Poprzednie częściAlkamon miasto radości
Pokaż listęUkryj listę

Alkamon miasto radości - fragment

W Alkamon nikt już nie słyszy, jak szemrzą kamienie. Wybrukowane, wąskie uliczki, czasem jeszcze zapłaczą z tęsknoty za dawnym życiem, kiedy to przed wschodem słońca, rozkładano stragany a kupcy swym doniosłym, zdartym do granic możliwości głosem, budzili mieszkańców.

Nad ulicą Bebele unosił się wówczas zapach świeżej bazylii, cynamonu czy choćby kardamonu, który potrafił pobudzać wyobraźnię młodych chłopców, z tęsknotą spoglądających na białe żagle wypływające z portu w szerokie, nieznane im morze.

Mały Kim, niczym posłaniec dobrych wieści, biegał boso po dobrze znanych uliczkach, dźwigając na wątłych ramionach, kosz z pieczywem. Pukał do brzydkich, odrapanych drzwi i sprzedawał swój towar, tak starym, jak i nowym klientom piekarni ojca. Musiał się spieszyć, bo przecież nikt nie lubił zbyt długo czekać. Potem wracał do piekarni, zostawiał zarobione pieniądze, brał kolejny kosz i znów ruszał w drogę, a miasto szumiało, budząc się do życia.

W porcie, w starej tawernie zrośniętej z życiem rybaków i marynarzy, przywitał Kima właściciel, pan Boo:

- Co tam mały u ciebie słychać. Wciąż dźwigasz te ciężkie kosze, a przecież to nie jest praca dla ciebie. Powiedz ojcu, niech kupi muła, będzie dużo szybciej i więcej zarobi. Na takiego muła założy dwa pełne kosze i jeszcze ciebie posadzi na grzbiet, nie będziesz się tak męczył. A jeszcze jakby wóz dokupił, to mógłbyś jeździć do młyna po mąkę i nie musiałby płacić za dostarczanie mąki kulawemu Josifowi, staremu kutwie i oszustowi.

Chłopiec zdjął z pleców kosz i postawił go na stoliku.

- Panie gospodarzu, pan wie, że taty nie stać na kupno muła. Większość pieniędzy, jakie zarobimy idzie na leczenie mamy, która już tak długo choruje.

- No tak, wiem o tym, ale szkoda mi ciebie chłopcze, to ponad twoje siły, takie codzienne dźwiganie pełnych koszy.

- Ja się już przyzwyczaiłem i nie jest mi ciężko.

- Dobrze już dobrze, weź kosz i chodź ze mną do kuchni.

Tawerna żyła, skąpana w nieśmiałych jeszcze słonecznych promieniach, które osiadały delikatnie na surowych twarzach rybaków rozmawiających cicho nad szklaneczkami rumu. Wszyscy tu znali małego Kima, więc pozdrawiali go, tymi swoimi niezgrabnymi uśmiechami, ciężkimi jak ich życie.

W kuchni mieszały się zapachy. Zapach smażonych ryb mieszał się z zapachem jajecznicy na boczku, smażonej wygłodniałym marynarzom i drażnił powonienie chłopca.

- Siadaj mały. Zjesz trochę jajecznicy?

- Dziękuję panu, ale muszę iść dalej, jeszcze mi dużo pieczywa zostało.

- Czy sprzedałeś już wszystko co miałeś dla stałych klientów?

- Tak, resztę może sprzedam na bazarze.

- Słuchaj chłopcze, są tu marynarze ze statku Silence, oni kupią od ciebie to co masz w koszu. Co ty na to?

- Naprawdę? To byłoby dobrze, ale czy oni zapłacą uczciwie – zmartwił się Kim.

- Oczywiście, że tak. Nie dam cię oszukać mały, nie martw się. A teraz siadaj i jedz a ja zaniosę im pieczywo i przyniosę ci pieniądze.

- Dziękuję panu – rzucił chłopiec za wychodzącym z kuchni mężczyzną.

Żona pana Boo nałożyła dymiącą jajecznicę na miskę i podała ją Kimowi, mówiąc:

- No, jedz chłopcze, bo pewnie jeszcze nic nie jadłeś.

- Dziękuję pani Floo, jestem taki głodny, że zapach pieczywa, które nosiłem na plecach, omal nie doprowadził mnie do szaleństwa.

- To, czemu nie urwałeś sobie trochę chleba, żeby zjeść?

- Nie mogę. Muszę wszystko sprzedać, a dopiero potem idę na targ i robię zakupy, z których moja siostra przygotowuje posiłek. Muszę sprzedać wszystko, bo pieniądze są potrzebne na leki dla mamy.

Kobieta pogłaskała go po głowie i powiedziała:

- Biedna ta wasza matka, tak długo już choruje, ale dobrze, że ma takie dobre dzieci, które jej tak bardzo pomagają.

Kobieta podeszła do drugiego stołu, na którym leżały ryby, mięso i warzywa, wzięła stary zatłuszczony papier i zawinęła w niego kilka świeżych ryb, mówiąc:

- Dam wam kilka ryb, to sobie zrobicie porządny obiad. Twoja siostra chyba potrafi przyrządzić rybę?

- Tak, Selena dobrze gotuje – mówiąc to kończył dojadać jajecznicę.

Po chwili w drzwiach pojawił się pan Boo, podszedł do stołu i położył obok Kima mały woreczek, w którym pobrzękiwały monety. Chłopiec, choć umiał liczyć, bo nauczył go ojciec, wiedział, że nie musi tego robić, bo pan Boo był uczciwym człowiekiem i nigdy by ich nie oszukał.

- Oto twoja zapłata.

Chłopiec podziękował, zarzucił na plecy pusty kosz, w którym teraz spoczywały tylko ryby i ruszył w drogę powrotną. Droga do domu prowadziła wzdłuż linii brzegowej morza, gdzie o tej porze rybacy, którzy sprzedali już swój towar, czyścili i rozwieszali sieci. Mały roznosiciel pieczywa przechodził obok chaty starego rybaka, Nataniela, który siedział na dużym kamieniu nieopodal chaty i oparty plecami o wielki cyprys drzemał w jego cieniu.

- Dzień dobry – powitał staruszka.

Starzec otworzył swoje, niegdyś niebieskie a teraz wyblakłe oczy i odparł:

- Witaj Kimie, co dobrego u ciebie słychać?

- Wszystko dobrze, proszę pana. Sprzedałem pieczywo i wracam do domu.

- A więc mówisz, że już wszystko sprzedałeś i nie zostały ci nawet okruchy chleba.

- Wszystko, panie Natanielu. Nie zostały mi nawet okruchy.

- A to szkoda, bo liczyłem, że dasz coś staremu niedołędze, jak to nieraz czyniłeś, żebym nie umarł z głodu.

- Nie mam już pieczywa, ale dobra pani Floo dała mi kilka ryb, więc mogę się z wami podzielić – odparł chłopiec, choć wiedział, że ryby przydałyby się w domu i Selena zrobiłaby z nich pyszną zupę, którą mogłaby się posilić matka.

- Och Kim, ty jesteś małym chłopcem z wielkim sercem. Kiedyś dobro zapuka do waszych drzwi i wszystko się odmieni na lepsze, zobaczysz chłopcze. Jeśli możesz, to zostaw mi jedną rybę a resztę zanieś do domu. Ale, zanim pójdziesz, wejdź do mojej chaty i weź ze stołu kilka pomarańczy, które przyniosła mi stara Su, straganiarka, która czasem tu do mnie zagląda.

Roznosiciel pieczywa wszedł do chaty, położył rybę zawiniętą w zatłuszczony papier na stole i wziął kilka pomarańczy. Potem ruszył w dalszą drogę na bazar, gdzie musiał jeszcze zrobić zakupy.

Na ulicy Babele, wciąż unosił się magiczny zapach i słychać było nawoływania kupców, mające zachęcić do kupna ich towaru. Chłopcy siedzący na płaskich dachach domów, tęsknie spoglądali na białe żagle rozpięte na błękicie morza i wzdychali do przygód, które kiedyś zapewne ich spotkają.

- Kim, Kim, chodź no tutaj – zawołała jakaś kobieta za nim.

Odwrócił się i poznał starą Su, tą, która przyniosła pomarańcze staremu rybakowi. Podszedł do straganu z cytrusami i przywitał się z kobietą.

- Powiedz mi Kim, jak się czuje twoja mama – zapytała z troską w głosie.

- Doktor, który był kilka dni temu, mówił, że na razie nie ma poprawy, że potrzeba dużo czasu, żeby mama wyzdrowiała.

- Biedna ta twoja mama. Masz tu trochę cytryn, mandarynek, kiwi. O, jeszcze awokado i mango. Twoja mama potrzebuje dużo witamin.

Chłopiec sięgnął do kieszeni spodenek, by zapłacić za towar, ale kobieta nie chciała przyjąć zapłaty, mówiąc, że to dla chorej. Kim podziękował i poszedł na dalsze zakupy.

Kiedy wrócił do domu, było już prawie południe. Selena krzątała się po izbie kuchennej, przygotowując obiad a Kim wszedł do drugiej izby, w której leżała matka. Mdły zapach choroby unosił się w powietrzu, mieszając się z zapachem z kuchni. W rogu ciemnej izby, w łóżku zbitym niewprawnymi dłońmi piekarza, leżała kobieta. Jej twarz w wątłych promieniach słonecznych, wdzierających się przez ciężkie zasłony, była woskowo szara i odbijała się na niej boleść. Zapadnięte oczy, niegdyś tak piękne, teraz zgaszone, spoczywały na suficie i kobieta zdawała się nie zauważać obecności chłopca.

- Mamo to ja, Kim – szepnął nad uchem kobiety.

Powoli, z wielkim trudem, odwróciła głowę w stronę skąd dochodził głos i kąciki jej ust jakby się uniosły delikatnie, w słabym uśmiechu.

- A to ty synku – szepnęła z trudem.

- Tak mamo, to ja.

- Opowiedz mi synku, jak wygląda świat i co dziś widziałeś – szepnęła do ucha syna, który się nad nią pochylił.

Kim się wyprostował, usiadł na łóżku i biorąc matkę za rękę zaczął opowiadać.

- Kochana mamo, schodząc w dół naszą ulicą, widziałem piękne morze, mieniące się błękitem z przeplatanymi srebrnymi punkcikami, zupełnie jakby ktoś rozsypał na nim gwiazdy. Do zatoki wpłynęło kilka delfinów i straciłem trochę czasu w drodze powrotnej, oglądając ich zabawy. Były tak cudne i radosne, a ja tak bardzo chciałem, żebyś mogła je zobaczyć.

- Ja to wszystko widzę, właśnie, teraz kiedy mi o tym mówisz, synku. Mów dalej, co jeszcze widziałeś.

I mały Kim opowiadał o tym jak przyjął go i ugościł właściciel tawerny, pan Boo i jego żona, o tym, jak sprzedał pieczywo marynarzom, o starym Natanielu i straganiarce Su.

Matka słuchając tych opowieści jakby się uspokajała, jej oddech nie był już taki ciężki i kiedy chłopiec skończył opowiadać, wydawało się, że kobieta zasnęła. Kim siedział jeszcze przez chwilę, lecz kiedy poruszył się, aby wstać i zejść do piekarni, by pomóc ojcu, oczy matki się otwarły i przytomnym wzrokiem spojrzała na syna.

- Pamiętaj, abyś zawsze był dobrym człowiekiem i nigdy nikogo nie krzywdził. Powinieneś nauczyć się pisać i wszystko to, co mi opowiadasz, zapisywać. Twoje opowieści są tak barwne, że czuję, jakbym to ja sama wszystko widziała. A teraz idź, pomóż ojcu w piekarni a ja się prześpię trochę.

Kim pochylił się, pocałował matkę w zimne czoło, po czym wyszedł do kuchennej izby. Selena obierała ziemniaki. Siedziała na małym stołeczku i pochylona nad starym garnkiem w skupieniu operowała małym nożem, a cienkie strużki obierek wypływały spod ostrza, spadając na klepisko izby. Wyglądała dużo poważniej, nad swoje 15 lat. Ciężka nocna praca w piekarni u boku ojca, a potem równie ciężkie prace w domu, zostawiały na jej młodej twarzy coraz wyraźniejsze ślady.

- Jak mama – zapytała brata, kiedy stanął na chwilę obok.

- Źle. Jest bardzo słaba. Ta choroba nie odpuszcza. Ona teraz śpi, więc zejdę do piekarni, a kiedy wrócę posiedzę przy niej.

- Idź, pomóż tacie. Kiedy skończycie zupa będzie gotowa.

Kim wyszedł z domu i po kilku stopniach zszedł do piekarni, którą znajdowała się pod ich domem, w wielkiej piwnicy.

Ojciec stał nad dużą wagą i skrupulatnie odmierzał mąkę. Pomagał mu mały chłopiec, młodszy kuzyn Kima. Edwin dokładał lub odejmował ciężarki na szalę a Lui, czyli ojciec Kima przesuwał obciążnikiem po skali wagi, złoszcząc się i złorzecząc staremu Josifowi, który zaopatrywał ich w mąkę.

- To stary złodziej, znów nas oszukał, w każdym worku brakuje po pół kilo a na dziesięciu workach to już jest pięć kilo.

- Jestem tato – odezwał się Kim, by przerwać złorzeczenia ojca.

Lui odwrócił się i chmurna twarz wypogodziła mu się na widok syna.

- No jak, sprzedałeś wszystko?

- Tak tato, sprzedałem wszystko.

- A jak się czuje mama?

- Źle tato, ale teraz zasnęła.

Twarz mężczyzny znów spochmurniała, ale po chwili zadumy rzekł do syna:

- Synu, przygotuj zaczyn, a my z Edwinem przygotujemy resztę. Będziesz musiał potem iść do Floriana i powiedzieć, żeby pojutrze przywiózł nam drzewa.

- Dobrze tato.

Zabrali się za pracę. Lui z Edwinem szorowali stare dzieże, aby były gotowe na nocną zmianę, kiedy przyjdą, by zacząć wszystko jeszcze raz, krok po kroku przygotowując ciasto do wypieku, a Kim uwijał się przy zaczynie.

Kiedy skończyli, słońce stało już wysoko na nieboskłonie, grzejąc niemiłosiernie. Poszli na górę do domu, umyli się i zanim zasiedli do stołu, Lui zajrzał do izby, gdzie leżała jego żona.

Selena nakładała zupę i dymiące miski stawiała na stole. Para unosiła się, krążąc wokół twarzy chłopców, lecz oni nie zaczynali jeszcze jeść, czekając cierpliwie, aż wróci Lui. Wrócił po chwili, a Selena z małą, dymiącą miseczką, ruszyła w kierunku drugiej izby.

Ojciec ciężko zasiadł za stołem, przeżegnał się, a chłopcy poszli za jego przykładem. Potem wszyscy w skupieniu, odmówili krótką dziękczynną modlitwę i zaczęli jeść. Twarz ojca, której przyglądał się ukradkiem Kim, była szara i ściągnięta grymasem bezradności i strachu o życie żony. Ta bezsilność była straszna i chłopiec dobrze o tym wiedział.

- Jakie to straszne mieć biednego ojca — pomyślał, lecz zaraz skarcił się za te słowa mówiąc - Ale przecież to nie jego wina, że jesteśmy biedni i nie mamy pieniędzy, żeby mama mogła iść do szpitala się leczyć. On ciężko pracuje i ja z Seleną ciężko pracujemy, a mimo to wciąż jesteśmy biedni. To jest niesprawiedliwe, bo na przykład taki pan doktor jest bogaty, a nas nie stać, aby kupić muła.

W milczeniu zjedli gęstą, pożywną zupę. Z izby, w której leżała matka wyszła Selena, niosąc miskę z prawie nietkniętą zupą.

- Nic nie zjadła — raczej stwierdził niż zapytał ojciec.

- Tylko kilka łyżek. Mówi, że nie chce jej się jeść, tylko pić.

- Czyżby miała gorączkę?

- Nie, czoło ma chłodne – odpowiedziała Selena, stawiając miskę na szerokim taborecie, stojącym obok pieca, gdzie odkładało się brudne naczynia.

Lui siedział, spoglądając za okno, a kiedy chłopcy byli już przy drzwiach, z zamiarem pójścia na plac, gdzie spotykały się dzieci z miasteczka, powiedział nie odwracając głowy od okna:

- Chłopcy, nanieście wody a potem idźcie do Floriana i powiedźcie, żeby za dwa dni przywiózł drzewo.

Kiedy przynieśli wody z pobliskiej studni, ojciec wciąż siedział spoglądając przez okno, na pustą o tej porze ulice. Selena podziękowała im za wodę i poczęstowała arbuzem. Kiedy zasiedli za stołem ktoś zapukał do drzwi. Ojciec odwrócił zmęczoną, szarą twarz od okna i powiedział:

- Proszę!

Drzwi powoli się uchyliły i do izby weszła staruszka, choć jak na staruszkę, była zadziwiająco wysoka i szła pewnym, równym krokiem, podpierając się sękatym kosturem. Kiedy podeszła do stołu, powiedziała:

- Czy pozwolisz gospodarzu odpocząć chwilę strudzonym nogom?

- Proszę, siadajcie i odpocznijcie. Dokąd Bóg prowadzi?

Kobieta usiadła i zaczęła się rozglądać po izbie, w której bieda wyzierała z każdego kąta. Ubrana była w długą, szarą suknię, do złudzenia przypominającą habit. Spod szerokiego kaptura, niedbale zarzuconego na głowę, wyzierały włosy koloru popiołu zmieszanego z ziemią. Twarz oblekała siatka zmarszczek, lecz mimo to widać było, że kiedyś była piękną kobietą. Uważnie przyglądała się wszystkim twarzom po kolei, a jej jasnobrązowe oczy jakby duszę przewiercały.

Lui ponowił pytanie, lecz kobieta ponownie nic nie odpowiedziała, a jej wzrok spoczął na drzwiach do drugiej izby. Wstała i ruszyła w tamtym kierunku, a Lui i Selena wymienili ze sobą trwożne spojrzenia.

- Proszę tam nie wchodzić – krzyknęła dziewczyna i podbiegła łapiąc staruszkę za rękę, lecz po chwili puściła ją z krzykiem, tak była lodowata. Lui zerwał się zza stołu i ruszył ku nieznajomej, lecz ona była już w środku. Stała nad łóżkiem i coś szeptała, kładąc dłoń na czole chorej.

Wszyscy czworo byli już w izbie, lecz nikt nie śmiał przerywać staruszce. W promieniach słonecznych, które wpadały do środka, Kim ku własnemu zdziwieniu i przerażeniu, dostrzegł dwie postacie stojące tuż za staruszką. Były prawie tak wysokie, jak ta izba i bił od nich taki blask, że chłopiec musiał zasłaniać ręką oczy, tak był oślepiony. W pewnym momencie wiedźma, bo tak nazwał ją w myślach, spojrzała na niego i powiedziała:

- Chłopcze, albo będziesz kiedyś nędzarzem z wyobraźnią, która nie będzie dawała się okiełznać, do momentu aż zwariujesz, albo zaczniesz ją poskramiać i obłaskawiać, jak poskramia się dziki wiatr, wiejący w wielkie żagle. Ja wiem, jak się zakończy twoja historia, ale ty musisz przeżyć swoje życie, potykając się i upadając, by wstawać silniejszym. Ja mogę dać ci tylko wskazówkę, choć uwierz, bardzo niewielu ją otrzymuje.

Spojrzała w kierunku ojca chłopca i powiedziała:

- On musi się nauczyć czytać i pisać. Tylko tyle mogę powiedzieć, choć widzę całe jego życie i przed wieloma błędami mogłabym go ostrzec, ale nie mogę tego zrobić. To jest pierwsza wskazówka, w ciągu swojego życia dostaniesz je jeszcze tylko dwie i postaraj się z nich mądrze korzystać – znów zwróciła się do chłopca.

- Ale my nie mamy pieniędzy na jego naukę, on musi pracować, inaczej nie damy rady przeżyć.

Starucha odwróciła się i wyszła z izby, a zaniepokojony Lui i Selena pochylili się nad łóżkiem. Kobieta podeszła do stołu, gdzie stał oparty kostur, wzięła go w dłoń i ruszyła ku wyjściu, lecz mały Kim zagrodził jej drogę i mimo iż bardzo się bał tej kobiety, zapytał:

- A co z moją mamą?

- A co ma być – odparła.

- Czy ona wyzdrowieje?

- Już niedługo nic jej nie będzie. Będziesz mógł z nią porozmawiać i opowiadać o tym, co widziałeś. Będziecie teraz żyli spokojni o jej zdrowie, bo choroba już odeszła. A teraz żegnaj mały, do zobaczenia – otworzyła drzwi i wyszła.

Chłopiec stał jeszcze przez chwilę, a potem jakby się ocknął z odrętwienia, w które na chwilę zapadł i wybiegł z domu, by zadać jakże ważne pytanie:

- Co z tymi postaciami, które stały obok niej i gdzie się podziały – lecz ulica była pusta, nigdzie nie było nieznajomej staruszki. Zawiedziony zawrócił, z zamiarem powrotu do izby, kiedy przed progiem ujrzał sakiewkę.

- To chyba ona zgubiła – pomyślał, złapał sakiewkę i popędził w dół ulicy, w kierunku portu, bo wydawało mu się, że tylko tam mogła się udać nieznajoma, lecz jego poszukiwania były bezowocne.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Justyska 2 tygodnie temu
    Bardzo przyjemna historia i dobrze napisana. Rozumiem, że część większej całości. Można spytać jak obszerna jest całość?
    Pozdrawiam!
  • Fanagann Hartelion 2 tygodnie temu
    Świetnie budujesz klimat. Spotkanie z matką ściska za serce. Nie mogę doczekać się nastepnego fragmentu.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania