Anna
ANNA
"PRZESŁANIE
Tak pisać aby nędzarz
myślał że pieniądze.
A ci co umierają:
że to urodziny."
E. Lipska
Moje upodobania względem kobiet zawsze budziły wśród moich przyjaciół, co najmniej zdziwienie. Coś, co na ten przykład dla mnie i dla mojego własnego rozumowania piękna było rzeczą aż nader oczywistą stanowiło trudny do zrozumienia przez moich przyjaciół kaprys lub nawet ironię. Jak zwykło się mawiać: "są gusta i guściki"; przypominając to sobie zazwyczaj w takiej chwili przyjaciele moi nie trudzili się za bardzo łamiąc sobie głowy; co mnie w tej kobiecie tak pociąga? Istniała jeszcze jedna moja własna hipoteza na ten temat mówiąca o tym, iż najprawdopodobniej nie jestem człowiekiem normalnym a wręcz przeciwnie naznaczony, jakimś osobliwym rodzajem obłędu, przez co moje odczucia w kwestii piękności lub jej braku w kobietach tak bardzo różniły się od ogólnych norm na ten sam temat. Nie ma się jednak, co rozwodzić nad sposobami mojego pojmowania i przyjmując zatem, że jestem wariatem albo w najlepszym razie dziwakiem podążajmy dalej drogą tej opowieści.
Myśląc o tym teraz z perspektywy minionych lat okrytych przez czas mgiełką niepamięci szczegółów, wypełnianych niekiedy przez burzliwe chaszcze mej nieodgadnionej wyobraźni, dochodzę jednoznacznie do wniosku, że na pannę Annę zwrócić uwagę musiałem, co też i uczyniłem. Było to tak łatwe do przewidzenia, iż każdy, (co podkreślam KAŻDY), kto znał mnie choćby troszkę nie mógł się nie domyślić tak wyraziście oczywistej rzeczy. Wszystko, co związane było z ową tajemniczą niewiastą było jednoczenie okryte woalem tajemnicy, setki a nawet tysiące tajemnic spowijające młodą osobę budziły we mnie dreszcze pożądania jej słów jej spojrzenia słowem jej całej. Najbardziej podniecająca dla mnie myśl, tłukąca się (nie bez bólu) najgłębszych czeluściach mojego (najprawdopodobniej niedoskonałego) umysłu, wyrażała się jedynie chęcią zgłębiania odkrywania i analizowania każdej z tajemnic zawartych w osobie panny Anny. Poddając się nieodpartej tęsknocie poznania, zjawiałem się zazwyczaj w tych samych, co ona miejscach i w tym samym czasie, czyniąc się dobrowolnie jej bacznym obserwatorem. Z błogą rozkoszą oddawałem się bez reszty obserwacji kobiety, sam przyczajony w jakimś bezpiecznym kącie pośród półmroku tego samego pomieszczenia, odgadując z mimiki jej twarzy i z gestów jej ramion, co za myśli w tej właśnie chwili kryją się pod kształtnym kośćcem jej czaszki. Szybko stało się to dla mnie zajęciem najbardziej pożądanym z pośród rozlicznych innych zajęć, które przestały mnie zajmować. Popadając z czasem w coraz to większe uzależnienie zacząłem odczuwać niemalże bul fizyczny, kiedy to nie mogłem (z różnych przyczyn) zająć się obiektem mych wynaturzonych pragnień. Czy Anna zdawała sobie sprawę z narastających we mnie chęci jej odkrywania? Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć w sposób prosty do dnia dzisiejszego. Miała prawdopodobnie jakieś przeczucia odnośnie, niby to przypadkowej jednak stałej mej obecności w zasięgu jej wzroku, nie bez przyczyny przecież tyle się rozprawia o kobiecej intuicji, przypisując jej niekiedy nie zatraconą podczas ewolucji zdolność dzikiego instynktu na wzór wrodzonej umiejętności ptaków do orientacji geograficznej podczas ich sezonowych dalekich podróży. Tak jednak jak już powiedziałem nie potrafię mieć całkowitej pewności, co do ówczesnego stanu świadomości tej zadziwiającej istoty. We mnie samym natomiast właśnie w tamtym czasie rozgorzała najdziksza z wszystkich burz, kiedy wspomnę ten straszliwy czas drżenie samoistnie powraca w moje członki a czoło rosi się lodowatym niezdrowym potem. Czarność nocy i jej długie jak całe wieki ciągnące się w nieskończoność minuty.
Spowity w półśnie i zły z niemocy pozbycia się obrazu Anny wciąż i wciąż powracającego do mej głowy, niczym zjawa satyra o ustach wykrzywionych nieładnym uśmiechem ironii, pośród dudniącego gdzieś z otchłani pytania:, „KIM JESTEM?", trwałem cierpiąc katusze niewiedzy w nieustannej walce z pragnieniem poznania. Straszne te chwile wspominając nie potrafię inaczej jak tylko ze zgrozą zapadłą na zawszę w mą duszę gdzie pozostawiła bliznę do dziś o swym istnieniu przypominającą. Choć zawsze byłem człowiekiem szczupłym a według niektórych nawet chudym, schudłem jeszcze bardziej, twarz moja stała się blada niczym twarz trupa a wystające kości na moich dłoniach z trudem pokrywały przekrwione oczy, kiedy to tuliłem w nich głowę. Czyżby czar jakiś niedobry, rzucony na mnie zupełnie nieświadomego zbierał wówczas swoje plugawe żniwo? Czy Anna mogłaby mieć do czynienia z obcymi złymi mocami? Tego odgadnąć nie potrafiłem. W pełni jednak świadom zmian, jakie we mnie zaszły, trwożąc się nie bez przyczyny przecież nad losami własnego żywota postanowiłem zakończyć męki, które w chorobowy ten stan wpędzając mnie coraz głębiej do zgonu nieuniknionego doprowadzić musiały.
Głowiąc się nad sposobem zakończenia mych cierpień niezmiennie dochodziłem do jednego i jedynego wniosku, iż lekarstwem dla mnie jedynym może być li tylko i wyłącznie zaznajomienie się bliższe z osobą za męki moje odpowiedzialną najbardziej. Innej drogi nie było sposobu się doszukać. Kiedy bowiem ogromnym wysiłkiem woli starałem się skończyć z mym nałogiem w większe jeszcze odmęty choroby popadałem. Tak więc choć nie bez lęku stanąć postanowiłem naprzeciw źródłu mych nieszczęść. Nie bacząc na jakiekolwiek przyjęte w tej dziedzinie normy i narażając się na śmieszność podchodząc w wprost do panny Anny i przedstawiwszy się uprzednio poprosiłem o rozmowę w cztery oczy. Szanowny czytelnik zwrócić powinien uwagę, w jakim rozpaczliwym byłem położeniu decydując się na taki krok i uzmysłowić sobie w ten sposób rozmiary mojej determinacji. Zgodziła się na wspólny spacer po parku celem odbycia ze mną rozmowy, skoro uprzednio zapewniłem ją o palącej potrzebie obycia takowej. Zachowywała się przy tym wszystkim dość przyjaźnie w stosunku do mnie i szczerze powiedziawszy powinienem jej być wdzięczny za tak dalece idącą wyrozumiałością z jej strony, jednak. Jednak nie potrafiłem wytłumaczyć z kad. wziął się z razu we mnie cień podejrzenia, jakby tchnienie ducha, ledwo wyczuwalne przeczucie, że zbudziłem najpotężniejsze moce piekielne i w jednej tylko chwili przekreśliłem swój los. Noc przebrnąłem na jeszcze większych niż dotychczas katuszach, bo choć spotkanie termin już swój miało wyznaczony, co i nadzieję jakąś w dusze moją wlać powinno to wspomnienie Anny bliskiej jak nigdy dotąd tak jeszcze żywe jakbyśmy się jedną minutę temu rozstali, barwa jej głosu dźwięcząca wciąż w uszach i szereg innych doznań zbyt wyrazistych by mogły przejąć bez echa. Przyjętej przeze mnie terapii zaleczenia, nie wróżyło to powodzenia wcale, do spotkania naszego jednak doszło.
Czekałem w parku. Już widziałem ją nadchodzącą powolnym krokiem, była sama. Zbliżała się zapatrzona gdzieś w sposób, który dawał mi sposobność podziwiania jej profilu. Czujna niczym gazela, z wyrazu jej twarzy nic się odgadnąć nie dało, przyglądanie się temu wywołało we mnie strach i dech mi w piersiach zaparło, tak, więc kiedy już podeszła niczym oszalały wydałem z siebie dzikie jakieś westchnienie. Spojrzała na mnie a ja utonąłem w jej oczach jak w studniach dwóch najgłębszych. Nie broniąc się już wcale dając się zupełnie ponieść czarodziejskim marą tamtej chwili, jak uczniak, mogący wzbudzać nic innego li tylko politowanie wyspowiadałem się Annie z wszelkich palących mnie do żywego bolączek, i choć to moim zamiarem nie było wcale wzbudziłem w niej poczucie winy. Było przykro tej anielskiej istocie, że takich boleści była powodem.
******
Spotkania nasze stały się zwyczajem. Po bliższym poznaniu Anny zostałem całkowicie uleczony a jednocześnie wielbiłem świat cały z sposobność przebywania w jej towarzystwie. Bezgranicznie w niej zakochany upajałem się do nieprzytomności jej umysłem jej ciałem i wszystkim tym, co by, choć
malusieńką swoją cząstkę miało z nią wspólną. Po czasie o wiele krótszym
niż to było w towarzyskich kręgach przyjęte, poślubiłem wybrankę w niej znalezioną niczym cząstkę duszy mej własnej, którąś gdzieś zgubił w okowach najwcześniejszego nieświadomego dzieciństwa. Dawno już zapominając o odkrywaniu jej tajemnic w szczęście jedynie moje zapatrzony, przeoczyć musiałem, iż w nieziemskiej lecz anielskiej, wyśnionej i spowitej w czarodziejskie zapachy istocie coś niedobrego dziać się zaczęło. Ba!!! schlebiało mnie na początku jej dociekanie co do szczegółów mojej osoby, w miarę jednak upływu czasu ukryć już nie było sposobu, że zainteresowanie z jej strony nie jest zwykłą ciekawością ludzką, którą tak łatwo przecież zaspokoić jest się w stanie. Z początku niewinne i zwyczajowe pytania na, które odpowiadałem, miast wyczerpać zapas jej dociekań stawały się pożywką, na której to wyrastały inne bardziej niż poprzednie szczegółowe i bardziej dla mnie kłopotliwe. Nie miałem zamiaru taić niczego przed mą najcudowniejszą, niemniej jednak na niektóre z jej pytań nie znałem odpowiedzi nawet ja sam, choć bezsprzecznie to mnie właśnie dotyczyły. Szczęście moje pokrył cień, nie ulegało bowiem wątpliwości, że dziwne i osobliwe by nie powiedzieć niezdrowe zainteresowanie ze strony mojej żony narastało z każdym dniem. Uświadomiwszy sobie, iż bliskie z moją osobą stosunki są dla niej tak samo zgubne jak moje poprzednie dolegliwości wynikające z oddalenia od ukochanej, postanowiłem pomóc jej za wszelką cenę. W tym celu sprowadzałem najprzeróżniejszych lekarzy zajmujących się chorobami ciała albo też chorobami duszy. Nie brakowało pośród nich prawdziwych autorytetów, cwaniaczków, szubrawców, i wszelkich innych, którzy zorientowawszy się, że nie mogą mi pomóc starali się jedynie wzbogacić na naszym nieszczęściu. Niewyobrażalnie zadziwiające metody terapii, przez które przechodziła Anna a które ja zalecałem w trosce o nią samą w jak najlepszej wierze wołały o pomstę do nieba a na widok ich włos jeżył się na głowie. Straciwszy ostatecznie cierpliwość przegnałem wszystkich, pozostając jedynie przy tym ( co mnie się wydawało najbardziej realne) by podawać chorej wieczorem kielich słabego rozcieńczonego wina. Tymczasem schorzenie trawiące tę kobietę - anioła postępowało. Przyzwyczajony do tego, że przynajmniej raz w nocy przebudzony zostawałem by mogła zadać mi pytanie, źle spałem w ogóle i podupadłem na zdrowiu. Zacząłem coraz mniej rozcieńczać wino a i podawałem go z czasem coraz to większe ilości. Lęk przed nieznanym, które było przede mną spowodował pojawianie się coraz częstsze koszmarnych snów, upiornych widziadeł, tak że można było powiedzieć, że zło rozgościło się na dobre w naszym domostwie. Przyjaciele i znajomi przestali nas odwiedzać a my skazani na siebie trwaliśmy pełni złych przeczuć i wyzuci z nadziei.
Wisiałem pod sufitem naszej sypialni nie do końca rozumiałem jak to wytłumaczyć nie miałem na to z resztą za wiele czasu bowiem przed moimi oczyma rozgrywały się sceny z czeluści szatańskiej wyobraźni zaczerpnięte zapewne. Oto spostrzegłem Annę klęczącą na łożu ze mną dzielonym. Jej ręce do wysokości łokci ociekały lepką gorącą krwią koloru brunatnej czerwieni, łóżko wyglądało jakby ktoś umyślnie wiadro juchy nieświeżej wylał w sam jego środek. Napięły się we mnie wszystkie nerwy do granic możliwości, sparaliżowany i niezdolny do myślenia przyglądałem się mimowolnie nie mogąc uczynić nic innego. Anna klęczała nad innym ciałem i poznałem, że jest to moje ciało. Twarzy własnej nie udało mnie się rozpoznać lecz widziałem wyraźnie, że czaszka moja została otwarta przy pomocy tasaka leżącego obok w krwistej plamie. Kochana moja Anna nie przypominała siebie samej. Nigdy jeszcze nie widziałem jej w takim stanie nawet w czasie najbardziej zaawansowanego stadium jej choroby. Oczy stały się martwe niczym oczy wypchanych zwierząt sporządzone z kolorowych szkiełek, przy tym całkowicie były czarne, jakby na ich stanowienie nic innego się nie składało jak tylko matowa czarna kulka. Jeśli zaś chodzi o wyraz jej twarzy to słów mi ni staje by móc choćby w przybliżeniu jakimś opisać ten obraz najstraszniejszy z obrazów zrodzonych kiedykolwiek na tej planecie.......
.....Powoli wracała jaźń. Poczułem, że leże na posłaniu. W jednej chwili zrozumiałem, że przebudziłem się z koszmaru. Ciało moje lodowate z początku zdawało się nie reagować po chwili jednak otworzyłem oczy. Wpatrzony w czarność, którą nazwać inaczej nie można było jak ciemność absolutna starałem się otrząsnąć z resztek snu. Doszedł mnie zapach świeżej wilgotnej ziemi,
jednoczenie pośród nieprzeniknionej ciszy, takiej o której mówią, że kłuje w uszy słyszałem, tak słyszałem wyraźnie chrobotanie delikatne jednak w tej ciszy dudniące jak dzwon. Krew ścięła się w mym ciele na myśl, która właśnie wtedy pojawiła się w mojej głowie. Wyciągnąłem powoli rękę i napotkałem na przeszkodę jakieś dwadzieścia centymetrów nade mną. Jasne się stało, iż obudziłem się w moim własnym grobie......
..... Znowu się obudziłem. Anna spała spokojnie obok mnie. Zerwałem się z posłania niczym oparzony. Zabrałem tylko najpotrzebniejsze rzeczy i pobiegłem na dworzec w środku nocy. Wskakując do pociągu, który miał mnie wywieść gdziekolwiek byle by dalej stąd ciągle nie zdołałem się opanować. Po kilku a może kilkunastu minutach usiadłem w przedziale i rozpłakałem się jak dziecko. Po dziś dzień nigdy już nie wracałem do tego miejsca i tych wspomnień a co się stało z Anną nie wiem.
Zenon
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania