gensmalskie¹ imię młodego dżentelmena, którego domem jest Darim i który od urodzenia do nocy sprzed trzech dni wiódł idylliczny żywot, chroniony przed plugastwem innych części miasta. Z Beeston Grove dosyć często widzieliśmy mgłę i dym wiszące nad miastem i jak wszystkim innym przeszkadzał nam smród, porównywalny do zapachu ,,Gnijącej ryby", ale nie musieliśmy brodzić przez potoki mokrego, cuchnącego błota, która przyspiesza nadejście zarazy: dyzenterii, cholery...

– Musisz się ciepło ubierać, Aiden. Bo inaczej dostaniesz gorączki.

Prowadząc mnie przez pola do Venringen, matka zawsze starała się omijać szerokim łukiem nieszczęśników gnębionych kaszlem i zakrywała mi oczy, bym nie oglądał zdeformowanych dzieci. Najbardziej ze wszystkiego bała się choroby. Zapewne dlatego, że z chorobą nie da się negocjować; nie da się jej przekupić złotem ani stawić jej czoła z bronią w ręku, choroba nie zważa na majątek ani pozycję. To wróg nieprzejednany.

Prócz tego, oczywiście, atakuje bez ostrzeżenia. Dlatego co wieczór opiekunki oglądały mnie dokładnie, szukając objaw odry czy ospy. A potem donosiły o moim dobrym stanie zdrowia matce, która przychodziła pocałować mnie na dobranoc. Widzicie, byłem jednym z tych szczęśliwców, którzy mają matkę całującą na dobranoc i takiego samego ojca: rodziców, którzy mnie kochali i moją przyrodnią siostrę Erine, którzy opowiadali mi o biedzie i bogactwie, którzy przypominali mi o moim szczęściu i napominali, żebym zawsze myślał o innych, którzy dokładali wszelkich starań, abym wyrósł na człowieka wartościowego, przydatnego światu. Byłem jednym z tych szczęściarzy. W porównaniu do dzieci, które musiały ciężko pracować na polach albo w warsztatach.

Czasami jednak zastanawiałem się, czy tamte dzieci miały jakiś przyjaciół? Jeśli tak, to – świadom, iż wiodłem wygodniejsze życie niż one – zazdrościłem im jedynie tego: przyjaciół. Ja nie miałem ani jednego, mieszkałem sam z matką, bez ojca ani rodzeństwa, a co do poznawania nowych ludzi – cóż, nie miałem śmiałości. Poza tym był jeszcze jeden problem: coś, co wyszło na jaw, gdy miałem sześć lat.

Wydarzyło się to pewnego popołudnia. Domy na Beeston Grove stoją w niewielkiej odległości jedna od drugiej, więc często widywałem sąsiadów albo na samym placu, albo na podwórkach za domami. Po jednej stronie mieszkała rodzina, która miała pięć córek, dwie mniej więcej w moim wieku. Wydawało się, że całymi godzinami skakały przez skakankę albo bawiły się w ogrodzie w ciuciubabkę, a ja słyszałem je, siedząc w salonie pod czujnym okiem mojej matki, która jednocześnie była moją nauczycielką.

Tamtego popołudnia moja matka wyszła z pokoju, a ja zaczekałem, aż jej kroki ucichną. Wtedy wstałem znad książek, podszedłem do okna i zerknąłem na ogród sąsiedniego domu.

Mieszkali tam państwo Wiśniewscy. Pan Wiśniewski był sędzią, jak mówiła matka, ledwo pociągając grymas. Wiśniewscy mieli ogród otoczony wysokim, ceglanym murem; mimo drzew, krzewów i rozkwitłej bujnej roślinności jego części były widoczne z mojego okna, widziałem więc małe Wiśniewskie. Tym razem grały w klasy; ułożyły je sobie z młotków do pall-malla, ale nie traktowały gry zbyt poważnie – dwie starsze próbowały chyba nauczyć młodsze jej zawiłości. Powiewając kucykami i kolorowymi, czyściutkimi sukienkami, przekrzykiwały się i śmiały. Czasami dobiegał mnie głos kogoś dorosłego, pani Wiśniewskiej, ukrytej przed moim wzrokiem pod niskimi koronami drzew.

Na chwilę zapomniałem o zadaniach na stole i przyglądałem się zabawie dziewczynek, aż nagle jedna z nich – o jakiś rok starsza ode mnie – jakby wyczuła, że jest obserwowana, podniosła wzrok, zobaczyła mnie stojącego w oknie i wtedy nasze spojrzenia się spotkały.

Przełknąłem ślinę i z wielkim wahaniem podniosłem rękę, by jej pomachać. Ku mojemu zaskoczeniu uśmiechnęła się szeroko. Zanim się spostrzegłem, zawołała siostry; zabrały się w piątkę. Podniecone wyciągały szyję, osłaniały oczy od słońca i wpatrywały się w moje okno, gdzie stałem niczym muzealny posąg – tyle że ruchomy, machający ręką i zaróżowiony lekko ze wstydu. Jednocześnie poczułem przyjemne, ciepłe uczucie czegoś, co mogło być przyjaźnią.

Znikło ono jak mydlana bańka chwilę później, kiedy spod drzewa wyszła matka dziewczynek, która gniewnie spojrzała w moją stronę, nie pozostawiając mi wątpliwości, za kogo mnie uważa – podglądacza albo kogoś jeszcze gorszego – a potem pośpiesznie odpędziła wszystkie córki.

Widziałem już wcześniej to spojrzenie i miałem je spotykać jeszcze wiele razy na placu albo na polach za domem. Pamiętacie, jak pisałem, że moja matka trzymała mnie z dala od nieszczęśników w łachmanach? Tak samo inne matki odsuwały swoje dzieci ode mnie. Nigdy właściwie nie zastanawiałem się dlaczego. Nie pytałem, bo... sam nie wiem, nie miałem powodu, żeby o to pytać; tak po prostu było, a ja nie widziałem, że może być inaczej.

 

Kiedy skończyłem osiem lat, Rubia podarowała mi komplet ubrań jak spod igły i parę trzewików ze srebrnymi klamerkami.

Wyszedłem zza parawanu w nowych butach, kamizelce i fraku. Rubia zawołała jedną ze swoich pokojówek, która powiedziała, że wyglądam zupełnie jak ojciec – rzecz jasna o to właśnie chodziło.

Później przyszli zobaczyć mnie zobaczyć rodzice i przysiągłbym, że ojcu zwilgotniały oczy. Matka nie dbała wcale o pozory i rozpłakała się otwarcie; machała ręką, aż Rubia podała jej chustkę.

Stojąc tam, czułem się dorosły i mądry, chociaż moje policzki znów płonęły. Zastanawiałem się, czy spodobałbym się Wiśniewskim w moim nowym, całkiem dżentelmeńskim stroju. Często o nich myślałem. Czasami widywałem je z okna, jak biegały po ogrodzie albo były wsadzane do karet przed rezydencją. Wydawało mi się, że raz któraś rzuciła mi spojrzenie, ale jeśli mnie zobaczyła, to tym razem nie było uśmiechów ani pozdrowień, tylko cień miny pani Wiśniewskiej z owego pierwszego dnia, jakby dezaprobata wobec mnie była przekazywana z pokolenia na pokolenie niczym jakaś tajemna moc.

Po jednej stronie mieszkali więc Wiśniewscy i nieuchwytne, długowłose, rozbrykane Wiśniewskie, po drugiej zaś Langerowie. Ci mieli sześcioro dzieci, chłopców i dziewczęta, ale widywałem je rzadko. Podobnie jak Wiśniewscy, Langerów widziałem tylko wsiadających do karet albo z oddali na polach.

Pewnego dnia, jakoś na początku lata, spacerowałem w ogrodzie wzdłuż kruszącego się, ceglanego muru, ciągnąc po nim patyk. Czasami przestawałem, kucałem i przyglądałem się kwitnącym kwiatom – makom, lakom, celozjom, a także uwielbianymi przeze mnie liliami – aż natrafiłem na furtkę, łączącą nasze podwórze z dziedzińcem Langerów. Grube drzwi były zamknięte na olbrzymią, zardzewiałą kłódkę, która wyglądała jakby nie otwierano jej od lat. Gapiłem się na nią przez chwilę, ważyłem w dłoni, kiedy nagle usłyszałem natarczywy, dziewczęcy szept.

– Ej, ty tam. Czy to prawda, co mówią o twojej matce?

Głos dobiegał zza furty, chociaż umiejscowiłem go dopiero po chwili, przez którą stałem stałem wstrząśnięty i niemal zmartwiały ze strachu. Zaraz potem omal nie wyskoczyłem ze skóry, ujrzawszy w dziurze nieruchome, wpatrzone we mnie oko. Pytanie zostało powtórzone.

– Mówże, zaraz zaczną mnie wołać. Czy to prawda, co mówią o twojej matce?

Uspokoiłem się i pochyliłem, aż mój wzrok zrównał się z otworem w furcie.

– Kto tam? – spytałem.

– To ja, Gabi, mieszkam obok.

Wiedziałem, że Gabi, najmłodsze dziecko Langerów, jest mniej więcej w moim wieku.

Słyszałem, jak ją wołają.

– Kim jesteś? – spytała. – To znaczy, jak masz na imię?

– Aiden – odparłem, zastanawiając się, czy Gabi jest moim nowym przyjacielem.

Przynajmniej jej oko wyglądało przyjaźnie.

– Dziwne imię.

– To gensmalskie imię. Oznacza ,, wschodzące słońce".

– Cóż, to był pasowało.

– Co to znaczy, że ,,by pasowało"?

– Och, sama nie wiem. Po prostu pasuje. Jesteś tylko ty, prawda?

– I moja starsza siostra, Erina – odpowiedziałem. – Oraz ojciec i matka.

– Niewielka rodzina.

Skinąłem głową.

– Posłuchaj – rzekła znów nagląco – to prawda czy nie? Czy twoja matka była taka, jak o niej mówią? Tylko nie próbuj mi tu kłamać, widzę twoje oczy. Od razu poznam, jak skłamiesz.

– Nie lubię kłamać. Nie wiem nawet, kim są ,,oni'', ani jaka ona według ,, nich'' była.

Ogarnęło mnie dziwne i niezbyt przyjemne uczucie: że gdzieś tam istnieje wyobrażenie o tym, co ,,normalne'' i że my, Edgardenowie, do niego nie pasujemy.

Być może właścicielka oka usłyszała coś w moim głosie, bo pośpiesznie dodała:

– Przepraszam... wybaczy, jeśli powiedziałam coś niegrzecznego. Byłam po prostu ciekawa, to wszystko. Widzisz, krąży plotka, niezmiernie ekscytująca, jeśli prawdziwa...

– Jaka plotka?

– Pomyślisz, że to głupstwo.

W przypływie odwagi nachyliłem się do dziury i spojrzałem na nią, oko w oko.

– O co ci chodzi? Co ludzie mówią o matce?

Zamrugała.

– Mówią, że była jednym z...

Nagle za nią rozległ się jakiś hałas i usłyszałem rozgniewany, męski głos:

– Gabi!

Gabi, wystraszona, odskoczyła do tyłu.

– A niech to – szepnęła pośpiesznie. – Muszę iść, wołają mnie. Zobaczymy się jeszcze, mam nadzieję?

Z tymi słowami zniknęła, a ja zostałem z zagadką, co miała na myśli. Jaka plotka? Co ludzie mówią o naszej małej rodzinie? Kim rzekomo była moja matka?

Jednocześnie przypomniałem sobie, że lepiej się pośpieszyć. Było już prawie południe – pora wracać do nauki.

 

Wyjaśnienia:

 

1. Gensmalowie – [z łac. Gens - naród Animal - zwierzęta] pot. nazywani ,,Mieszańcami", gatunek półludzi dzielący się na wiele odmiennych plemion. Nie posiadają własnego, niepodległego państwa, rozproszona po całym świecie. Głównie zasiedlają kraje południowe (Bardia, Latoria)

 

2. Darim – miasto w południowej części Królestwa Bardi, 150 km od stolicy. Słynie z otwartości i tolerancji wszystkich obywateli królestwa (ludzi, ragorian...), podobno...

Średnia ocena: 4.4  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Iza Luis 7 miesięcy temu
    Wartka narracja, jak u Dumasa, ale zwróć Autorze uwagę na interpunkcję ortografię:
    jak by, sędziom, itd
    To wiedza wczesnoszkolna i łatwo ją pojąć.
    Błędy psują przyjemność czytania, tym bardziej podstawowe błędy. Życzę powodzenia.
  • Heldeus 7 miesięcy temu
    Proszę wybaczyć mój karygodny błąd. Jest mi wstyd, jako człowiekowi studiującemu nauki humanistyczne, że napisałem coś takiego. Błąd ten zostanie natychmiast naprawiony!
    Pragnę również podziękować za poświęcony czas na przeczytanie mojej pracy. Mam nadzieję, że w przyszłych pracach również będziemy mogli porozmawiać.

    Do tego czasu życzę miłego dnia lub wieczoru
  • błękitnypłomień 7 miesięcy temu
    Witam. Zgadzam się z Izą, więc nie ma co powtarzać. Ode mnie - intryguje mnie mieszanie nazw własnych - angielskich z polskimi, ale mam nadzieje, że jest w tym jakiś cel. Zapewne będę śledzić dalszy ciąg.
  • Heldeus 7 miesięcy temu
    Dziękuje na wsparcie, a także za poświęcony czas na przeczytanie opisu. Liczę, że zobaczymy się w następnych komentarzach (może już nie dyskutując o błędach, lecz o fabule).

    Do tego czasu życzę miłego dnia lub wieczoru.
  • błękitnypłomień 7 miesięcy temu
    Heldeus Ja czytam bardziej dla przyjemności, chyba że ktoś chce uwagi, ale to raczej prywatnie przekazuję - o tych nazwach to napisalam, bo jestem po prostu ciekawa, ale nie w kategorii, że jest to błąd, bo do takiej kategorii trudno byłoby to zakwalifikować.
    Mam tylko nadzieję, że odcinki będą regularnie i z większą częstotliwością niż raz na pół roku :))) - bo czasami Autorzy tutaj tak lubi a dręczyć czytających.
    Miłego i do zobaczenia.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania