Angelo
Angelo mieszkał wtedy na północno-wschodnich przedmieściach miasta, które go przyjęło. Zmęczony podróżą bez celu wysiadł na małym dworcu w mieście Paglionary, o którym nigdy nie słyszał. Zanim pociąg wjechał do kplejnego miasta, długo jechali we mgle, która ciągnęła się, jakby nie miała końca. Kiedy próbował otworzyć okno, podszedł wąsaty konduktor i ostrzegł, że teraz nie wolno otwierać okien.
- Niedługo będziemy na miejscu. Proszę o cierpliwość.
Dworzec bardziej przypominał ruinę. Rozejrzał się wychodząc przed budynek, a potem ruszył za ludźmi, stawiając duże kroki i zostawiając za sobą mrok i wilgoć. Była już noc. Zamykano ostatnie lokale. Patrzył, jak wytaczają się z nich pijani mężczyźni, którzy nie zdawali sobie jeszcze sprawy, że przegrali swoje życie, albo z tego właśnie powodu pili nie widząc sensu życia.
Przeszedł przez kamienny most, który łączył oba brzegi rzeki.
Wynajął mieszkanie z widokiem na rzekę i ten most i każdego wrześniowego ranka patrzył, jak ożywa. Mężczyźni i kobiety dźwigali na plecach duże wiklinowe kosze wypełnione owocami, warzywami i Bóg wie czym jeszcze. Ktoś poganiał osła objuczonego dwoma wielkimi koszami z kwiatami. Angelo wziął aparat i pstryknął kilka zdjęć.
Pijąc kawę, wspominał, jak ojciec wiecznie zatroskany i wciąż, gdzieś się spieszący, miał problemy ze spaniem. Noc, jak mawiał to dla niego krzyż pański. Zrywał się z łóżka, zanim pierwszy kur zapiał, zanim pierwszy letni promień przeciął horyzont i biegł, wielce rozgorączkowany do sadu ubierając się po drodze, nasłuchując czy drzewa nie płaczą po nocnych ulewach, nawałnicach i burzach. Potem, jeśli wszystko było w porządku, wracał, nucąc coś pod nosem, a zimą, ach zimą drzewa jęczały z bólu pod naporem mrozu, co nawet on słyszał.
Sad był całym ich światem. To tam stawiał pierwsze kroki, przewracał się między drzewami, obserwowany przez czujną matkę.
Dzieciństwo Angelo spędził na słonecznej wyspie Alkamon, którą uważa za swój dom. Urodził się pośród winnic i sadów w kamiennym domu z dużym tarasem, na którym odpoczywali wieczorami, patrząc na morze. Pierwszy raz opuścił wyspę, wyjeżdżając na studia do Rzymu. Nauczył się trzech języków, które uznał za najbardziej potrzebne do podróżowania po świecie, ale uznał, że to jeszcze nie czas, by zacząć wymarzone podróże, więc po ukończeniu studiów zaczął pracę w banku w Rzymie, a niedługo potem poznał Stellę.
Ze wzgórza, na którym stał rodzinny dom, widać było ostatnie błyski zmierzchu. Kiedy ojciec zachorował na raka i lekarze rozłożyli ręce, Angelo zabrał ojca do domu. Wystawił na taras łóżko brata Lorenza, który wyjechał do Zoragorii za nowymi niezwykłymi sadzonkami, o których usłyszał na bazarze. Angelo każdego dnia wynosił ojca z domu, by mógł patrzeć na swój ukochany sad i świat, który tak kochał.
- Któryś z was musi zająć się sadami. Ty Angelo masz wiatr we krwi i nie usiedzisz na miejscu. Wciąż, gdzieś wyjeżdżasz, ale liczę na to, że twój brat tu pozostanie, bo nie ma na świecie piękniejszego miejsca niż Alkamon. Tu czas zatrzymał się w miejscu.
Tak też się stało. Lorenzo poślubił Yusimí, córkę młynarza. Nie wyobrażał sobie, że mógłby opuścić wyspę i ojcowskie sady, jak nie wyobrażał sobie, by poślubić kobietę spoza Alkamon.
- Zawsze będziesz miał u nas miejsce.
Doskonale pamiętał tę rozmowę z bratem, ale, coś gnało go po świecie.
Gdziekolwiek, by nie był, zawsze uważał, że Alkamon i dom na wzgórzu są jego prawdziwym domem i zawsze wracał tam z przyjemnością i z niepokojem w sercu wyjeżdżał.
O 2.30 leżąc w łóżku w mieści Paglionary, o którym nigdy nie słyszał, myślał o Stelli i uświadomił sobie swoją samotność, ale nie była to samotność drażniąca, jak zbyt ciasno zapięty kołnierzyk czy drzazga za paznokciem. Raczej pozwalała na pewne przemyślenia. Czas bez Stelli, jakby zwolnił. Mógł spokojnie przemierzać ulice miast, robić zdjęcia, pisać reportaże bez ciągłego odrywania od pisania przez słowa kobiety, które wybrzmiewały w najmniej spodziewanym momencie. Właściwie, żyli z dnia na dzień bez wielkich planów na przyszłość po tym, jak po roku znajomości Stella odrzuciła jego oświadczyny. Może to był jego błąd, bo wybrał nieodpowiedni moment. Tydzień po śmierci babki Stelli uznał, że to jest ten czas, ale zamiast słowa tak i uśmiechu przez kilka dni słuchał pretensji swojej dziewczyny.
- Jak mogłeś. Przecież niedawno zmarła moja babcia. Idź, oddaj ten pierścionek i niech oddadzą ci pieniądze.
Niedługo potem się rozstali.
Siedząc w niewielkiej restauracji, jedząc zupę, jaką jadał w poprzednich życiach, Angelo szukał sensu życia i tęsknił za Stellą. Patrzył na stację kolejową, z której wychodzili powracający z ważnej podróży, bo tylko w takie tutejsi ludzie się udawali oraz na grupki turystów. Poznać ich można było po plecakach i kolorowych walizkach. Byli zagubieni i niepewni. Rozglądali się wokół, szukając taksówek, ale jeszcze nie wiedzieli, że ich tu nie ma. Miasto było zbyt małe i kurczyło się, każdego roku. Umierali ludzie pamiętający życie bez kamiennego mostu. Pamiętali tamten świat bez telefonów komórkowych, reklam, telewizji, ale za to z możliwością rozmowy z każdą napotkaną osobą.
Staruszek z długą siwą brodą po chwili rozmowy prowadził do swojego domu. Posadził przy stole, a jego żona podała gulasz podobny do tych, jakie jadał już w swoim przydługim życiu, a zarazem, jakże inny. Palił język, gardło, a nawet dotknął duszy. Staruszek i jego pękata żona płakali ze śmiechu, widząc jego bezradność. Śmiali się bezzębnymi dziąsłami. Jakoś przebrnął przez ten piekielny gulasz. Jemu też leciały łzy, lecz nie ze śmiechu. Potem staruszka podała jogurt z miodem. Balsam dla podniebienia, wnętrzności i duszy.
- To jakby zrzucić z samolotu wodę na płonący las – powiedział staruszek, uśmiechając się znad miseczki z jogurtem.
Po obiedzie zaprowadził go do kupca sprzedającego magiczne zaklęcia.
- Po co mi magiczne zaklęcia? – pytał po drodze.
- Żebyś mógł tu kiedyś wrócić.
- Przecież wystarczy wsiąść w pociąg.
- Mylisz się. Tu nie trafiają zwykli ludzie. Tu trafiają ludzie, którzy potrzebują pomocy. Balsamu dla duszy – mówił łamanym angielskim.
Trochę przeraziły go te słowa, bo rzeczywiście, choć przyjechał tu przypadkiem, to potrzebował spokoju i jak powiedział balsamu dla duszy.
Zasuszony staruszek na jednym z bazarów podarował mu bransoletkę z niebieskich jak niebo koralików szepcząc, cos pod nosem.
- Teraz, będziesz już żył spokojnie. Nie musisz gonić za swoimi marzeniami. One spełnią się w sposób, którego byś się nie spodziewał – tłumaczył brodaty staruszek.
Ostatnie lata to był trudny dla Angelo czas.
Kiedy pracował w bankowości, marzył, by to rzucić i zacząć podróżować. Kochał podróże od najmniejszych lat, a podróż pociągiem to była najwspanialsza przygoda. Miał już odłożoną sporo gotówki i był gotów.
Jego dziewczyna miała wokół siebie wianuszek przyjaciół, matkę, braci, którzy doradzali jej, by go zostawiła, a on był sam.
- Co to za zawód podróżnik? – pytał jej ojciec. – Przecież miał bardzo dobrą, stabilną pracę i dobrze zarabiał.
Niby tak, ale dusił się w tych przeszklonych, klimatyzowanych pomieszczeniach i pewnego dnia wchodząc do budynku, skierował swoje kroki, prosto do gabinetu dyrektora, by złożyć wypowiedzenie.
Wychodząc z banku, wreszcie poczuł się wolny.
Każdego dnia, gdy byli razem zastanawiał się, czy piękna zielonooka Stalla czuje to co on, a gdy na nią patrzył, znikały wszelkie wątpliwości. Jego wątpliwości.
Na wiadomość, że wyjeżdża, Stella się wściekła, twierdząc, że jako przyjaciel jest dobry, ale do życia we dwoje się nie nadaje. To zabolało. Spakował się bez słów i wyszedł, choć nie miał pojęcia co robić. Po prostu wsiadł w pociąg i pojechał, byle dalej od Stelli.
O siódmej rano obudził go tupot dziecięcych nóg w mieszkaniu piętro wyżej. Wstał i wyjrzał przez okno. Kamienny most i dachy domów położonych niżej okryte były mgłą. Potrzebował kofeiny, więc założył płaszcz, kapelusz i wyszedł w poszukiwaniu otwartej kawiarni. Mimo wczesnej pory znalazł małą tawernę, w której kelnerka zamiatała podłogę.
Za każdym razem, gdy wracał do Alkamon widział, jak matka robi się coraz słabsza. Brat z żoną i piątką dzieci wybudował nowy dom zaledwie dwadzieścia metrów od starego. Może to i dobrze – myślał – bo mama potrzebuje spokoju, a piątka dzieci, to gwarancja, że tego spokoju nie będzie.
Lubił przechadzać się po sadzie i dotykać drzew. To właśnie w sadzie poznał Julię, która przyjechała na zbiory wiśni. To Julia z czarnym długim warkoczem pokazała mu, co znaczy cielesna miłość, bo do tej pory czytał o niej tylko w zakazanych powieściach. Miał wtedy piętnaście lat, a osiemnastoletnia Julia była gorąca, jak piec w zimowe dni. Czy się w niej kochał? Tak. Do czasu, aż przekonał się na własne oczy, że nie był jedynym uczniem Julii.
W starym domu lubił siedzieć przy kuchennym stole i pijąc kawę rozmawiać z matką. Wspomnienia i opowieści starszych to było, coś, co lubił od najmłodszych lat. Po obiedzie szedł na cmentarz. Kupował świece u straganiarki stojącej przed cmentarną bramą i szedł po kolei od grobu do grobu. Cmentarz się rozrastał. Na starym cmentarzu pod murem leżała babcia i dziadek, którego nie pamiętał. Znał go tylko z opowieści. Ojciec leżał już na nowym cmentarzu. Zapalił świeczkę, usiadł na ławeczce, chwilę się pomodlił, a potem opowiedział ojcu, jak to dobrze radzi sobie Lorenzo i o matce, która staje się coraz mniejsza, jakby ją ciągnęło do ziemi.
- Ale umysł mama ma sprawny. Wiesz, że zawsze się tego bała, że na starość w głowie jej się pomiesza, lub nie daj Boże, będzie leżąca.
Po dwóch, trzech dniach wyjeżdżał z tęsknotą w sercu za słoneczną wyspą.
Marisol. Dawny sklep mięsny przekształcony w bar nie miał zbyt wielu klientów. Kelnerka z dużymi, jakby zamglonymi oczami spytała, co podać.
- Czarną kawę, dżin z tonikiem i paczkę twardych Marlboro.
- Czy był pan już w naszym pięknym kościele pod wezwaniem San Federico? Nie? Koniecznie musi pan tam się udać. Figura świętej Rity słynie z rozwiązywania problemów i sytuacji wydawałoby się beznadziejnych.
Nie miał takiej potrzeby, aby zwracać się z prośbą do świętej Rity, ale nie byłby sobą, gdyby nie udał się do kościoła San Federico.
Szedł wąskimi ulicami przez główny plac Sauda Loja, na którym stał pomnik chłopca odrzucającego kule. Przeczytał, że chłopiec tan Ruiz Alekaido po żarliwych modlitwach matki do świętej Rity przestał być chromym chłopcem poruszającym się o kulach. Cud ten potwierdziło kilkadziesiąt osób, będących w tym czasie w kościele. Zrobił zdjęcie pomnika i tablicy i ruszył dalej.
Po chwili otworzył ciężkie drzwi i wszedł do kościoła. Zawsze kochał ten chłód i ciszę kościoła. Przypomniało mu się, jak babcia prowadziła go do kościoła przez polną drogę przez port rybacki usiany tawernami, w których przesiadywali zmęczeni nocnym połowem rybacy. W wąskich uliczkach na sznurach rozciągniętych między budynkami trzepotało rozwieszone pranie, a mały Angelo zadzierał do góry głowę, bo wydawało mu się, że to trzepot anielskich skrzydeł.
W upalne letnie dni babcia zakładała mu na głowę wielki słomiany kapelusz, a zimą co i rusz poprawiała mu szalik i czapkę, by chronić go od silnego północnego wiatru.
Ciężko było mu wstawać o piątej rano, by zdążyć na roraty czy rezurekcję, ale babcia, była nieugięta.
- Matka Boska na nas czeka w kościele, a ty śpisz.
Te słowa go budziły. Nie potrafił się wtedy modlić. Po prostu siedział w ławce i rozglądał się po witrażach, wielkich obrazach, które go przerażały, marząc, że jest wielkim podróżnikiem i żadne miejsce na ziemi nie ma dla niego tajemnic.
Wielki Bóg okryty chmurą spoglądał groźnie na niego z wielkiego obrazu, grożąc wskazującym palcem.
Angelo ukląkł pośrodku kościoła i usiadł w ławce. Rozglądał się z zaciekawieniem po otaczających go obrazach i figurach świętych. Święta Rita patrzyła na niego, jakby starała się odczytać jego myśli. O czym marzy? O Stelli i jej zielonych oczach. Chciałby...
- Angelo?
Z rozmyślań wyrwał go tak dobrze znany głos. Spojrzał na kobietę, klęczącą obok.
- Długo tu jesteś? – wyszeptał.
- Jakieś dziesięć minut, ale nie chciałam ci przeszkadzać w modlitwie.
- Nie modliłem się, tylko rozmyślałem.
Gdy wyszli z kościoła, poszli na spacer na drugą stronę mostu. Stella wciąż była piękną kobietą. Wciąż miała zielone oczy i nieco dłuższe brązowe włosy z kilkoma siwymi pasemkami.
- Co robisz w Paglionary?
- Czysty przypadek. Poczułem, że muszę tu wysiąść. A ty? Co tu robisz?
- To samo, co i ty. Czułam, że muszę tu wysiąść, chociaż miałam jechać w całkiem inne miejsce. Wierzysz w przeznaczenie?
- Dzisiaj już tak.
- Czytałam wszystkie twoje reportaże – powiedziała w restauracji, do której wstąpili. – Byłam z ciebie taka dumna i bardzo żałowałam, że rozstaliśmy się w gniewie. Nawet szukałam cię i byłam w Alkamon. Przepiękne miejsce, ale niestety nikt nie wiedział, gdzie jesteś. Jutro rano wyjadę do Paryża, a jak wiadomo, ktoś, kto stąd wyjeżdża ma bardzo nikłe szanse na powrót do Paglionary, ale pogodziłam się z tym. Kocham to miasto, ale muszę wyjechać.
Rozmawiali długo o swoich dawnych życiach, aż zatęsknił za Alkamon i domem z kamienia.
Wieczorem w łazience przy słabym świetle żarówki wziął prysznic i ogolił się, zacinając się przy tym dwa razy. Spakował walizkę i ruszył na dworzec. Podczas rozmowy ze Stellą zdał sobie sprawę, że nie potrafi kochać, jak wszyscy. Ból, jaki mu zadała, sprawił, że wyjałowiła się jego dusza. Jak nieuprawiana ziemia zarosła żalem i wspomnieniami. Zdał sobie sprawę, że aby nie zwariować musi podróżować i co jakiś czas wracać do domu z kamienia. To nie było tak, że nic nie czuł do Stelli, ale nie chciałby przeżywać tego wszystkiego jeszcze raz.
Siedząc w pociągu i przeglądał zdjęcia, które zrobił w Paglionary. Miał nadzieję, że jeszcze wróci do tego miasta, bo te dwa tygodnie, jakie tam spędził to zdecydowanie za mało. Napisał długi list do redakcji z wyjaśnieniami i wysłał, dodając zdjęcia oraz reportaż z tajemniczego miasta o którym tak niewielu ludzi wiedziało.
- Dokąd jedziesz Angelo?
Stella stała obok. Ubrana w ciemno granatowa sukienkę i z dłońmi na wyciągniętym uchwycie walizki. Angelo wstał i położył walizkę Stelli na górnej półce.
- Jadę do domu Stello. Do Alkamon.
- Mogę jechać z tobą?
Szli trzymając się za ręce przez zakurzone robocze dzielnice Alkamon.
- Angelo! Wróciłeś? – krzyczał z rusztowania jego kuzyn Carlos próbują przekrzyczeć wiatr.
Nie miała sensu odpowiadać, więc rozłożył tylko ręce i wzruszył ramionami w geście, który oznaczał, że jeszcze nie wie.
Matka drzemała w bujanym fotelu na tarasie. Otworzyła oczy, gdy dotknął jej ramienia.
- Wróciłeś synku? – spytała widząc walizki.
- Chyba tak mamo.
- Ja panią znam.
Matka wstała i podeszła do Stelli. Chwilę jej się przyglądała, a potem otworzyła ramiona, by ją uściskać. Gromadka dzieciaków wysypała się na taras na wyścigi próbując wspiąć się na ramiona wujka.
- Wujku Angelo, a długo u nas zostaniesz?
- Możliwe, że bardzo długo.
- Ugotowałam zupę pomidorową z ryżem. Zjecie?
- Oj mamo. Nawet nie wiesz, jak bardzo tęskniłem za twoimi zupami. Marzyłem o niej szczególnie jednego dnia, jedząc gulasz, który wypalał wnętrzności.
Wiedział, że to miejsce w którym chce żyć. Żyć być może ze Stellą u boku.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania