Albo to. Albo to.
– No, to patrz! – postawiłam nogę na krześle i powolutku podciągałam nogawkę dżinsów.
– Tatuaż?! – zawołał zdziwiony. Pokręciłam głową i dalej, milimetr po milimetrze, odsłaniałam widok mojej nowej, kociodachowcowatej, czyli w jasno i w ciemnoszare prążki, mięciutkiej, troszkę kosmatej, bo z odrobiną wełny, skarpetki.
I nagle:
– Cha, cha, cha! – zaśmialiśmy się razem.
– Kokardka!
– No właśnie! Jeszcze nigdy takiego czegoś nie miałam. A teraz mam. Ale to nie wszystko. Spójrz na ściągacz. To falbanka! Wiesz, jak długo szukałam sobie nowych skarpet? No... To kupiłam od razu cztery pary.
– A teraz ty patrz – powiedział i pochylił się, pokazując czubek głowy.
– Ale, że co?
– No...
– Nie wiem. Co – no?
– Gosiu! – Spojrzał z wyrzutem. – Czy nie widzisz, jak ładnie się ostrzygłem? Sam. Nową maszynką. Ponownie pochylił głowę:
– Dotknij.
Przesunęłam ręką po włosach. W górę, w dół.
– Masz włosy jak zdechły kret.
– Jak co?
– Jak zdechły kret. Ale usiądź. – Zdjęłam nogę z krzesła. Usiadł, a ja obok. – Kiedyś chodziłam po podwórku z szufelką i patykiem, szukałam w trawie psich kup. I wtedy go zobaczyłam. Leżał biedny, martwy. Wsunęłam ciałko na szufelkę i długo mu się przyglądałam. Moje pierwsze spotkanie z kretem. Akurat takie. Pogłaskałam palcem jego futerko. Było miękkie jak twoje włosy.
– Zakopałaś go?
– Nie. Wyniosłam na łąkę i rzuciłam w kępę wysokiego zielska.
– Było trzeba w pokrzywy. Nie lubię kretów.
– Dlaczego? Masz ogród? Przeorały ci podwórko?
– Nie, nie o to chodzi. Wiesz, że czytam małej baśnie. Nie lubię kreta za to, że spojrzał z pogardą na martwą jaskółkę.
Następnego dnia przyniósł do pracy Andersena.
– O, tutaj – powiedział sam do siebie i zaczął czytać na głos. Dla mnie. Odwróciłam się do okna, żeby nie widział, że się wzruszyłam. Patrzyłam na drzewa, a one rozpływały się w moich łzach.
– Przeczytaj jeszcze coś – poprosiłam, kiedy skończył. Pojechał spisem treści.
– Może to? A może to? Albo to... Albo to...
W końcu odłożył książkę na bok i powiedział, że już ma dosyć szukania. Powiedział to głośno, używając najmocniejszych wulgaryzmów, jakie znam.
I zabraliśmy się do pracy. Wyglądaliśmy przy tym jak dwie zgarbione, wystraszone myszy. Ani jedno, ani drugie nie odezwało się do piętnastej.
Komentarze (22)
Sztuka dla sztuki? Opowiadania, żeby opowiadać???
Bez oceny, bo nie lubię nikomu psuć - subiektywnie - samopoczucia ;-)
Befano kwiatek też rośnie dla kwiatka. Lecz w wazonie - poświęca swoje życie dla Ciebie.
Kolejny okruch. Bardzo lubię Twoje migawki – do zatrzymania do pomyślenia. Pamiętam, że raz czytałam utwory z głównej z paru dni i były tam dwa okruchy prozatorskie i ze trzy wiersze. Razem stanowiły przepiękną całość.
Poza tym Twoje drobiazgi działają na czytelnika w sposób jaki działa poezja.
Lubię.
PS. Kiedyś uratowałam krecika, który spadł z trawiastej skarpy prosto na jezdnię. Szedł zygzakiem od krawężnika po jednej stronie do drugiej. Samochody mijały go cudem i o włos. Wyczekałam moment gdy był po mojej stronie i jakoś udało mi się go podnieść a właściwie podrzucić z powrotem na trawę. Wkopał się w sekundę i już go nie było. Faktycznie był tak mięciutki i gładziutki, że wręcz aksamitny.
Tjeri, bardzo miło jest czytać, że ktoś lubi akurat takie pisanie. Że lubisz Ty.
To, jak szedł opisany przez Ciebie kret przypomina sposób badania drogi przez niewidomego, z białą laską. Uderza o krawężnik i odsuwa się od niego. I tak idzie chodnikiem, czasem - od krawężnika do krawężnika, gdy dopiero się uczy samodzielnego chodzenia. Kret jednak był na jezdni.
Kiedyś spotkałam na chodniku rudą liszkę. Nawet o tym coś napisałam. Może kiedyś zamieszczę, jak znajdę.
Ach, jak pięknie napisane, szkoda tylko, że nie jestem kobietą, żeby to zrozumieć :)
Narratorze, ja się bardzo cieszę, że jesteś mężczyzną, więc nie żałuj:)
Zwykła chwila przedstawiona jakże niezwykle ??
Andersen to autor smutnych baśni. A tu taka scena z czytaniem Andersena. Dziękuję za komentarz! :)
Jest coś sympatycznego w opowiadaniach TrzyCzwartej, przyznaję.
Miło mi, pozdrawiam, kigja.
Bardzo ciepłe i takie bliskie opowiadanie. Cieszyć się z chwili: kokardką przy skarpetce i przystrzyżeniem włosów. Takie historie napędzają wspomnienia i emocje... spowodowały odkopanie martwej jaskółki i krecika, oraz Andersena. Pamiętam jak czytałam córce, a potem wnukom te baśnie, zawsze wyzwalały szklistość oczu, a nawet płacz. Tutaj czytanie baśni zaowocowało ciszą, w której każdy pewnie rozmyślał o życiu. Obok efektywność dla pracy.
Dziękuję za przypomnienie... pewnie sięgnę po nie. Pozdrawiam
Pasjo, dziękuję za piękny komentarz.
Andersen pokazywał dzieciom prawdziwy świat, a w nim tęsknotę, miłość, cierpienie. Kiedyś byłam jurorką w konkursie literackim dla dzieci, na nowe zakończenie baśni "Dziewczynka z zapałkami". Przeczytałam około 200 prac dzieci w wieku od 8 do 14 lat (były trzy kategorie wiekowe). Ośmioletni Paweł napisał, że zmarzniętą, trzęsąca się z zimna dziewczynkę zobaczył bogaty pan, i...
"Nie namyślając się za długo wziął dziewczynkę na plecy i zaniósł j ą do domu".
To było takie proste! Lecz w baśni nikt tego nie zrobił. Tam rządzili dorośli. Dla dorosłych świat jest bardziej skomplikowany.
Pozdrawiam
Wzbudziłaś we mnie pewne wspomnienia, gdy mama czytała mi "Calineczkę" zawsze płakałam, gdy miała podążać za kretem. Skarpetki ze wstążkami trochę przypomniały mi Szkotów w narodowych strojach. Bardzo sympatyczne opowiadanko!
Pozdrowionka!
No to teraz i ja o szkockim ubranku. O tych spódniczkach w kratę. Czytałam kiedyś grubą powieść w twardych okładkach. Okładki były białe, tytułu nie pamiętam, i dobrze. Powieść była nudna, więc postanowiłam przeczytać jeszcze tylko ostatni rozdział i książkę wynieść na strych, żeby nie obciążała mi półek bez sensu.
I co czytam?
W ostatniej scenie stoi na betonowym wybrzeżu szereg Szkotów w kiltach (chyba to nazwa tych spódniczek), zrywa się wiatr, unosi wszystkie spódnice i odsłania rząd siusiaków we wzwodzie (penisów, fujar, jak kto woli). Podobno Szkoci nie noszą majtek pod kiltem.
Co pomyślałam? Że sam autor mi powiedział na ostatniej str. swojej powieści: "Koniec i bomba, kto czytał, ten trąba!
Pozdrawiam serdecznie:)
Trzy Cztery Się zgadza. Prawdziwy Szkot nigdy nie nosi majtek pod spódnicą. Wyjątkiem są zawody sportowe lub taneczne. Tego przynajmniej wymaga tradycja, choć rzecz jasna każdy wybiera co lubi.
Oczywiście scena z książki to już czysta fantazja autora. Kilt jest zbyt ciężki aby wszystkim stojącym w rzędzie wiatr zwiał go akurat w jedną stronę jednocześnie, nie mówiąc o rzędzie tego, co pod spodem. Może pisanie o tym to była jakaś forma terapii?
Narratorze, a może pisarz sam zrozumiał, że naprodukował trzysta stron nudziarstwa i chciał jakoś "nagrodzić" wytrwałych czytelników? Myślał, myślał, aż wymyślił:)
Przedwczoraj zaczęłam czytać "Nie ma ekspresów przy żółtych drogach" Stasiuka. To zbiór esejów i felietonów, drukowanych wcześniej w różnych pismach. I mam w tej książce zakładkę z papierowej serwetki, która leżała na moim stole. Na str. dwudziestej. Ku pamięci. Tam zaczyna się "Marzec", felieton na temat przedwiośnia. Jakie to ładne zdania... Niby krótkie, proste. ale jakie stwarzają obrazki... Czy można ciekawie opisywać topniejący śnieg? Zaraz wpiszę tu, pod spodem, kilka zdań z tego felietonu, żeby pokazać, jak czaruje Stasiuk.
Trzy Cztery To wpisuj, a tymczasem mini-zagadka (mam nadzieję, nie masz za złe, że odbiegam od tematu). Kto jest autorem następującego zdania:
„Szary, jesienny dzień, zamglony i błotnisty, tak ponuro i z takim krzywym uśmiechem zajrzał przez mętną szybę do pokoju, że pan Goładkin całkiem już nie mógł wątpić, że nie znajduje się w jakimś tam królestwie za siedmioma górami, lecz w mieście Petersburgu.”
Mógłby to być Gogol.
Trzy Cztery Bardzo blisko, dlatego daję Ci punkt. „Sobowtór” Dostojewskiego.
Dziękuję za jeden punkt!
Jakże różniła się tamta książka od "Baśni" Andersena.
Marzec, Andrzej Stasiuk. Trzy wybrane przeze mnie fragmenty felietonu:
fragm. pierwszego akapitu:
"I znowu jest marzec. Znowu spływają śniegi, wieje mokry wiatr, duszę wypełnia poczucie daremności. Spod białego i okrągłego wyłazi bure i zgniłe(...)"
fragm. piątego akapitu:
"Środek marca w środkowej Europie to jest potencja bez formy, prąd bez przewodnika i wikt bez opierunku. Rzekami spływa to, co powinno leżeć na brzegu, woda stoi tam, gdzie powinien trwać suchy ląd. W lokalnej knajpie U Basi siedzą chłopy i tylko palą, ponieważ całkiem opuściło ich pragnienie. Kury grzebią w śniegu. Nie trzeba nic prać, bo i tak bez przerwy się brudzi. gdzie stąpnąć, ziemia usuwa się spod stopy, gdzie spojrzeć, mgłą zasłania wzrok, czego dotknąć, to się wymyka, bo śliskie".
fragm. ósmego akapitu (zakończenie):
"Schodzą śniegi i woda bardzo się podniosła. Tak jest każdej wiosny. Biały pejzaż, do którego przyzwyczaiłem się przez zimowe miesiące, zsuwa się z powierzchni ziemi jak rękawiczka. I nigdy nie mam pewności, czy tego roku będzie jeszcze coś pod spodem".
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania