Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Anima Mea Plena Est Sanguinibus, Deus. O Boże!
Cała ta zgnilizna okrywająca me ciało, niczym łono matki, choć oczy mam zamknięte, przybite, wiatr krwawy muska me stęsknione oczy, niczym matka gładzące mnie po czole, dająca komfort w czerwieni, którą stało się me ciało.
Zgładzone i zmieszane, z niemożliwością jakim jest zgorzknienie mego grzechu.
Me ciało czerwone, bielą uszkodzone, to co było duszą teraz mą skórą
Ciało na nowo stworzone, wycięte, brak narodzin i brak śmierci, i ta dziura w mojej piersi, pusta, pełna brudu i kurzu.
Bez czucia, bez niczego oprócz słodkiego, nic prócz ekstazy jaką jest gwałt na Bogu, me ciało jego odbiciem, dzieckiem i tworem choć wycięte nie narodzone.
Niczym narzędzie wbite w płótno
Roztopiony, zarumieniony rozpływam się w bieli. Paruje, wplątując me ciało w chmurę która piskiem usypia mnie do snu.
W ten się budzę, płonę Boże patrząc w twą stronę, płonę w ekstazie na widok gwałtu twego jestestwa, twe martwe ciało gwałtem oblegane.
Ludzkości, choć jego ciało rozciąga się na lewo I prawo, nadal ojca swego miłością dążę, me ciało wpada w ekstazę, w agonii ręce podnoszę do góry.
Ale moja dusza płacze, choć jest mym ciałem.
Pola kiedyś krwawe płoną, w ekstazie i podnieceniu śmierć leży martwa, drzewa kiedyś rdzą obtoczone płoną, a wydmuszki patrzą na me ciało.
Tak inaczej kolorem ubarwione, tak czerwone.
Klęczę, przed Bogiem, będąc odbiciem jego nie tworem, choć cały świat płonie, płaczę nad jego grobem, ta lina, na której wisi
Nad jego ciałem przyświeca dziura w niebie gdzie było kiedyś słońce
A me ciało w ekstazie.
Starając się zlizać skazę, te śpiew błagalne, w tych krzykach podniecenia określając ciało ekstazy, dziecko zjedzone po porodzie, plama na ścianie w jego kształcie, w kształcie Boga.
Teraz kiełkuje z nieba, rozkwitająca jajkami, obrastając krwawymi gwiazdami. Wszystko w tym erotycznym szale, to gorzkie zafiksowanie nad ludzkim ciałem, choć przecięte i nietknięte. Przez czerwień poplamione, nowe Bóstwo przez ludzkość uwielbione.
Wszystkie ciała ze sobą złączone, jakby w tańcu, tym plugawym rytuale, ludzkie ciała w erotyce połamane, stopione i ułożone w nową wieżę Babel.
Ludzka plugawości na równi z Bogiem, kochającym ojcem, teraz wszytko jest czerwienią. A on wisi pierwszy i ostatni.
Dusze zmieszane razem z ciałem, na nowo całe i białe, lecz przecięte i ociosane, te łzy zgorzkniała leżące pod jego stopami, na szczycie wieży, nad jego tworami które do tej pory w ekstazie obejmują jego ciało.
Czy tym jest właśnie wolna wola? Oddanie się ciału i zmieszanie go z duszą?
Czy tak właśnie ludzcy erotomani malują niebo, jako jego ciało?
Plugawe
Lecz z jego trzewi coś wystaje, coś nie tak z jego rękami, mój umysł jest wypełniony obrazami.
Co się stało z moimi trzewiami?
Tryska, że mnie bieli łaknienie, ma szczęka zatrzymana na kręgosłupie dziecka, a ręce me na szyi jego.
Topię się w ekstazie, biel ogrzewa me ciało, po co żyć i dychać, skoro szczęście wypełnia mą duszę, po co Bóg w tym świecie, skoro nowy mi oświeca ciało, po co umysł zwierzęciu, skoro został stworzony do pożerania i reprodukcji.
O Erotyczności, gwałcie na całej ludzkości, Matko każdej plugawości.
Ta Biel spowijająca me ciało, pachnie jak ludzkie mięso, więcej ludzi, więcej ciał, ale zero duszy.
Wyciągając żelazo z jego trzewi, mosiężne nożyce.
Wieża Babel płonie, ludzkość w orgii wiecznej jęczy coraz głośniej, metal się topi, choć nie traci formy, niczym dusza tańcząca walca z ciałem, ogień się mienił nie czerwienią lub bielą.
Lecz czernią tak głęboką, lecz kolorową, tak piękny taniec zrodzony z miłości, bez nienawiści ani zazdrości, strachu czy nudności, z czystej miłości, noga za nogą, ręką do ręki, w miłości wpatrując w siebie oczy.
A pomiędzy nimi metal, nożyce, niby owoc miłości a twór, narzędzie, lecz miłość Boga do ludzkości, niczym ojciec do swego narodzonego dziecka. Ogień gaśnie, me ciało ranne, kochankowie klęczą gasnąc razem w ciszy.
A ja krwawię, nie widzę ranę, lecz krwawię,
Nie widzę ja krwawię, nie słyszę ja krwawię, nowa ekstaza, nowe szczęście, nie ma śmierci, jest tylko życie.
Bóg patrzy na mnie, lecz ja topnieję.
Tyglu samotności, Tyglu miłości i okropności, Tyglu całości i potworności, Tyglu o mosiężne żelazo, miłości ludzkości o ręko pchająca do skoku, racjo i prawdo.
Mieczu Tristana, Włócznio Lonnginusa, modle do Boga przecinające pierś i duszę, córo erotyczności. Każdy człowiek z podciętym gardłem z twego ostrza, patrzy się w górę patrząc na twe wieczne ciało, choć stopione i bez kształtne, choć w śnie barłogu nadal widzę twą duszę.
Mój nowy Bóg nie żyje, o światło Erotyczności, Arko z Ludzkich ciał płonie, wszystko zatopione, Erotyczności, wieża Babel płonie, wszystko teraz to jest wielkie czerwone może.
Moja ciało płonie, już nie czerwone zwęglone, metal wepchnięty w moje dłonie, roztopia moje palce będąc częścią dłoni.
W ten spojrzał na mnie zza okowów płótna, albo z niego. Moje ręce zwęglone, moje płuca spalone, choć maluję.
Cały świat, znikł, został tylko on, ostatni i pierwszy, bez erotyczności, bez troski, dlaczego on pożera moje zwłoki?
To nie są me ręce, one są białe, to nie są moje nogi, te były częścią chmury. I ta twarz, nie zostawiając mi nawet głowę.
Co się stało?
Gdzie jest moje ciało? Czyje są moje oczy?
Wszystko wymalowane na płótnie, widzę na nim swoją duszę.
Czy takim go właśnie zrobiłem, czy zwyczajnie jestem jego odbiciem?
Czy jestem czymś więcej niż tylko wyobrażeniem kiedy me ciało zostało wykute z karmelu , czy to jest właśnie kara za erotyczność ludzkiego ciała?
Czy za jego pożarcie?
Gdzie się podziało to całe łaknienie? Gdzie uciec mogło moje pragnienie? Wszystkie zostąpione tym nie kończącym się głodem.
Me zafiksowanie nad ludzkim ciałem, wycieka w kałużę, każda troska i plugawość, wypalona na moimi mięsie.
Boże, pragnę tego więcej.
Ale nie mogę.
Rozkosz znikła z moim ciałem, zjedzone z mym nowym Bogiem, niczym jajka rozbite na stole, lecz to ja je zgniotłem, tym metalem w mej ręce.
Ten ciągły pis żelaza rozlegający się w mych uszach, i jego oczy, wbite w mą osobę choć martwe i nie obecne, ogląda me ciało z obrzydzenie, jak bym nie był jego tworem.
Teraz sam plugawy, mały, stoję przed Bogiem, teraz jestem tylko porcelanową lalką.
I ten metal który wyżłobił mi nowe ciało, staje się mą nową duszą, erotyczmości łaknienie, teraz głodem uwagi, choć Bóg jest martwy.
Z nieba wyrastają gwiazdy, opisujące jego grzechy, plugawość którą zrodził po narodzeniu metalu, po stworzeniu ludzkości.
Ciągle powtarzając tą samą frazę, w kółko, tak plugawą i okropną, aż gorzką, nadal jednak ludzką, takie są właśnie nasze dusze czerwone.
Nie podległe ciału choć nadal łakną jego uwagi, potrzebują one Erotyczności.
Nadal patrzę w jego stronę, ten wisielec nie jest Bogiem.
Bo jego ciało jest czerwone, jego ciało całym światem, poszatkowanym i zjedzone, ale rozum jego został.
Mało dusz, wiele ciał, i w każdym z nich krew, ta rdza i zgorzknienie w każdym z nas.
Teraz kiedy wszystko jest martwe, on wisi szalony, Kat im Morderca po jego ostrzem, nie rozwinięty pąk i przekwitnięty kwiat.
To zgrzytanie zębami, ten gruchot kości, on jest głodny!
Wchodzi we mnie gwałtem przejmując ciało, wszędzie czerwień sama czerwień, oczy kryształem obrośnięte.
Metal się grzeje, przecina me ciało wyganiając go do głowy.
Biorąc wszystkie grzechy ludzkości w moje ciało, w mój umysł.
Na nowo wszystko czerwone.
Ja nie chcę tego, nie chcę spłonąć, ale teraz to nie moje ciało.
Matko dopomóż, Ojcze ratuj, gdzie jest moja wolna wola?
Teraz , Jestem Czerwienią.
Komentarze (7)
Jest to horror o zabużeniuach moralnych gdzie główny bohater co raz bardziej oddaje się złu ( diabłu) , co kończy się stratą siebie samego i bliskich.
Gdzie tu główny bohater oddaje swoje ciało i duszę ,, Erotyczności " tylko po to by je stracić.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania