Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Ale kino, dziewczyno

Nie mówiliśmy o dziewczęcości ani o kobiecości. Nie znaliśmy takich słów. Mówiliśmy: „ale kino”. To wystarczało. W tym jednym okrzyku mieściło się wszystko — zdziwienie, rozbawienie, coś na kształt pierwszego zachwytu, który jeszcze nie wiedział, czym jest.

Przedszkolne dni rozgrywały się między żywopłotami, przy drzewach z małymi, cierpkimi jabłkami, które czasem migotały złotym światłem, jakby skrywały w sobie maleńkie, uśpione wróżki. Chowaliśmy się tam całymi godzinami, znikaliśmy sobie z oczu, wracaliśmy po śladach śmiechu, które czasem zamieniały się w delikatne echo innych światów. Wszystko wydawało się proste i naturalne, nawet wstyd miał w sobie więcej niewinności niż ciężaru. Świat był blisko, na wyciągnięcie ręki, a rzeczy działy się jak gdyby same — bez nazw, bez znaczeń, tylko jako obrazy, czasem unoszące się lekko ponad ziemią.

Niekiedy ktoś znikał za krzakami na chwilę dłużej. Ktoś inny coś zobaczył, albo tylko mu się wydawało, i nagle padało to jedno zdanie: „ale kino”. I wszyscy wiedzieli, że wydarzyło się coś ważnego, choć nikt nie umiał powiedzieć co.

Najlepsze kino było jednak w ruchu.

Huśtawki, które czasem zawisały w powietrzu o ułamek sekundy dłużej niż mogłyby w rzeczywistości.

Skakanka, która rysowała w powietrzu świetliste smugi.

Gra w klasy, gdzie pole stawało się lekko wypukłe, jakby ziemia chciała nas unieść.

Rytm, który wracał. Nogi odbijające się od ziemi i na moment lżejsze niż powietrze. Materiał, który na chwilę unosił się wyżej niż powinien i światło łapiące się na rajstopach — gładkich, napiętych, czasem matowych, czasem błyszczących — puszczające je zaraz potem, jakby świat miał własną świadomość. Wszystko działo się szybko, w krótkich ujęciach, które znikały nim zdążyło się je dobrze zobaczyć.

Siadało się gdzieś z boku i patrzyło.

Nie na coś jednego. Na całość.

Na ruch. Na powtarzalność. Na to, że coś odsłania się i zaraz znika, jakby świat bawił się z nami w chowanego.

Uwielbiałem rajstopy. Nie wiedziałem jeszcze, dlaczego. Wiedziałem tylko, że kiedy się pojawiały — napięte na kolanach, rozciągnięte w skoku, łapiące światło — wszystko inne przestawało mieć znaczenie. To nie były jeszcze myśli, raczej przyciąganie. Coś, co kazało patrzeć dłużej niż wypadało.

W domu stał telewizor. Ciężkie pudło, które udawało okno. Odbierało Czechy, więc świat przychodził trochę przesunięty, trochę nie nasz i czasem postacie z tego ciężkiego telewizora zdawały się wychylać poza ramy ekranu, próbując nas obserwować. Siadałem na podłodze, bardzo blisko, i patrzyłem, jak kobiety poruszają się w rytmie muzyki — rajstopy, nogi, powtarzające się układy aerobiczne, a każdy ruch zostawiał za sobą ledwo widoczną świetlistą smugę. Fantastyka?

Próbowałem to przechytrzyć.

Podchodziłem bliżej.

Zaglądałem z boku. Z dołu.

Wydawało mi się, że jeśli zmienię perspektywę, zobaczę więcej. Że obraz się uchyli, zdradzi coś, czego nie widać z daleka, czego nie widać w ogóle.

Nic z tego.

Obraz pozostawał taki sam — jak spojrzenie Mony Lisy, które trafia w ciebie, gdziekolwiek staniesz. Ale czasem, gdy bardzo długo patrzyłem, świat wokół migotał, jakby chciał mi pokazać dodatkową warstwę, niewidzialną dla innych.

Do szkoły poszedłem już z tym doświadczeniem patrzenia — uważnego, trochę natrętnego. Schody, korytarze, boisko. Najwięcej działo się tam, gdzie ruch wracał w rytmie, a świat lekko się uginał, by wzmocnić nasze skoki. Skakanka sprawdzała się najlepiej. Wystarczyło usiąść gdzieś z boku. Reszta działała sama.

Skok.

Powrót.

Skok.

Materiał napinał się i rozluźniał. Światło ślizgało się po powierzchni, czasem pozostawiając po sobie ledwo widzialne iskry. Kolory migały, znikały, wracały. Wszystko było na granicy widzenia — trochę za szybko, trochę za krótko — i właśnie dlatego tak mocno zostawało w pamięci. Obrazy zapadały w pamięć nie dlatego, że były zakazane, ale dlatego, że były nowe.

To było małe kino, małe dziecięce kino.

Bez słów, bez fabuły. Złożone z ułamków sekund i rzeczy, których nie potrafiliśmy jeszcze nazwać.

Myślę, że to nie jest historia o tym, na co wtedy patrzyłem, tylko o samym patrzeniu. O chwili, w której ciekawość wyprzedza język, a ciało wie coś wcześniej niż głowa. O świecie, który odsłania się fragmentami — i nigdy do końca.

Zanim ktokolwiek usłyszał o Tarantino — ech, ten rym do „kino” — my już dawno mieliśmy swoje.

Bez wielkich słów.

Bez efektów specjalnych.

Wystarczał ruch.

Światło.

Rajstopy.

I już leciał film.

Najpiękniejszy na świecie.

Mały, cichy, trochę wstydliwy erotyk.

A potem przyszła miłość.

Platoniczna.

Cielesna.

Szczęśliwa.

Nieszczęśliwa.

No i jeszcze zdrada.

Ale to już materiał na zupełnie inną opowieść.

Średnia ocena: 2.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • Sokrates 2 miesiące temu

    Ładnie i delikatnie opisane sceny z podwórkowych zabaw i doznań. Pamiętam reakcje starszych pań, gdy obserwowały dziewczynki robiące przewroty na trzepaku.

  • maciekzolnowski 2 miesiące temu

    Dzięki, Sokrates. Takie rzeczy opisać nie jest wcale łatwo, ale chyba się udało. :)

  • maciekzolnowski 2 miesiące temu

    II wersja (bez fantastyki)

    Nie mówiliśmy o dziewczęcości ani o kobiecości. Nie znaliśmy takich słów. Mówiliśmy: „ale kino”. To wystarczało. W tym jednym okrzyku mieściło się wszystko — zdziwienie, rozbawienie, coś na kształt pierwszego zachwytu, który jeszcze nie wiedział, czym jest.
    Przedszkolne dni rozgrywały się między żywopłotami, przy drzewach z małymi, cierpkimi jabłkami. Chowaliśmy się tam całymi godzinami, znikaliśmy sobie z oczu, wracaliśmy po śladach śmiechu. Wszystko wydawało się proste i naturalne, nawet wstyd miał w sobie więcej niewinności niż ciężaru. Świat był blisko, na wyciągnięcie ręki, a rzeczy działy się jakby same — bez nazw, bez znaczeń, tylko jako obrazy.
    Czasem ktoś znikał za krzakami na chwilę dłużej. Ktoś inny coś zobaczył, albo tylko mu się wydawało, i nagle padało to jedno zdanie: „ale kino”. I wszyscy wiedzieli, że wydarzyło się coś ważnego, choć nikt nie umiał powiedzieć co.
    Najlepsze kino było jednak w ruchu.
    Huśtawki.
    Skakanka.
    Gra w klasy.
    Rytm, który wracał. Nogi odbijające się od ziemi. Materiał, który na moment unosił się wyżej, niż powinien. Światło łapiące się na rajstopach — gładkich, napiętych, czasem matowych, czasem błyszczących — i puszczające je zaraz potem. Wszystko działo się szybko, w krótkich ujęciach, które znikały, zanim zdążyło się je dobrze zobaczyć.
    Siadało się gdzieś z boku i patrzyło.
    Nie na coś jednego. Na całość.
    Na ruch. Na powtarzalność. Na to, że coś się odsłania i zaraz znów ukrywa.
    Uwielbiałem rajstopy. Nie wiedziałem jeszcze, dlaczego. Wiedziałem tylko, że kiedy się pojawiały — napięte na kolanach, rozciągnięte w skoku, łapiące światło — wszystko inne przestawało mieć znaczenie. To nie były jeszcze myśli, raczej przyciąganie. Coś, co kazało patrzeć dłużej niż wypadało.
    W domu stał telewizor. Ciężkie pudło, które udawało okno. Odbierało Czechy, więc świat przychodził trochę przesunięty, trochę nie nasz. Siadałem na podłodze, bardzo blisko ekranu, i patrzyłem, jak kobiety poruszają się w rytmie muzyki — rajstopy, nogi, powtarzające się układy aerobiczne.
    Próbowałem to przechytrzyć.
    Podchodziłem bliżej.
    Zaglądałem z boku. Z dołu.
    Wydawało mi się, że jeśli zmienię perspektywę, zobaczę więcej. Że obraz się uchyli, zdradzi coś, czego nie widać z daleka, czego nie widać w ogóle.
    Nic z tego.
    Obraz pozostawał taki sam — jak spojrzenie Mony Lisy, które trafia w ciebie, gdziekolwiek staniesz. To było jedno z pierwszych odkryć: że nie wszystko daje się podejrzeć, nawet jeśli bardzo się chce.
    Do szkoły poszedłem już z tym doświadczeniem patrzenia — uważnego, trochę natrętnego. Schody, korytarze, boisko. Najwięcej działo się tam, gdzie ruch wracał w rytmie. Skakanka sprawdzała się najlepiej. Wystarczyło usiąść gdzieś z boku.
    Reszta działa się sama.
    Skok.
    Powrót.
    Skok.
    Materiał napinał się i rozluźniał. Światło ślizgało się po powierzchni. Kolory migały, znikały, wracały. Wszystko było na granicy widzenia — trochę za szybko, trochę za krótko — i właśnie dlatego tak mocno zostawało w pamięci. Obrazy zapadały w pamięć nie dlatego, że były zakazane, ale dlatego, że były nowe.
    To było nasze małe kino.
    Bez słów, bez fabuły. Złożone z ułamków sekund i rzeczy, których nie potrafiliśmy jeszcze nazwać.
    Myślę, że to nie jest historia o tym, na co wtedy patrzyłem, tylko o samym patrzeniu. O chwili, w której ciekawość wyprzedza język, a ciało wie coś wcześniej niż głowa. O świecie, który odsłania się fragmentami — i nigdy do końca.
    Zanim ktokolwiek usłyszał o Tarantino — ech, ten rym do „kino” — my już dawno mieliśmy swoje.
    Bez wielkich słów.
    Bez efektów specjalnych.
    Wystarczał ruch.
    Światło.
    I rajstopy.
    I już leciał film.
    Najpiękniejszy na świecie.
    Mały, cichy, trochę wstydliwy erotyk.
    A potem przyszła miłość.
    Platoniczna.
    Cielesna.
    Szczęśliwa.
    Nieszczęśliwa.
    I zdrada.
    Ale to już materiał na inną opowieść.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania