Akcepatacja

Karin jest jak istniejący w każdej rodzinie- wujek Heniek. Podstarzały amant, roztaczający zapach najohydniejszej wody kolońskiej, zmieszanej z wyziewami spożywanych wczoraj wysokoprocentowych trunków. Do tego od zawsze i na zawsze marynarka- niezależnie od tego, kiedy toczy się akcja z wujkiem w roli głównej- zawsze niemodna.

Więc Karin jest jak taki wujek- brak gustu w ubiorze za to niepohamowany wręcz pęd ku płci przeciwnej w różnym wieku. Choć lata świetności dawno ma już za sobą, w żaden absolutnie sposób, nie przeszkadza mu to przybierać postawy wręcz totalnej opozycji co do tego faktu.

Z wyglądu Karin przypomina oczywiście wujka Heńka. Nie wiem skąd w tych czasach komuś przychodzi do głowy używanie brylantyny- ale on jej używa w takich ilościach, że nawet po ściągnięciu czepka ochronnego- bo w fabryce sera są one obowiązkowe- włosy dalej świecą. Wprawdzie trochę tracą ze swojej gładkości, bowiem pod wpływem niskiej temperatury zamieniają co niektóre kosmyki w sople, niwecząc efekt.

 

Każdy jego gest, słowo i spojrzenie to dogłębnie opracowana strategia, której celem jest usidlenie kobiety, która akurat znalazła się w zasięgu oddziaływania jego magnetyzmu. Karin zdaje się nie zauważać faktu, iż magnez ma też również właściwości odpychające.

Nie to, żeby zawsze dostawał kosza, zadziwiające, że nie. W ramach kronikarskiej uczciwości, spieszę zaznaczyć, że przez czas, w którym miałam przyjemność przebywać w jego zasięgu- nie jako usidlona- ale współtowarzyszka w pracy - więc dokładnie półtora roku- Karin wdał się w romans z trzema znanymi mi z nazwiska kobietami. Oprócz tego oczywiście Karin ma żonę- chyba jedną no i nie wiem co porabiał popołudniami.

Oczywiście był moment, kiedy zaintrygowana życiem uczuciowym Karina podpytywałam go, chłonąc jego szczątkowe opowieści na temat złamanych kobiecych serc. Niesamowite było to, że w każdej opowieści, to on okazywał się draniem a kobiety wychodziły z relacji z nim – jako płaczące acz silniejsze i pewniejsze swojego miłosnego potencjału.

Kiedyś zapytałam go wprost, czemu ma tylko jedną żonę. Odpowiedział z pełną wdzięku szczerością:

- Popatrz na Ahmeda- tego z pakowni. Przyjechał tu dziesięć lat temu. W Iraku miał trzy żony- i tutaj też ma trzy żony. Tylko, że Ahmed w Iraku był Irakijczykiem a jego żony Irakijkami.

-No ale przecież to akurat też się nie zmieniło. Karin nie ma czasu, poza tym wiesz, że Twój kwiecisty, pełen ukrytych metafor sposób opowiadania na mnie nie działa, no i trzymaj ręce przy sobie, nie lubię czuć ucisku w okolicach pośladków.

Spojrzał na mnie z takim politowaniem, że przez głowę przeleciała mi myśl na temat iluzoryczności mojego homoseksualizmu.

- Chodzi o to, że w Iraku- ciągnął spisując mnie na straty- że w Iraku mąż jest mężem – a tu oj biedny Ahmed- ledwo przyjdzie z pracy to jedna karze mu wynieść śmieci, druga ma pretensje, że zakupów nie zrobił, a trzecią zawsze boli głowa – wiesz co mam na myśli? Przecież tak się nie da żyć. Biedny Ahmed niech Allah się nad nim zlituje.

- Dlatego masz tylko jedną żonę, bo boisz się, że będziesz wynosić śmieci?

- Nie no skąd, ja pomagam żonie w domu, ona teraz myśli, że jest doskonała i jest dla mnie doskonałą żoną – o nic nie pyta i kocha mnie bardzo. Jest dobrze, stać nas na zakupy na wysłanie dzieci na wakacje, a przecież wiesz, że nie pracuję w biurze.

- Czyli po prostu nie stać cię na kolejną żonę? – pytam wprost ciekawa jego reakcji.

- Na ten moment nie- odpowiedział z dziwnym żalem w głosie.

W zasadzie niewiele o sobie mówił. Można było się tylko domyślić, że życie jego w diametralny sposób różniło się od życia przeciętnego Europejczyka płci męskiej. Młodość i większość dorosłego życia spędził w swoim tajemniczym i zdewastowanym kraju. I podobnie jak jego kraj, Karin również miał swoje chwile świetności, dopóki, ktoś nie przyszedł i nie uświadomił mu, że to co on uważa za doskonałość i naturalny bieg życia, kompletnie nie dopasowuje się do reszty świata.

Więc skoro świat, zadomowił się bez pytania w jego domu, on postanowił zadomowić się w świecie.

Trudno było tak do końca zrozumieć nowe zasady, spadnięte na głowę zupełnie niespodziewanie i z hałasem czynionym przez wybuchające bomby. Ale Karin i jego bystrość umysłu, szybko pojęli, że nie ma co szukać dziury w całym, skoro tak naprawdę tylko dziura została.

Postanowieniem na życie poczynionym w wieku dwunastu lat, Karin uzasadniał wewnętrzną transformację – bycie Europejczykiem stało się dla niego sensem życia.

W Europejczyku podobało mu się w zasadzie wszystko, a więc po pierwsze – Europejczyk to nie Irakijczyk. Europejczyk to również nie Karin, ale to mu zupełnie nie przeszkadzało.

Więc oczywiście Karin postanowił wyjechać – nie wiem jak do tego doszło – mimo, że jestem wszechwiedzącym narratorem. Domyślam się tylko, że łatwo nie było.

Nie znając kompletnie jego historii, pracowałam sobie obok niego. Bawiło mnie jego poczucie humoru i wężowatość słów, którymi kusił swoje Ewy.

Nie wiem, ile lat podróżował i gdzie bywał, ale płynnie rozmawiał w języku polskim, zabarwiając go erotycznym akcentem. Przyglądałam się mu z prawdziwą fascynacją, pragnąc posiadać choć połowę jego poczucia własnej wartości, która – według mnie stanowiła o jego sukcesie w podrywie.

Karin się taki musiał po prostu urodzić – myślałam - potem wychowanie –bliskowowschodnie celebrowanie męskość bez różnicy na jej zasadność, no i chyba uwielbienie przez matkę. Oczywiste prawda?

Tyle, że to kłamstwo. Karin był jednym z siedmiu braci i tym akurat najbardziej nieudanym. Nigdy nie przejawiał ochoty angażowania się w ważne sprawy, nigdy też nie miał ochoty biegać z pistoletem. Spędzał całe dnie na marzeniach o mieszkaniu, w którym jest bieżąca woda. Chciał nosić białe koszule i spodnie na kant. Kiedy zaczęło się to wojenne zamieszanie, poznał czym jest nienawiść i nieuzasadnione upokarzanie. Jakaś część jego bardzo się buntowała, jakaś inna – umarła.

No ale w całości Karin jako osoba istniał i istniało marzenie o kranie z wodą ba nawet się rozrosło do absurdalnego pragnienia elektryczności w domu.

I jeżeli nawet nikt w to nie wierzy, kiedy Karin zamieszkał w takim mieszkaniu- jako dumny uchodźca, jego poczucie własnej wartości eksplodowało. Dziwne, że tak to zadziałało – my rozwojowcy wiemy, że nad tym trzeba pracować lata, medytować, oczyszczać traumy- a Karin zbudował wieże własnej wartości na gruzach i traumach, których nawet nie wiedział, że trzeba leczyć. Inni przez praktycznie całe jego życie go niszczyli, wmawiali mu, że jest nikim, że jest terrorystą, że uprawia seks z kozami, że wykorzystuje kobiety, traktując je jak rzeczy. Szydzili z niego i się go bali, co potęgowało szyderstwo.

Normalnie każdy Europejczyk by się załamał – niektóry popełnił by samobójstwo, Karin zbudował imperium.

W jakiś magiczny sposób dotarło do niego, że od jego poczucia własnej wartości, zależy to jacy są inni. Dość szybko zorientował się, że poprzez umniejszanie własnej wartości odbiera się innym ich chęć bycia dobrymi i czułymi. Ponieważ nie przyjmując tego co w nich najlepsze – poprzez ślepą wiarę w to, że się na to zasługuje, powoduję się u nich tylko frustrację i nienawiść. Więc Karin tego po prostu nie robił – przyjmował to co dostawał, nie wiedząc, że w ten sposób staje się prawdziwym mistrzem Zen wśród Irakijczyków zamieszkujących Holandię.

Ale i to nawet nie czyniło go tym kim był w moich oczach – choć przecież to też podziwiam.

Są takie rzeczy w moim życiu, które nieustannie mnie zaskakują. Mimo, że dzieją się co jakiś czas, albo raz na jakiś czas, wydarzają się teraz albo miały swój czas kiedyś– są pewniakami zaskoczeń.

Mogą to być chwile totalnego zrozumienia wszechświata, poczucia jedności ze wszystkimi albo marynarka i koszula Karina w fabryce sera.

Kiedyś sobie zażartowałam, pytając czy wmawia żonie, że pracuje w biurze. Nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął co w oczywisty sposób żart zmieniło w rzeczywistość.

Może dlatego wokół Karina było zawsze dużo kobiet – ta brylantyna, marynarka i niezachwiana wiara w to, że jest tak jak powinno być, i że każda kobieta jest godna skosztowania jego atrakcyjności, czym w niewyobrażalny wręcz sposób emanował.

Nie będę ukrywać, że początki naszej znajomości były dość szorstkie- z oczywistych powodów, zawsze drażnili mnie mężczyźni, którzy mimo ewidentnych smakowych braków, uważali się za najbardziej kremowe ciacha świata – oczywistość powodu o którym wspomniałam– ja tak nie mam. A Karin w swoich oczach był weselnym tortem. Więc zrozumienie jego atrakcyjności, ukrytej przed moimi oczami absolutnie głęboko, zajęło mi naprawdę wiele czasu.

W przeciwieństwie do czasu pani Marzeny, która w ogóle go nie marnowała i pod koniec dniówki, swojego trzeciego dnia pracy, oficjalnie w kącie przebieralni perorowała na temat wspólnych planów, jakie poczynili z Karinem podczas przerwy obiadowej.

Oczywiście wszyscy znający Karina jej gratulowaliśmy, wiedząc, że jej szczęście- jak chyba nikogo na świecie w owej chwili- było ulotne i zależne od tego, ile nowych osób płci żeńskiej w następnym tygodniu zostanie przyjętych do pracy. Pani Marzenka zdawała się ślepa na ewidentny dowód zajętości Karina – niebieski plaster na palcu mógł oznaczać dwie rzeczy – obrączkę, która zgodnie z zasadami higieny pracy musiała być zabezpieczona przed wpadnięciem do opakowania z serem, albo skaleczenie- pani Marzena zresztą jak jeszcze dwie pozostałe kobiety, które znałam wybierała wersję drugą. Szczerze powiedziawszy wszyscy w fabryce lubiliśmy romanse Karina. Dodawały one życia do zmrożonej atmosfery miejsca, w którym spędzaliśmy każdego dnia dziewięć godzin, pozwalając by kolejne lato mijało bezpowrotnie. Mało tego nie czuliśmy nawet, że istnieje taka pora roku, ponieważ niska temperatura hali skutecznie wychładzała ciało, a między jednym dniem pracy a drugim nie wystarczało już czasu na ponowne rozgrzanie. Wszyscy prowadziliśmy więc zimowy tryb życia. Chyba, że stosowało się od wieków sprawdzone metody, w których rzecz oczywista Karin był mistrzem. W każdym razie tak słyszałam a nie mam powodu poddawać tego w wątpliwość.

Mimo ciągłych manewrów miłosnych, Karin pozostawał niewzruszony i wytrwały w swoim dążeniu do zeuropejczykowania siebie- jak to sam określał a do tego brakowało mu tylko kredytu hipotetycznego. W pracy był nienaganny – nigdy nie rozpraszały go stęsknione spojrzenia wymarzniętych współpracowniczek. Pracował a praca była dla niego czystą radością. Wkurzająca postawa – przecież nikt normalny nie lubi fabryki – on lubiał. Uwaga w toalecie była woda – jak można nie lubieć pracować w takim miejscu? Światło elektryczne i bieżąca woda – nie musi nawet kłamać, dzwoniąc do rodziny w Iraku – wszyscy uważają, że pracuje w biurze na wysokim stanowisku, skoro ma takie luksusy więc nie ma sensu zaprzeczać.

Po jakimś czasie, usłyszałam, że zamierza wrócić do Iraku. Kompletnie mi to nie pasowało do niego. Nie wiedziałam, co mam o tym myśleć, w tamtym czasie przez świat przewijała się kolejna fala nienawiści wobec Islamu, ale on nigdy nie był taki jak tamci. Wszyscy o tym wiedzieliśmy i zawsze dawaliśmy mu to do zrozumienia. Nie był naszym przyjacielem, nie był moim przyjacielem, ale ja w ogóle mam mało przyjaciół, poza tym, do Holandii nikt nie przyjeżdża szukać przyjaźni. Do dziś nie rozumiem, dlaczego wyjechał – przed samym wyjazdem, opowiedział mi o swoim domu – jednej izbie bez elektryczności i wody w kranie- w jego opowieści nostalgia mieszała się z nienawiścią. Poraz pierwszy wtedy dostrzegłam też w jego oczach rozczarowanie – nie wiem tylko z czego ono wynikało. Mówił, że pieniądze, które tu odłożył czynią z niego prawdziwego bogacza w jego okolicach. Mówił też, że teraz tam wszystko jest inaczej a on chyba nie wie jak.

Wyjechał. Parę tygodni później ja też zmieniłam pacę. Może Karin zmęczył się Europą, która mimo jego cudownej radości, ciągle przypominała mu o tym, że jest obcy. A może wrócił do siebie, bo dostrzegł, że bez względu na miejsce, w którym przebywa w głębi duszy jest tym kim chce być i nikim więcej nigdy być nie będzie. A może wdzięczność, która biła jego sercem pod prysznicem, wystarczyła by docenić swój porzucony kraj.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • wicus miesiąc temu
    Ciekawa i nieco smutna opowieść. Wiele wskazuje, że w jej tytule pojawia się niepotrzebna literka: "Akcep(a)tacja". Europa zawsze pałała misyjno-kolonizatorskim zapałem i patrzyła z wyższością na resztę świata, i to nam chyba pozostało, choć podstaw do tego mamy coraz mniej. Arabowie tworzą rodziny i mają dzieci, a u nas panuje poważna zapaść demograficzna, cieszą się swoimi świątyniami, my o nich zapominamy i zamieniamy je na różne dziwne miejsca.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania