Andora - małomiasteczkowe państwo

Dziwaczne państwo w górach

Będąc w Barcelonie ciężko jest gdzieś wyskoczyć za miasto. Tak do 200 km nie ma tu nic ciekawego do oglądania. A ile można chodzić po Dzielnicy Gotyckiej albo szukać Gaudiego? Niedaleko jest jedynie opactwo przy górze Montserrat, ale nie ma nigdzie na przykład żadnych śladów rządów Franco, wojny domowej 1936 - 1939, czy jakiś dawnych obozów koncentracyjnych. Słynna Guernica zbombardowana przez niemiecki Legion Condor i utrwalona na obrazie przez Picassa, którą chciałem odwiedzić przy tej okazji znajduje się ponad 600 km od stolicy Katalonii. Nie można też sobie wyskoczyć z Barcelony na chwilę do Afryki. Co prawda jeżdżą jakieś promy do Maroka czy Algierii, ale jest to długa i droga podróż. Pod tym względem brytyjski Gibraltar i hiszpańska La Linea-Tarifa są lepszymi bazami wypadowymi. Jednak jest jedno miejsce, do którego można realistycznie wybrać się z rana i wrócić wieczorem. Znajduje się pomiędzy Francją i Hiszpanią. To inne państwo, ukryte pomiędzy wysokimi górami. Nazywa się Andora i jej nazwa kojarzy mi się trochę z ciepłym szalikiem.

 

Bez paszportu nie wjedziesz

Państwo Andora nie jest w UE, ani w strefie Schengen, więc nie można tam wjechać na dowód. Pierwszego dnia poszedłem kupić bilet na autobus i nie udało mi się to, bo okazałem jedynie dowód osobisty, który nie jest akceptowany. Dobrze, że nie dowiedziałem się tego już na granicy. Drugiego dnia już z paszportem kupiłem bilet w tę i z powrotem. Kosztowało mnie to 50 euro (w 2015 roku).

 

Autobus z Barcelony odjeżdża z dworca koło Łuku Triumfalnego. Droga do Andory prowadzi malowniczą trasą. Zanim tam się dotrze z okien widać pocztówkowe widoczki ośnieżonych szczytów górskich. Wydają się tak bliskie i dostępne, że człowiek chciałby wyskoczyć z tego autobusu i tak po prostu wbiec sobie na jedną z górek.

 

Trochę historii

Nie byłoby tego państwa gdyby nie wojna Karola Wielkiego z muzułmańskimi Maurami, którzy podbili sobie większą część Hiszpanii i Portugalii. Mieszkańcy dzisiejszej Andory wsławili się walecznością w czasie rekonkwisty, więc Karol oddał im ten skrawek ziemi w górach. ‚Niepotrzebne mi to, zboża ani winogron tu nie posadzę, więc daje wam, cieszcie się, a możecie mi się jeszcze przydać’.

 

W 1914 roku Andora przystąpiła do I Wojny Światowej. W związku z tym wypowiedzieli wojnę Niemcom. Pokój podpisano dopiero w 1958 roku. Wojowniczy naród - przez 44 lata wojowali z Niemcami. No nie do końca. Po prostu przy traktacie wersalskim z 1918 roku zapomniano ich dopisać do listy sygnatariuszy.

 

Formalnie ten kraj ma dwie głowy państwa - współksiążąt: biskupa z Hiszpanii oraz dawniej króla Francji, a współcześnie aktualnego prezydenta Francji. Jak im coś przeszkadza to mają prawo weta. Władze w samej Andorze sprawuje miejscowy premier i parlament - Rada Generalna.

 

Przez wieki kraj ten żył w swoistej izolacji i nawet pewnym zacofaniu. Andorczycy próbowali coś dziobać w tej nieurodzajnej ziemi a że im to nie wychodziło, to na tych wysokich stokach wypasali owce i uprawiali rękodzieło (bez podtekstów). Tak mniej więcej do lat 70-tych XX wieku nie było tu jakiś radykalnych zmian. Dopiero wtedy Andorczycy się skapnęli, że można zarabiać na turystyce i byciu rajem podatkowym.

 

Upraszczając nieco temat, średniowieczna struktura rządzenia przetrwała tu do XX wieku. Do 1992 był zakaz działalności partii politycznych, konstytucje uchwalili dopiero w 1993 roku. W tym samym roku przyjeli ich do ONZ i dopiero w 2004 dopuścili do Eurowizji.

 

Po co im gwiazdki?

Gdy dotarłem do granicy moje zdziwienie wzbudził znak powitalny kraju. Napis ‚Andorra’ na niebieskim tle otoczony gwiazdkami UE. Po co im to? Przecież nie są w Unii, ani nawet w Schengen. Bez sensu. Póżniej zapytam o to przewodnika oprowadzającego po parlamencie. Czytajcie dalej.

 

Andorra La Vella

Na granicy nie było sprawdzania paszportów, chwila moment i witamy w Andorze, a konkretniej w stolicy czyli mieście o nazwie Andorra La Vella - najwyżej położonej stolicy w Europie 1000 m n.p.m. . Jednym z pierwszych obiektów widzianych po przekroczeniu granicy jest wielki supermarket Leclerca. Idzie przeżyć w tym górskim kraju. Domy czyste i zadbane. Aż za bardzo. Wiele zbudowanych z miejscowych skał.

 

Gdy wysiadłem na stacji autobusowej poprosiłem pierwszego napotkanego człowieka o zrobienie mi zdjęcia na jej tle. Lubię autobusy. A co dopiero jeszcze w takiej dramatycznej górskiej oprawie.

 

Fotografujący okazał się starym Anglikiem z Welling - podmiejskiej dzielnicy Londynu. Anglików wszędzie spotkasz. Jak ludzie wylądują na Marsie to wśród nich i Anglik się trafi. Nie, że całe społeczności, ale zawsze przynajmniej jeden ‚ekspat’ być musi. Ten tu jak powiedział mi mieszka tu u przyjaciół, a ma jeszcze dom na Majorce. Pewno jakiś bogaty, uciekł z UK przed podatkami jak kiedyś Freddie Mercury.

 

Poza tym po co tam siedzieć, w tym deszczu i pleśni gdy nie jest się uwiązanym finansowo? Albo się zwiewa na Florydę, albo do Hiszpanii, a jak ma się za dużo nieopodatkowanych oszczędności, to na przykład do Andory.

 

O dziwo mimo tego, że wylądowałem w górach to klimat jest tak jakby się było w kotlinie, czyli taka słoneczna patelnia, a jest dopiero kwiecień. Sterylne centrum stolicy Andory to kilka ulic, trochę nowych i starych domów, siedziby instytucji rządowych i coś w rodzaju mini starego miasta. Generalnie taki miszmasz i na dodatek krajobraz ozdabiają nowoczesne pomniki przezroczystych facetów na kiju, którzy mi się kojarzą z tymi naciągaczami w miejscach turystycznych, udających, że lewitują w powietrzu.

 

Zachodzę do kościoła Sant Esteve (Świętego Stefana), który z zewnątrz wyglada staro a w środku czysto i bardzo skromnie. Krzyże celtyckie jak z odznak skinheadów, stylistyka jak w protestantyzmie. Na mieście można tez znaleźć kilka pomników biskupów. Biskupi w Andorze to coś jak gdzie indziej król, władcy a nie dobrodzieje od rozdawania datków ubogim.

 

Andora mi się nie podoba, ale z racji, że to takie niezwyczajne miejsce, więc musze sobie kupić stąd jakąś pamiątkę. Biorę kubek za aż 6.50 euro. Przez arogancką sprzedawczynię zostałem wzięty za Rosjanina. Nie tyle chodzi o samą pomyłkę, ale o jej wywyższające się podejście. Jakby to ująć by nie skłamać. Daje ci odczuć, że przyjechałeś tu z PRLu w biednych latach 80-tych XX wieku. No nic. Kieruję się do głównej atrakcji tego dnia.

 

Casa de la Vall

Ten dom to główny symbol tego kraju, obecny nawet na monecie euro produkowanej dla Andory. Zbudowano go w 1580 roku. Kiedyś mieścił się tu parlament, siedziba władz tego państwa. Teraz parlament obraduje gdzie indziej a tu zrobili muzeum. Można go zwiedzać za darmo, razem z anglojęzycznym przewodnikiem, w wyznaczonych godzinach.

 

Gdy tam dotarłem było po 16-tej, a zwiedzanie jest o 17-tej. Trochę więc połaziłem po okolicy i wróciłem na miejsce. Oprócz mnie na to oprowadzanie przyszła para: chłop z kobietą. Ten facet prowadził tę swoją partnerkę pod rękę. Miała ona na nosie ciemne okulary i wyglądało to tak jakby była zamroczona jakimiś narkotykami jak Eichmann przed wycieczką do Izraela. Dziwne trochę. Aż przewodnik się spytał czy wszystko z nią w porządku. Okazało się, że po prostu skręciła sobie nogę na jakimś zbyt pochyłym chodniku i teraz kulejąc będzie wspinać po schodach parlamentu-muzeum.

 

Przewodnik nie za dobry, młody, lalusiowaty, bez charyzmy, operujący jedynie wyuczonymi na pamięć historiami o tym miejscu. Nie umiał odpowiadać nawet na moje proste pytania. Nic poza jego szablon.

 

Nie wolno robić zdjęć, jak to przewodnik powiedział: ‚szef parlamentu zakazał’, ale trochę fotek przemknąłem. Wyłączyłem już wcześniej dźwięki aparatu, no i pomogła mi trochę ta kulejąca turystka. Jaki jest sens zwiedzania jak nie można tego utrwalić? W ogóle bym nie poszedł gdybym wiedział to wcześniej.

 

Oprowadzający opowiada o historii samozwańczego króla Andory, który rządził krajem przez 7 dni w 1934 roku. Chcę wiedzieć co się stało z tym gościem po wywaleniu go do Hiszpanii, ale przewodnik nie umie mi na to odpowiedzieć. Dodał, że nie ma sensu tego dociekać, bo to nie powód do dumy. Ja mu na to, że historie własnego kraju trzeba znać i to nie tylko te dobre momenty.

 

Póżniej doczytałem, że tym ‚samozwańcem’ był Boris Skosyriew, urodzony na Litwie. Generalnie ciekawa postać, opowieść na kilka życiorysów. W czasie II Wojny służył nawet w Wehrmachcie jako oficer - tłumacz, tak zwany Sonderfuhrer (sonder = specjalny).

 

Dopytuję się też co wg przewodnika stanowi o dostatku Andory. On mi na to jakieś bajki, że zawsze byli zamożni. Wciska mi kit, że jedzenie sprzedawali, produkty z owiec. Ja mu na to, że jak to możliwe jak nawet teraz nie są w stanie się sami wyżywić? No to jak? Kiedyś się najadali i jeszcze eksportowali? Skąd brali tyle jedzenia jak tu praktycznie nie ma rolnictwa? Wszystkie owce powyjadali?

 

I na koniec mój ulubiony temat, po co im te gwiazdki UE przy wjeździe do ich kraju? On na to, a to że bo maja euro, układ z UE, w końcu ujął to w ten sposób, że są ‚baby state’, czyli takim dzieckiem, przybudówką.

 

Sklep z kałachami na wystawie

Muzeum odwiedzone. Powoli idę na autobus powrotny. Z tego co się zorientowałem to jedzenie na mieście jest tu drogie. Ceny za porcje obiadowe nawet w czymś w rodzaju baru szybkiej obsługi z brzydkim wystrojem i menu naklejonym na szybie wystawowej zaczynają się od 8 euro za byle hamburgera z frytkami. Ja nie jem tapet i żyrandoli i jeśli w czymś wyglądającym jak speluna jest drogo to nie jest dobrze. Będę musiał zjeść już w Hiszpanii albo zadowolić się suchymi bułkami.

 

Mijam sklep z bronią. Na wystawie, za szybą wszystkiego do wyboru do koloru. I to nie jakieś tam zabawki do samoobrony tylko cały arsenał, którego nie powstydziłoby się wojsko czy policja. Kilka pistoletów, karabinów, że nie wspomnę o hełmach bojowych, paralizatorach, pałkach teleskopowych, gazach obronnych w wielkich butlach jakich używa policja przy tłumieniu zamieszek. Nawet kałacha można kupić. I to pięknie zapakowaną edycję rocznicową z okazji 60-lecia wynalezienia AK-47. W Andorze jest nakaz posiadania broni. W każdym domu musi być chociaż jeden karabin. A jak ktoś sobie nie kupił to mu sama policja dostarcza.

 

Powrót do Hiszpanii

Fajny dzień, ale wolę Hiszpanię. Docieram do Barcelony późnym wieczorem i z ulgą przyjmuję fakt, że jeszcze jeździ metro. W pociągu natykam się śmierdzącego i zawszonego bezdomnego oraz na skośnych Azjatów mówiących całkiem dobrze po hiszpańsku, ale z chińskim akcentem. Skąd oni się tu wzięli?

 

Tak sobie głupio myślę, że Chińczycy z ich radykalnym modelowaniem terenu pod nowe miasta, zapewne zrównaliby małą Andorę z ziemią, razem z górami i na płaskim terenie wybudowali jakieś porządne chińskie miasto. A na końcu postawiliby podrobioną wieżę Eiffla albo zbudowaliby angielskie domki. Bo czemu by nie?

 

No i cały czas nie mogę się nadziwić odczuwaniu ciepła u Hiszpanów. Ponad 20 stopni a oni nadal chodzą w zimowych kozakach, szalikach i kurtkach zimowych. Co oni mają we krwi? Jak człowiek przyjedzie z Polski albo z Anglii to każdy promień Słońca to zwiastun lata, jakiejś nadziei. A dla nich byle powiew wiatru to trzaskający mróz.

 

Podsumowanie

Warto jest wybrać się do Andory gdy jest się w pobliżu, we Francji lub Hiszpanii. Nie jest to jednak kraj, w którym bym chciał mieszkać dłużej. A i na zwiedzanie tego miejsca, wystarczy 1 dzień plus może jeden dodatkowy na okoliczne wsie.

 

Jeśli chodzi o zamożność to lubię miejsca takie pomiędzy. Ani skrajnie biedne, że strach wyjść z domu, ani takie wypasione jak tu. I jeszcze na dodatek górski, nieprzyjazny klimat. Nie lubię gór, wolę tereny płaskie, najlepiej jeśli jeszcze są położone nad morzem. Nie wiem dokładnie jak wyglądała ta ich bieda 50 lat temu, ale jeśli była tu to już o niej zapomnieli. Andora teraz sprawia wrażenie kraju bogatych ludzi i to takich co albo nie chcą już znać biedy albo sprowadzili się tu nowi bogaci mieszkańcy, którzy majątki mieli od pokoleń. Już wiem jakie to uczucie być w Szwajcarii, Luksemburgu czy Liechtensteinie. Ten sam klimat, który mi nie podchodzi.

 

Wolę duże, różnorodne państwa. Irytują mnie małe z ich małomiasteczkową, czy lepiej ujmując małopaństwową mentalnością zamkniętej społeczności. Da się to odczuć nawet w kilkumilionowych krajach. W większych społecznościach więcej się dzieje i nie obchodzisz ludzi naokoło, co paradoksalnie bywa wygodne. Ma się więcej wolności i prywatnej przestrzeni czy to na integracje z ludźmi czy przyjemne, a nawet szalone życie we własnym świecie. Andora to właśnie takie państwo-wioska.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (12)

  • Marian 3 dni temu
    Ciekawy temat i wiele dowiedziałem się o Andorze.
    Niestety zrobiłeś sporo różnych błedów:
    "okazalem jedynie dowód " -> "okazałem jedynie dowód "
    "w tą i z powrotem" -> "w tę i z powrotem"
    "współ-księciów" -> "współksiążąt"
    "Gdy wysiadam na stacji autobusowej proszę ... " -> "Gdy wysiałem na stacji autobusowej poprosiłem ... ". Należy trzymać ten sam czas przez całe opowiadanie.
    "albo do Hiszpanii, a
    jak ma się za dużo nieopodatkowanych oszczędności" -> ""albo do Hiszpanii, a jak ma się za dużo nieopodatkowanych oszczędności"
    "misz masz" -> "miszmasz"
    "po 16tej, a zwiedzanie jest o 17tej." -> "po 16-tej, a zwiedzanie jest o 17-tej."
    "prowadził tą swoją partnerkę " -> "prowadził tę swoją partnerkę"
    "zrównali by" -> "zrównaliby"
  • MarkD 3 dni temu
    Dzięki za korektę. Czuję się jak na polskim. Przyznam szczerze, że zawsze jak tu coś publikuje to liczę na jakąś ciekawą dyskusje na tematy historyczne i polityczne, a nie tylko punktowanie czasów, literek. Choć nie twierdzę, że nie trzeba dbać o własny język. No, ale jeśli nikt z czytających nic nie wie na ten temat choćby z internetu to jest jak jest. Ciekawego czytania.
  • Marian 2 dni temu
    Marku, przecież pochwaliłem Twój tekst, a błedy wytknąłem z dobrego serca.
    Jeśli chodzi o "ciekawą dyskusję", to nigdy w takie się nie wdaję, bo przeważnie kończą się one nieciekawie.
    Pozdrawiam.
  • Celina 3 dni temu
    A mnie się kojarzy z puszką Pandorry.
  • Celina 3 dni temu
    No, przeczytałem całe, ciekawie opisujesz. Nic nie wiedziałem na temat Andory. A tu proszę.
  • MarkD 2 dni temu
    Miłego czytania.
  • Piotrek P. 1988 3 dni temu
    Bardzo ciekawy, interesujący, absorbujący tekst. Przeczytałem cały, co było przyjemne. We Francji byłem, a w Andorze nie. Byłem w życiu w kilkunastu krajach Europy. A z tych, które zwiedziłem, to najlepiej wspominam: 1. Włochy, 2. Chorwację, 3. Węgry. Te kraje miały, moim zdaniem, bardzo dobry zarówno wygląd przyrody, ludności oraz architektury, jak i nastrój. Osobiście te trzy kraje najbardziej polecam odwiedzić. W Hiszpanii i w Potrugalii też jest zapewne tak samo bardzo pięknie i miło, jednak niestety tam nigdy nie byłem. 5, pozdrawiam :-)
  • MarkD 2 dni temu
    Włochy polecam, Węgry też, Chorwacje tylko samochodem. Pozdrawiam również.
  • Pan Buczybór 3 dni temu
    O, bardzo ciekawy tekst. Krótki, ale w sumie, co tu dużo pisać. Niemniej - Andory jeszcze nie znałem, mało kto zna, a twój felieton całkiem ciekawie przybliża klimat i historię tego miejsca.
    Pozdrawiam
  • MarkD 2 dni temu
    Mały kraj to i tekst krótki. Cieszy mnie, że ciekawy.
  • Ciekawy artykuł. Podajesz mnóstwo informacji; i to w dowcipny sposób. Radziłbym jednak skrócić wątek osobisty. Pozdrawiam
  • MarkD 2 dni temu
    Cieszy mnie, że zauważyłeś ten dowcip. Zawsze jak czytam, oglądam blogi, vlogi innych to męczą mnie takie suche relacje. Może wypadałoby skrócić, może nie, masz prawo do swojego zdania. Pozdrawiam również.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania