Amerykański sen nad Wisłą
Osobiście nie znam żadnej osoby, która nie marzyłaby o wielkim bogactwie i życiu bez oglądania każdej złotówki. Pragnienie posiadania fortuny ma różne podłoże, jedni chcieliby podróżować, innym wystarcza samo posiadanie i pomnażanie majątku bez względu na koszty, a dziwacy chcą nakarmić głodnych oraz naprawiać świat na lepsze. Podobnie jak inni i ja pożądam dostatku. Dlatego często przy kumulacji w toto lotka idę do kolektury, staję w kolejce, której długość zawsze zależy od wysokości puli do wygrania i wysyłam swoje szczęśliwe numerki. Jednak z tymi skreśleniami jakoś do tej pory bywało różnie, za największą wygraną kupiłem pęczek wczesnowiosennych rzodkiewek. Widocznie los jak na razie mi nie sprzyja, lecz nie poddaję się i nie rezygnuję z walki. Jednak coraz częściej dopada mnie zwątpienie czy uda mi się zdobyć główną wygraną i wewnętrzny chochlik nakłania do posłuchania rady tych nie biorących w tym szaleństwie udziału. Gdybym tak wszystkie pieniądze zamiast w punkcie lotto zostawiał w domu i wrzucałbym do skarbonki, to z pewnością po czterdziestu latach po rozbiciu świnki stałbym się znacznie bogatszy. Jednak jestem niecierpliwy i pragnę kasę zdobyć wcześniej.
Skoro nie wiedzie mi się w grach liczbowych mógłbym spróbować czegoś nowego, lecz predyspozycji na gangstera oraz oszusta nie posiadam. Dlatego zmuszony jestem dorobić się majątku własną pracą. Mało kto nie słyszał o amerykańskim śnie „Jak to w Ameryce można zacząć od pucybuta i dzięki swojej pracy połączonej z odkładaniem zarobionych pieniędzy po kilkunastu latach stać się milionerem”. Najistotniejsze w takim sposobie zdobycia fortuny jest to, że od kandydata na bogacza nie wymaga się wykształcenia popartego dyplomem, przez to geniusze i analfabeci mają jednakową szansę. Wystarczają sprawne ręce, pracowitość, konsekwencja, wytrwałość i sukces na finiszu zapewniony. Jednak już na samym początku świetlanej kariery zawodowej napotkałem poważne trudności wynikające z przyzwyczajenia rodaków do syntetycznego obuwia, którego się nie konserwuje i szybko wyrzuca do śmieci. Zostałem wobec tego nakłoniony do zmiany profilu działalności gospodarczej i natychmiast jako usługodawca znalazłem pole do popisu. Mogłem zgodnie z prawem wykonywać wszystkie zawody, które nie są powiązane z palestrą, rozpowszechnionymi koncesjami, certyfikatami oraz wszelkiego rodzaju zrzeszeniami w postaci towarzystwa wzajemnej asekuracji, wyciągającej swoich za uszy nawet z najgorszych świństw łącznie z podpadającymi pod paragrafy.
Prawie błyskawicznie można było się ulokować w zawodach typu szewc, krawiec, fryzjer, lecz potrzebne były umiejętności, lokal oraz odpowiedni sprzęt. Z przyswajaniem czynności manualnych nie miałem problemu, dzięki rozbieraniu od najwcześniejszego dzieciństwa wszystkiego w domu na najdrobniejsze części, z których najlepszy fachowiec nie potrafił niczego złożyć. Jednak koszt spełnienia pozostałych wymogów polegający na nabyciu sprzętu i wyposażenia, serwisowaniu, wymianie po zużyciu na nowy i opłat czynszowych pozostawał poza moim zasięgiem, co moje marzenia zarobienia miliona na długo przed emeryturą, całkowicie niwelowało.
Najłatwiej i najprościej jak się okazało było zajęcie niszy zawodowej, jaka powstała w wyniku powszechnej rezygnacji Ukrainek z prac polegających na sprzątaniu domów najbogatszych ludzi naszego miasta. Kobiety po próbie sił z paniami domów, masowo odeszły na etaty do prac lepiej płatnych, a spora część przekroczyła kolejną zachodnią granicę i tam szorowała kible za znacznie lepszy szmal.
Początki w tym zawodzie okazały się obiecujące, ponieważ byłem młody, przystojny i z impetem zdobyłem znacznie więcej zleceń niż byłem w stanie zrealizować. Pracowałem na czarno i wszystkie zarobione pieniądze trafiały do mojej kieszeni, a ściery, miotły czy środki czystości zapewniały zleceniodawczynie. Radość moja i euforia nie trwały długo i czar prysł po tym jak zostałem zmuszony do zalegalizowania działalności gospodarczej. Wpłaciłem pierwsze pięć stów do ZUS-u i wiedziałem, że po dwudziestu czterech ratach opłaty zostaną podniesione do tysiąca dwustu złotych miesięcznie. Jednak to nie były wszystkie koszty, ponieważ doszły też niemałe podatki. Zacząłem płacić sumiennie wszystkie zobowiązania, sumować ponoszone koszty podejmowania pracy, by na końcu zobaczyć w moim portfelu jedynie grosze. Gdzieś w mojej podświadomości rodzi się bunt i powstaje pomysł zredukowania zobowiązań wobec państwa, dlatego po radę udaję się do fachowca.
Gościowi swoim przybyciem najprawdopodobniej ratuję życie, wyciągając go z pod sterty makulatury w jakiej umieszczono wszystkie nowelizacje i interpretacje przepisów podatkowych.
- Pan chce uniknąć płacenia podatków skoro ZUS-u się nie da – odpowiada na moje pytanie i śmieje się jakbym mu opowiedział jakiś dobry dowcip.
Spokojnie czekam aż fachowiec się uspokoi i w myślach analizuję poprawność użytej polszczyzny w zadanym pytaniu. Karygodnych błędów nie znalazłem, jednak na wszelki wpadek koryguję kolejności użytych wyrazów w zdaniach. Dopiero kiedy jestem pewny, ponawiam pytanie i w odpowiedzi słyszę kolejny wybuch śmiechu. Moje zdenerwowanie osiąga zenitu i nie chcąc gościa udusić własnymi rękami wychodzę.
- Proszę się na mnie nie złościć, a w rewanżu za rozśmieszenie do łez coś panu opowiem – woła za mną gdy wychodziłem z jego biura.
Najbardziej byłem zaintrygowany wypowiedzianym przypadkowo dowcipem i posiadanym, a nie odkrytym u mnie talentem kabaretowym, który mógłby w niedalekiej przyszłości wykorzystać. Dlatego wróciłem i zająłem miejsce wskazane przez niego.
- Pan podobnie jak przysłowiowy Kowalski czy Malinowski, dokonując zakupów wnosi do budżetu prawie zawsze dwadzieścia trzy procent podatku i nie ma możliwości uniknięcia, lub zmniejszenia tej kwoty. Jednak gdyby pan zamiast zwykłej rzemieślniczej działalności gospodarczej stworzył potężną firmę wtedy nie wpłacałby nic albo niewiele.
- Naprawdę? – wyrwało mi się.
Pokiwał tyko głową na tak i nie zrażony kontynuował.
- Powinien brać pan przykład z najlepszych, do których należy z pewnością LG we Wrocławiu, który osiągnął pięć miliardów obrotów w latach dwa tysiące dwanaście – piętnaście, wykazał zysk sto tysięcy i zapłacił zero podatku. Display w latach dwa tysiące piętnaście - szesnaście wyprodukował kilka milionów telewizorów, z których przychód wyniósł czternaście miliardów, a podatku zapłacili zero. Gdyby panu taki typ działalności nie odpowiadał to można produkować wódkę. Za Żubrówkę, Bols, Soplicę w latach dwa tysiące dwanaście – szesnaście zapłacono tylko akcyzę. Natomiast podatku już nie, ponieważ dokonano aktualizacji wartości aktywów. Zakładania banku nie proponuję, chociaż w tej branży też często nie płaci się podatku. Najwygodniej byłoby otworzyć sieć sklepów i tak w Biedronce podatek z równowartości rocznych przychodów wynosi niecały procent, Tesco wnosi jedną setną, Rossman najwięcej, prawie trzy procent.
Fachowiec od finansów mówił dalej, lecz w mojej głowie kłębiły się myśli i latały cyferki. Jednak bez szczegółowego analizowania i zapamiętywania jednego byłem pewny, że pora się obudzić i przestać śnić amerykański sen, ponieważ mieszkam nad Wisłą.
Komentarze (4)
Tylko sen, bo jawa obnaża całą prawdę o uczciwości i naszej szarej rzeczywistości.
Pozdrawiam serdecznie
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania