Akcja 01

- I to jest Zycie!  - powiedzial ..

Przejrzysta Woda, pelne slonce i ta obsluga, to jest to co jest to kochal najbardziej.

- kelner! - zawolal

- jeszcze raz to samo tylko smigiem!

 

Dopijal swojego ulubionego drinka. Long Island, ktorego pierwszy raz sprobowal na statku wycieczkowym.  Zaproponowal mu go kelner, ktorego juz meczylo patrzenie sie, jak sie zastanawial przy wyborze kolejnego trunku. Bylo to polaczenie wodki, ginu, rumu i tequilii z dodatkiem smakow cytrusowych, zalanych cola. Drink stal sie jego ulubionym zanim jeszcze go sprobowal. Cztery w jednym. Od razu spodobala mu sie ta idea. Zazwyczaj, kiedy stal przed barem z wylozynymi na scianach dziesiatkami roznych alkoholow, to nie umial sie zdecydowac. Zastanawial sie wtedy, czy by nie wolal postawic przed soba cala flache czystej i wypic ja w zaciuszu pokoju. A bedac w takich miejscach, wpatrujac sie w blyszczace butelki to tracil glowe, bo chcial sprobowac wszystkiego.

 

Long Island wyleczyl go z tych dylematow. Nie musial juz sie glowic i zastanawiac nad kolejnym wyborem trunku jaki bedzie w siebie wlewal. Dzieki temu mogl w spokoju delektowac sie smakiem i obserwowac jak ta magiczna substancja, jaka jest alkohol, bedzie go wprowadzac w coraz to glebszy stan upojenia.

 

Cieply piasek, palace slonce oraz coraz wiekszy procent alkoholu jaki krazyl w jego krwi powoli nakrecaly w nim pozadany efekt. Tak jak lubial.

Uwielbial to miejsce. Maly, cieply wyspiarski kraj, ktory slynal z wrecz niesamowitej sluzelczej goscinnosci.  Mentalnosc pokolonialna tutejszych ludzi byla wyczowalna zwlaszcza u kobiet o przepieknej egzotycznej urodzie, ktore tylko na pozor udawaly niedostepne. Alkohol, slonce i kobiety. Trzy powody, dla ktorych tutaj chetnie wracal.

-Kel-ner - wykrzyknal

-... gdzie jest moj Long Island!

 

Spogladal w strone baru, zbudowanego tuz przy plazy. Lekka konstrukcja z bambusa, okryta daszkiem z lisci palmowych. Lokalsi odbudowywuja pewnie go co roku tuz po tym jak minie okres silnych deszczy i wiatrow, byle tylko zdazyc przed najazdem turystow. Zielone jeszcze liscie swiadczyly o tym, ze pora deszczowa minela calkiem niedawno.

 

Przy barze siedziala kobieta. Odwrocila sie zainteresowana jego wolaniem. Obdarowala go spojrzeniem, ktore trwalo troche dluzej niz to jakie sie rzuca, aby zaspokoic odruchowa ciekawosc.

 

Byla przepiekna. Miala nietyowa urode. Rysy twarzy troche lagodniejsze niz u innych mieszkancow wyspy, a skora, znaczenie jasniejsza niz moznaby sie spodziewac. Byla mulatka. Pewnie byla wynikiem letniej milostki sprzed ponad dwudziestu lat. Sprawka jakiegos europejczyka, pewnie robotnika, ktory uwiodl tutejsza dziewczyne wymachujac dolarami jakie wydawal po przepracowanym miesiacu.

 

Wyjela papierosa z torebki i zaczela szukac zapalniczki.

- oczywiscie, ze jej nie znajdziesz - mruknal do siebie

 

Pogrzebala troche w torebce, rozejzala sie po barze, po czym unisla reke w gescie zwatpienia. Wyrazenie afiszowala, ze jest w potrzebie.

W koncu dziewczyna odwrocila sie za siebie i znow rzucila spojrzenie w jego strone.

John signal po paczke papierosow, z ktorej wyjal zapalniczke i podniosl ja do gory. Dziewczyna usmiechnela sie i powoli odwrocila spowrotem, udajac brak zainteresowania.

John probowal powstrzymac usmiech jaki cisnal mu sie na usta. Czul ten euforyczny stan, podniecenie wywolane tym, ze wzbudzil zainteresowanie tak pieknej i do tego znaczenie mlodszej od siebie kobiety.

 

Byl fizycznie atrakcyjny. Dobrze zbudowany przystojny facet o silnych rysach twarzy. Moze troche malo wygadany, ale nie musial zbytnio sie wysilac, zeby kobiety zwracaly na niego uwage. Przyciagala ich jego myskulatura. A kiedy go poznawaly blizej to, ta jego skrytosc stawala sie nawet atrakcyjna. W polaczeniu z pewnoscia siebie, ktora czesto byla odbierana przez nie jako obojetnosc przyciagal jeszcze bardziej.

Wiedzial co bedzie dalej. Cieszylo go to. Dopil swojego drinka i zawolal

- kelner... Postaw mojego drinka na barze.

 

Kiedy podnosil sie z recznika poczol bezwlad jaki ogarnal jego noge. Nie mogl jej zgjac. Noga byla jakby sparalizowana i nie mial nad nia wladzy. Cos jakby przyssalo go do recznika...

- Aughh...  - jeknal przez zeby

- Zaraz mi kolana pekna

 

Lezal na cienkiej karimacie, przez ktora przebijala sie nierowna posadzka. Przeszywajacy bol jaki rozlal sie po calej nodze przegonil niezapomniane wspomnienia, do ktorego chetnie wracal podczas nudnych misji.

Lezal na wznak juz od ponad dwudziestu godzin. Wystarczajaco dlugo, aby coraz trudniej znosic niewygody. Wczesniej, lekko wyczuwalne wglebienia i wybrzuszenia nierownej posadzki nie stanowily zadnego problemu, a karimata wydawala mu sie wtedy nawet wygodna. Teraz po tylu godzinach lezenia w tej samej pozycji mial wrazenie, ze ma pod soba nierowny, pofaldowany, surowy beton, na ktorym lezy gola skora. Palacy bol, zwlaszcza lewej nogi byl niedozniesienia. Prawa noge mial zgieta w kolanie, dzieki czemu staw nie byl tak napiety.

- Agh... - jeknal ponownie

Puscil karabin i pomasowal sie po kolanie. Rozruszal zdretwiale cialo i ulozyl sie inaczej.

 

Spowrotem wpatrywal sie skupiony w lunete swojego ulubionego karabinu snajperskiego M40.

Z opuszczonego pokoju na piatym pietrze mial idealy widok na hotel naprzeciwko. Dystans piecdziesieciu metrow jaki go dzielil byl niewielki. Szanse powodzenia zadania, ktore mial wykonac oszacowal wczesniej na sto procent. Znal dobrze swoja bron bo byl strzelcem wyborowym. Jego M40 lezal w jego rekach jakby byl dospawany. Znal jego ksztalt na pamiec i potrafil nim operowac w calkowitej ciemnosci. Jego ulubiona bron, z ktora sie nie rozstawal od czasow, kiedy byl w wojsku. Nie bral pod uwage tego, ze kula nie trafi celu. Uwazal nawet, ze jest to robota dla amatora. Nawet nie musial kalkulowac wplywu warunkow na tor kuli. Wilgotnosc, czy wiatr nie mogly wplynac w zaden sposob na lot pocisku, bo w tak krotkim czasie nie mialy szans, aby zmienic parametrow lotu. Juz nie mowiac o wplywie grawitacji. Pocisk po wystrzale pedzi z predkoscia do tysiaca metrow na sekunde i te odleglosc pokonuje niezauwazalnie. Od tak, szybciej niz mrugniecie okiem. 

 

Obawial sie czegosc innego. Jeszcze godzina i zacznie sie sciemniac. Bliskosc celu, ktora za dnia ulatwiala mu zadanie, w nocy moze je skomplikowac. Wystarczy, ze przypadkowa osoba akurat spojrzala by w jego kierunku, a tlumik jaki mial zalozony na lufe, moglby byc niewystarczajacy. Zgielk ulicy moglbybyc byc niewystarczajacy. Nie wspominajac juz o rozblysku wystrzalu jaki bedzie widoczny pozna pora.

Ponadto skropulatnie zaplanowana droga ucieczki w nocy bylaby trudniejsza. Przeszkoda bylby brak swiatel, bo budynek byl opuszczony i prad doprowadzony do budynku zostal odciety.

 

- Za drzwiami w lewo, potem dwdziescia krokow

-.... jak mine czwarte drzwi z drewniana rama to w prawo po schodach na dol. Trzymaj sie balustrady. Po osiemnascie schodow, razy dwa na jedno pietro..

-... Potem holl, dlugi na dwdziescia metrow, na srodku stoi sofa..

- nie... , juz jej tam nie ma. Przeciez ja przesunalem za prawa strone. I w koncu drzwi wyjsciowe, ktore powinny byc widoczne.

 

Zapamietal caly uklad, ktory powtarzal sobie dla przypomnienia. Droge ucieczki ktora poprzedniego dnia pokonal cztery razy z zamnknietymi oczami, tak od wypadku, gdyby musial pokonywac ja po zmroku. Spakowanie broni i karimaty, potem droga ucieczki nie powinny zajac mu dluzej niz dwie minuty. Wystarczajaco duzo czasu na ucieczke, zanim ktokolwiek sie zorientuje co sie stalo.

- Widzialem, ze tak bedzie - powiedzial do siebie

- kurwa, czemu cel sie nie pojawia!!

Odetchnal gleboko kilka razy

- dobra... Spokojnie...

- przeciez to dopiero pierwsza doba.

 

Przypomnial sobie jak kiedys musial lezec trzy dni i trzy noce w Afganskich gorch. W dzien temeratura dochodzila do czterdziestu stopni celcjusza, a w nocy spadala do zera. Teraz wydawalo mu sie, ze tamte zadanie bylo prostrze, a przeciez porownujac te miejsca do siebie, to stary hotel zdecydowanie dostalby wiecej gwiazdek.

- Czyzby wspomnienia trudow tamtej misji juz sie zatarlo? - zadal sobie pytanie

 

Czas odegral jeszcze jedna role. John nie byl juz mlodym, gipkim 25 latkiem. Dochodzil do czterdziestki i wiadomo, ze gorzej znosi takie rzeczy. Cialo w tym wieku znacznie szybciej odczuwa niewygody. Tej mysli akurat nie dopuszczal do siebie. Wierzyl w to, ze jest w najlepszej dyspozycji w jakiej byl. Czul, ze jest niedozatrzymania.

- Wez sie w garsc! No dawaj!

 

Probowal myslami wrocic do cieplych wysp, ale jakos wspomnienie to wymykalo mu sie. Zreszta nie wszystko bylo w nim prawdziwe bo czesc byla fikcja. Tak, byl na tej wyspie, tak popijal swojego ulubionego drinka i byla tam tez dziewczyna. Tyle, ze nie podrywal jej tak jak to sobie wyobrazal. Stworzyl w swojej glowie fikcje bo z tysiecy rzeczy, na ktorych sie znal, z setek umiejetnosci ktore posiadl, zdobywanie kobiety nie wychodzilo mu najlepiej.

Byl twardzielem z krwi i kosci. Grubianskim i szorstkim, maszyna do zabijania. Uwazal, ze podchody do kobiet wymagaja wglebiebia sie w ich umysl czego nie chcial i uwazal, ze to tylko skomplikuje mu zycie. Nie musial wysluchiwac fochow, roszczen. Dzieki temu moglbyc soba. A poza tym myslal, ze to go moze tylko zmiekczyc, a przy jego profesji bylo to niedopuszczalne. Te wszystkie milostki, czulostki, to cale kupowanie kwiatow. Gardzil takimi rzeczami. Nie pozwalal sobie na takie emocjonalne rolercostery i dlatego kozystal z uslug profesjonalistek. Placil, kiedy mial potrzebe. Prosta tranzakcja z obopulna korzyscia. Bez zbednych komplikacji, poprostu placil i wychodzil.

 

Spojrzal na zegarek. Wskazowka powoli zakanczala obrot po tarczy.

- 5...4,,,3...2...1

Szybkim ruchem obnizyl lufe karabinu i wycelowal ja na dzwi wejsciowe do hotelu. Poczekal dwie sekundy. Wystarczajaco dlugo, aby zaobserwowc wszystkie detale. Potem w prawo wzdluz chodnika, nastepnie w lewo. Przeczytal rejestracje z dwoch zaparkowanych samochodow. Nastepnie podniosl karabin i przelecial wzdluz dachu i spowrotem wymierzyl w okno na trzecim pietrze. Spojrzal na zegarek. Minelo 25 sekund.

- Calkiem niezle - pomyslal

 

Urozmaicalo mu ta nudna obserwacje i pozwalalo mu zachowac pelna gotowosc.

Firanka wisiala dalej bez ruchu. Zaczal sie zastanawiac nad tym, ze hotele sa jedynymi z niewielu miejsc, gdzie na oknach wiesza sie jeszcze dlugie ciezkie firany. Element dekoracyjny, ktory jest wypierany przez rolety i inne zaluzje. Lubil sie patrzec na firanki. Zapamietywal na nich wzory, ktore ukladaly sie w kolka, rosliny i inne ksztalty. Dobrze mu sie kojarzyly sprawiajac, ze sie uspokajal. Moze przywolywaly w nim jakies zapomniane wspomnienie z dziecinstwa, z lata, jakie spedzal w domu u swojej babci.

Nie to chyba nie to. Zasmial sie do siebie, bo skojarzyl gdzie je jeszcze widuje.

- Tak.. To musi byc to...

Przypomnial sobie dziesiatki domow publicznych, w ktorych byl stalym bywalalcem i ciezkie pofalowane firany, otulone tlustymi zaslonami, szurajacymi po podlodze.

 

Nagle dostrzegl ledwo zauwazalny ruch. Na sekunde firanka nadymala sie nieznacznie i wrocila na swoje miejsce.

Skupil sie jeszcze mocniej. Firanka nie poruszyla sie tak jakby ktos ja odchyli, wygladala jak zagiel, ktory na chwile zlapala odrobine wiatru.

Zatem musiala pchnac ja roznica cisnien jaka powstaje kiedy ktos otwiera okno albo dzwi po drugiej stronie. W tym budynku okna apartamentow byly wystawione frontem na aulice, albo na tyl w strone ogrodow. Pomiedzy byl korytaz. Zatem ktos otworzyl drzwi. Efekt tym bardziej mocniejszy im bardziej starszy budynek, gdzie szczeliny w oknach sa wieksze, pozwalajac na przeplyw powietrza.

 

Mial racje. Po chwili w oknie zapalilo sie swiatlo.

W jednej chwili umysl Johna przelaczyl sie ze stanu czuwania w stan wyzszej gotowosci. Adrenalina uwolniona w ulamku sekundy wyostrzyla jego zmysly.

 

- aaa... Kotki dwa... Szarobure obydwa..

- nic nie beda robily. Tylko ciebie bawily

 

Wynucil te slowa ciezkim, ochryplym szeptem. Jakze ironicznie brzmiace, aczykolwiek pasujace do tej sytucji. Z ta roznica, ze cel mial juz sie nie obudzic.

- aaa... Kotki dwa... Szarobure obudwa..

- jak sie kotki rozigraly, to dziecine kolysaly.

 

Powtarzane jak mantra, slowa te, pozwalaly mu sie lepiej skupic. Z kazda kolejna zwrotke wpadal w coraz to glebszy trans. Nic sie dla niego juz nie istatnio. Jego calym swiatem stal sie jego karabin, punk ktory obserwowal i zmysly, wytrenowane przez te wszystkie lata, ktore podswiadomie skanowaly otoczenie.

Liczylo sie tylko wykonane zadanie. On, jego karabin i cel. Nic innego nie istnialo. Nic go nie moglo juz powstrzymac.

 

W pokoju naprzeciwko otworzyly sie drzwi balkonowe na ktore weszla postac w dlugim plaszczu. Byla to kobieta.

Glowe miala spuszczona w dol. Jej mowa ciala wyraznie wskazywala, ze miala dlugi dzien.

- napewno nie byl trudniejszy niz moj. - wyhihral John

- to musi byc moj cel. Podnies glowe musze miec pewnosc..

- pokaz sie.

 

Kobieta powoli zdjela kaptur, oslaniajac  swoje ramiona. Miala na sobie biala lekko przezroczysta koszulke, przez ktora dalo sie dostrzec zaryz jej smuklej sylwetki. Szeroko rozpostarla sie na barierkach i zlapala gleboki oddech. Zarysowala sie jej cala sylwetka co jeszcze bardziej uwypiluklilo jej jedrny biust. Na lewym ramieniu bylo widac czarne ramiaczko od stanika. Poprawila wlosy odchylajac je na jedna stone. Chyba kazdy facet lubi patrzec na kobiete wykonujaca te magiczna czynnoosc. Pelne usta pomalowane czerwona szminka unosily sie lekko w swych koncikach uwydatniajac policzki. Byla sliczna.

 

- Co za strata dla ludzkosci. - westchnal

- potwierdzam. To moj cel. - powiedzial do siebie

John poprawil ostrosc lunety. Twarz jej w obiektywie wyostrzyla sie jeszcze berdziej. Dwie krotkie, przecinajace sie kreski idealnie wskazywaly punkt na jej czole.

John wzial gleboki oddech i powoli go wypuszczajac, delikatnie dociskal spust.

 

- aaa... Kotki dwa... Szarobure obudwa..

 

W tym momencie dostrzegl jej oczy. Piekne, duze, ciemno brazowe oczy rozgladaly sie we wszystkich kierunkach. W koncu kobieta uniosla glowe i znieruchomiala. Wyraz jej twarzy zmienil sie nabierajac takiej specyficznej ostrosci a jej oczy, skupily sie w koncu na tym co chialy znalezc.

-To jest niemozliwe! ona mnie nie moze widziec!

 

John jako wyszkolony snajper potrafil zakamuflowac sie w kazdym terenie. Czy to las, czy pustynia nie mialo to znaczenia. Tym bardziej miasto i opuszczony hotel byly idealne do tego typu operacji.

 

- Ona sie tu patrzy..!

...

- Jakim cudem?

- zreszta to juz nie ma znaczenia zaraz bedzie po wszystkim...

 

Wzial kolejny oddech i znowu zaczal dociskac powoli spust.

Nie potrafil sie juz skupic. Wybity z rytmu wsluchiwal sie w slowa kolasynki, ktore mu wybrzmiewally, gdzies w tyle glowy. Teraz zdawaly mu sie calkowicie bezsensu.

 

- dlaczego ona sie tu patrzy!

 

Twarz kobiety nabrala innego wyrazu. Jej piekne oczy, wpatrywaly sie przed siebie, w okno na piatym pietrze.

Wskazujacy palec mial w polowie zatopiony na spuscie. Bron powinna lada chwila wystrzelic...

Mial ja jak na talezu. Wystarczy tylko jeszcze troche zcisnac palec wskazujacy, te pare milimetrow. Lecz nic takiego nie nastepowalo.

Sposrod tylu czynnosci, ktore wykonal tej pory, tej ostatniej nie mogl wykonac.

Wpatrywal sie w lunete i nie mogac sie nadziwic tej sytuacji. Jakims cudem kobieta patrzyla sie prosto na niego.

Mial duzo czasu na to aby to zakonczyc. Wpatrywal sie jedynie w jej piekne oczy, jakby byl zaczarowany. Jakby jakas nieznana sila za niego podjela decyzje, zeby nie dociskac palca.

 

Odprowadzil wzrokiem kobiete, ktora weszla spowrotem do srodka.

 

.... Koniec...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania