Ansel Iidie Abakoltrante
I. W ciszy dokładne wspomnienia tamtego miejsca wracały do niego, jakby nadal tam był. Jakby nadal tam był... Odsunął się, zerwał do biegu. Drzewa narastały ku górze i zagryzały u szczytu prętami klatki. „Ta ścieżka jest dobra”, pobiegł. Błysnęła szalbiercza sylwetka. Wilk. Pożarł go oczami. Iidie zawrócił w drugą ścieżkę. Drugi wilk przeciął jego drogę. Skoczył w trzecią, kolejną. I… Wrócił na rozwidlenie. Z dużych, oliścionych gałęzi zbudował ściany, na piasku palcem połączył gałęzie i opadł na ziemię wewnątrz. Deszcz zatrzymywał się na ścianach i spływał tak, że w środku było sucho i ciepło, bezpiecznie.
Wtem ciężkie drzwi otworzyły się z chrzęstem i potężna postać spojrzała na niego. Jak stamtąd wówczas uciekł pozostawało zagadką. Biegł, biegł, biegł… Ślepo wierząc w swoją drogę. Ciemność, strach, samotność, nawał myśli. Pierwszy raz był zupełnie odpowiedzialny za własną wolność. I bał się, tak bał się ją stracić.
Sylwetka w rogu pokoju podniosła się na łóżku. Zbliżyła się.
– Iidie… Iidie…
Chłopiec wzdrygał się. Uspokajał i rozluźniał, jakby miał zasnąć… Znów rzucał się cały. Ritra zbliżył rękę, próbował przetrzeć łzy chłopca. Gdy go dotknął, potężny wstrząs targnął dzieckiem.
– Spokojnie… Spokojnie… Wszystko jest…
Gwałtowny szloch ruszył pierś opiekuna.
– Jestem tu… – Przystawił stopę do stopy Iidiego.
II. 1. Znów wielki mężczyzna gapił na się na niego całą noc. Uczucie w brzuchu było jak przy jedzeniu czegoś zepsutego. Dopiero na drugim końcu pokoju – jedna ręka zawędrowała na rękojeść noża, druga na sznurek, którym nóż przywiązany był do paranoicznie zaciśniętego pasa – odetchnął. Nigdy nie chciał, by coś takiego go uspokajało. Miał świadomość jak obrzydliwym było odnaleźć ukojenie w możliwości zadawania cierpienia. Jednak chyba nie potrafił inaczej. Od dwóch lat – bez ustanku wyczekiwał niebezpieczeństwa, codziennie budził się gotowy na walkę lub ucieczkę. Już nie miał siły wyrzucać sobie nieprawość osądów. Całą jego uwagę przykuwało dręczące przeczucie czegoś złego. Prorocze, gdyby nie coporanne. Gdy choć trochę jego myśli zaczynały błądzić po niezbadanych ścieżkach dziecięcej wyobraźni, poczucie obowiązku wobec siebie pilnowania własnego bezpieczeństwa strząsało go na ziemie. Jak każde dziecko chciał mieć marzenia większe, niż zawsze rano zobaczyć niebo. Miast tego i dzisiaj sprawdził. Było. Przeżył kolejny cud. Tylko oczy strasznie go bolały.
2. Nie lubił być na zewnątrz. Był to ludzki las, w którym kryły się wilki. Ludzie gięli się nad nim jak drzewa. Rozpoznawał ich po butach i stopach, one w jego wyobraźni prowadziły rozmowy. Rąk nienawidził, bo pracowały dla duchów z góry. W jego rozumieniu każdy miał wiele – Ritra miał kilka fajnych, ale większość strasznych – potrafiły bardzo szybko zmieniać się zwierzchnictwem. Sukces Iidiego był uzależniony stopnia ich zadowolenia. Duchy Ritry były dzisiaj niespokojne. Zamknął się w sobie, by ich nie drażnić. Stłumił też mimowolny kaszel.
3. Gdy jego opiekun zrobił się nerwowy, chłopiec zestresował się. Ucisk w płucach zabrał mu spokojny oddech i jak od niedawna, gdy szybko chodził, nie mógł oddychać.
Duchy Ritry były nieprzyjemne, charczały wilczym ostrzeżeniem. Mężczyzna rzucał się i cierpiał. Iidie nie chciał wiedzieć czemu. Wróci, gdy będą przychylne. Chrząknął. Kaszlnął. Im dalej odchodził, tym ciężej było mu się powstrzymać. Dusił go atak kaszlu. Przez chwilę myślał, że umiera. Padł w ciasnej uliczce.
Ale po chwili złapał spokojniejszy oddech i coraz mniej czuł walące serce pod ręką.
4. Niedługo po tym wysoka silna sylwetka zajrzała od jasnej ściany. Iidie w odruchu skoczył za spróchniałą deskę i ujął nóż. Potężne buciory zrobiły krok w jego stronę. Były silne i niebezpieczne, chodziły jak wyćwiczone w łowach, a piasek barwiły świeżą krwią. Iidie zawarczał groźnie ostrzegawczo. Buty podeszły bliżej. Usłyszały głośny szczek od chłopca. Wyprostowały się. Odeszły.
Iidie odczekał, nim odetchnął. Wilk. Nie było ich wiele i ciężko je było rozpoznać, poza tym robiły, co chciały i nie zawsze atakowały, ale każde spotkanie było śmiertelnie niebezpieczne. Uratował życie. Dzisiaj się udało, ale któregoś wschodu może nie zobaczyć. Prawdopodobnie będzie musiał uciekać, gdy te buty pojawią się jeszcze raz, więc był czujny.
5. Ritra był dobry w znajdowaniu go. Aż za dobry. Zwykle, gdy Iidie się uspokajał i nie myślał, udawało mu się ukryć. Tym razem mężczyzna natknął się na niego, skrytego wciąż za deską. Był zmęczony jak po potężnej walce, mimo tego dobry duch wziął nad innymi zwierzchnictwo. Wtedy mężczyzna stawał się łagodny i ciepły jak dom, dający całą uwagę i godny opowiedzenia wszystkiego.
Iidie nie chciał mu nic opowiadać. Bardzo nie chciał. Były też inne duchy, które słuchały. Jak ten rano. Ten był zły. Tak jak wszystkie inne duchy, których nie rozumiał. Nie chciał musieć czegokolwiek opowiadać. Chciał wszystko zachować jedynej osobie, której ufał – sobie. Ale niepokój z powodu złych snów stał się nie do zduszenia. Jego ciało nie chciało poradzić sobie z tym samo. Nawet jeśli czuł się źle z każdą chwilą, kiedy mówił.
Dobry duch zasmucił się. Ale pozostał. A Iidie czuł, jakby zrzucił z siebie zły ciężar.
Chwilę potem pojawił się obcy duch i wywrócił jego świat.
III. Wydał go. Wydał tamtym potężnym buciorom. Śmiał przysięgać przyjść po niego w ciągu kwartału. Kłamca! Iidie nie był mu potrzebny. Wszyscy to głusi zdrajcy. Nienawidził takich najbardziej. Pluł na takie upokorzenie. Idąc za ciężkimi butami, jego zgorzknienie wcale nie stało się łagodniejsze. Wyrzucał jedzenie. Wilk nie okazał przejęcia, budził go ze świtaniem i maszerowali, dopóty nie zrobiło się ciemno. Musiał pod koniec drogi zasłabnąć, bo następne, co pamiętał, to kolorowe bamboszki.
IV. Miały niebieski czubek, czerwone paski na dole, różowe i zielone kwiatki w liniach po całej długości – najpiękniejsze buty, jakie kiedykolwiek widział.
Wielkie, wilcze buciory stały pod ścianą, a należne nogi zamieszkiwały teraz stare chodaki. Z rysunkami króliczków, co Iidie uznał za wyjątkowo obrzydliwe.
Czuł się wygranym, im więcej bamboszki były dla niego, a mniej dla wilka. Ich głos był pieszczotliwy, ich dłonie wcierały lek w jego plecy każdego wieczora i zawsze po tym łapał w płuca spokojniejsze oddechy. Najbardziej lubił, gdy narzekały na brak pomocy od starych chodaków. Był zawsze na usługi bamboszków, robił wszystko. To był jego raj.
Noce były tak samo straszne. Bał się, że drzwi zaraz się otworzą i zobaczy wielką sylwetkę. Nawet jeśli to niemożliwe. Szczęśliwie, nikt nie bronił mu podkradać się do dziury w spadzistym suficie i przez bezsenny czas wpatrywać się w nocne niebo.
V. Kilkanaście dni po tym jak tu przyjechał, chodaki stanęły obok bamboszków, ich ręce ściskały je w pasie. Był wściekły, że bamboszki nic z tym nie zrobiły. Potem chodaki zażądały wproszenia kogoś tutaj. Całą noc wyobrażał sobie, jak odgrywa się na chodakach, zostawia je bez nikogo poza własnym wstydem i pokazuje bamboszkom, że Iidie jest ich wart. Tylko nic z tego nie potrafił zrobić. Był zbyt słaby.
VI. Usadzono go przy niższym stole dla dzieci. Stary wilczur siedział niedaleko przy wyższym stole. Oddzielał go od kobiety w bamboszkach. Na końcu małego stołu sześć bardzo podobnych do siebie rąk ścisnęło się ze sobą. Buciki, które przywitały go uściskiem, siedziały teraz tuż. I czuł ich wzrok. Nazywały się Maryam, ale kazały do siebie mówić Mitzi. Ich ręce przesunęły się blisko i nie mógł nic usłyszeć z szeptów trzech właścicieli rąk. Nawet jeśli Iidie postanowił się nic nie odzywać do nikogo cały dzień, bucikom to nie przeszkadzało. Mówiły całe spotkanie i były zdecydowanie za blisko. Całe popołudnie było bardzo stresujące.
Następnego dnia miał nadzieję zostawić to za sobą, ale ktoś zapukał do drzwi i za chwilę stanęła w nich Mitzi. Iidie próbował udawać, że jest bardzo zajęty, ale bamboszki zaczęły nalegać, by poszedł.
Wcale nie był potrzebny.
VII. Coś sprawiało, że w środku czuł niepokój. Może, że sukienka i buciki były bardzo galowe. Może, że szła przytulona do jego ramienia. W piersi i w brzuchu wyczuwał coś bardzo niedobrego jej słowach. Niestety nie wiedział, jak reagować, gdy tak się dzieje. Kroczył bez głosu. Pamiętał, w jednym momencie jego uwagę przyciągnął jeden, niezwykły mężczyzna:
– Dziwny jest... Nikt go nie lubi. Ale to jego wina.
Chciał wrócić do domu, ale wtedy zacisnęła mu palce na nadgarstku i obiecała najpierw zabrać go do ulubionego miejsca. Stanął obok niej, całej pochłoniętej podziwianiem piękna krajobrazu. Wtedy zatrzęsła się od wieczornego chłodu. Chciał założyć kurtę, ale nie wiedział jak to zrobić, żeby nie było to dziwne. Ogarnęło go okropne uczucie.
Położył kurtę na jej ramiona. Myślał, że wyrazi wielką radość.
Wrócił w marnej koszuli, a wieczór osaczał go mrozem. Nie czuł, jakby mógł komukolwiek o swoich uczuciach, co do bucików, opowiedzieć. Wyobrażał sobie, że żadna ze znanych mu osób nie zrozumie. Moment powrotu tylko upewnił go o słuszności milczenia, bo jeszcze niezasadnie dostało mu się za tak późny powrót.
VIII. Następnego rana obudził się słaby od przeziębienia i obolały. Bamboszki przegoniły go do łóżka, skąd pozbawiły go nieba. Był zły, niesprawiedliwie potraktowany, wrząca gorzkość wprawiała go w jeszcze gorszy nastrój.
Tamta przyszła, zacisnęła ręce na nim, przykryła jego głowę ręką, siedziała i gadała, robiła hałas w domu. Miał ochotę krzyczeć, ale ostatecznie lepiej się czuł milcząc. Przecież i tak nikt go nie wysłucha, niech przynajmniej patrzą, jak siedzi nieszczęśliwy przez nich. Bamboszki powstrzymały buciki przed pójściem wspólnie z nim do toalety, jednak ciągle były wobec niej gościnne.
Około popołudnia ciężkie buty zawitały do domu. Zajrzały. Iidie siedział cicho na w rogu łóżka, a Mitzi usiadła i robiła, co mogła robić. Usłyszał spokojny, męski głos.
– Mitzi, myślę, że twoi rodzice cię szukają. Powinnaś już iść, zanim będzie ciemno.
– Ale ciocia obiecała nam ciasto!
– To dobrze, bo zgłodniałem.
Buciki powłóczyły się do głównego pokoju i drzwi zamknęły się, zostawiając Iidiego samego. Głosy rozmów brzmiały jeszcze chwilę, ale nikt nie przeszkadzał mu w chorowaniu aż do późnego wieczora.
IX. Tamta zapukała z samego rana w jego okno. Iidie uchylił lekko. Koszyk owoców leśnych i po nim dwa buciki wślizgnęły się do środka.
– Twój wujek chyba mnie nie lubi. Więc przyszłam po cichu. Zebrałam dla ciebie. – Wskazała koszyk. – Nie musisz dziękować. Lubię to robić. Chociaż od razu mówię za buziaka na podziękowanie się nie obrażę.
Buciki przesunęły się coraz dalej, zamierzając najwyraźniej rozgościć się.
– Myślę, że powinnaś iść.
– Słucham?
– Myślę, że powinnaś już iść – powiedział pewniej.
Buciki wciąż stały, ruszając radośnie czubkami.
– Słyszałaś, wynoś się stąd! Bo cię rozerwę tak, że cię własną matka nie pozna. – Buciki cofnęły się. – Głucha jesteś?! Nie chcę cię tu.
Potrąciły koszyk i uciekły tak, jak się tu dostały. Poczuł się lepiej. A nawet naprawdę dobrze. Stało się dokładnie tak, jak powiedział, rozkazał. Czy przerażało go to uczucie? Ritrę by przerażało. Jego opiekun uważał, że władza jest atrybutem zła. W pojęciu Iidiego brak władzy oznaczał naiwność, niemożność czynienia i zła, i dobra. Co mogło zrobić dziecko w pułapce wielkiego diabła, jeśli nie uwierzyć we władzę siły? Okazałby się słaby, a utonąłby i nikt nie doświadczyłby już od niego nic: ani złego, ani dobrego. Moralność była przywilejem ludzi silnych, bo tylko oni mogli cokolwiek zrobić dla drugiego człowieka. Oczywiście obowiązkiem było z tego przywileju korzystać i z wielką wrażliwością traktować kwestie dobrego i złego postępowania. Nie złamał żadnego z tych praw. Postąpił najlepiej, jak potrafił pomimo niewielkiej siły i na przyszłość będzie lepszy o to doświadczenie – czy można było prosić o większą wrażliwość? Nieodłącznym mankamentem każdego działania było prawdopodobieństwo zrobienia czegoś złego. Dobrze postąpił. Stał się silniejszy. Nawet przestał się tak bardzo bać buciorów. Czy można było uzyskać lepszy następny dzień?
…Nie sadził, że kiedykolwiek spotka człowieka, którego słabość będzie siłą. I że tą osobą będą znienawidzone buciory. I że długo później staną się jego bohaterem. Nigdy nie wybaczyłby sobie takiego zatwardzenia serca, by nie zrozumieć wspaniałości tego człowieka. Nie potrafił wyrazić tego uczucia. Jako dojrzały człowiek był tak blisko bezpowrotnej utraty wrażliwości i na zawsze Leito pozostałby dla niego znienawidzonymi buciorami. Tak się nie stało, ale jeszcze długa i zawiła droga nim z chłopca stanie się dojrzały człowiek.
X. Nie mógł dłużej zostać w domu.
Śmieszne bamboszki nakazały mu przepraszać. Szóstka rąk obiecała zemstę, jeśli kiedykolwiek się zbliży. Reszta dzieci obchodziła go z dala, kiedy włóczył się po miejscowości. Myślał o nich jeszcze gorzej, niż one o nim. Nienawidził ich.
Kilka razy napotkał tamtego dziwnego mężczyznę – ubranego w kolorowe skóry, naszyjniki. Bał się go. Jednak z przekory coraz śmielej go podchodził. Mężczyzna często pracował w ogrodzie i głośno do siebie mówił, chociaż była to dziwna narracja, a Iidie słuchał z nudów, ukryty w koronie drzewa cały dzień. Kilka dni później spojrzał wciąż ukrytemu Iidiemu w oczy. Chłopiec chciał uciekać. Mężczyzna jednak powiedział jedno zdanie, któremu nie mógł się oprzeć:
– Masz w sobie złego ducha.
Nic nie usensawniało schodzenia. Nie powinien był tego robić, tak doradzili by mu też inni. Tylko teraz był sam. I sądził, że nikt poza nim jednym nie wierzy w duchy. Pozbędzie się tego człowieka w razie czego. Da sobie sam radę. Pokusa przemogła. Wnętrze domu mężczyzny miało dziwny zapach. Sensu większości przedmiotów rozłożonych po całym domu Iidie nie mógł się domyślić.
– …Pytałem o ciebie. Mów, co cię ciekawi... Najpewniej dostaniesz odpowiedź.
XI. Nie powinien był nigdy mieszać się z siłami, których nie rozumiał. Sam dokonał wyboru. Mężczyzna obiecał mu podróż wgłęb siebie. Nie był pewien, czy chciał tam zachodzić. Mógł zobaczyć piekło. Mógł prawdę.
Mężczyzna grał, stukając stopami, dudniąc i mrucząc. Rytm odbijał się w całym ciele. Iidie miał zacząć żałować pierwszej własnej decyzji, wnet jego dusza jakby zaczęła wydzierać się z ciała, rozlewać, przenikać rzeczy. Sięgnęła domu bamboszków i wielkich butów, miejsc, które odwiedził. Doświadczyła nieznanego jako otchłanne połacie. Najdalej wniknęła w swój dawny dom i dom wielkiego mężczyzny. Ludzie rozciągnęli się jak tytany i ugięli klatką ponad nim. Pragnął doskoczyć światełka wysoko, przecisnąć się przez szczelinkę do świata poza. Poczuł siłę ciągnąca go odeń. Mnóstwo szatańskich postaci odchodziło w ciemność, bliższe były coraz lepiej ubrane i coraz bardziej ludzkie. Na końcu pochodu minął ojca z matką, kiedy straszna siła wciągnęła go.
Rzucił się uciskiem mięśni na wiaderko. Słowa wychodziły z jego ust, pomiędzy chwilami mdłości.
Później w szopie, w której nocował, bo przez widziadła nie mógł i nie decydował się wrócić do domu, zobaczył siebie, tak jak teraz siedział. Był pełen złości i rozgoryczenia. Pełen gorzkości. Za niesprawiedliwość świata. Więzienie. Za ciszę w słowach. Z drugiej strony wizji był ktoś bardzo podobny. Jego zachowanie – zadowalające innych, jednocześnie dumne. Wszystko było jak mgnienia, przytłaczająca ilość informacji, której nie mógł znieść. Dowiedział się na swój temat więcej, niż chciałby wiedzieć. Dosyć było. Dosyć rozprawy z sobą samym. Nie był pięknym człowiekiem. Nie zasłużył sobie, chyba że na ból. Może to miała być dla niego prawda, że nie był wart życia. Ritra kłamał, cokolwiek mówił. Nie miał racji. Pamiętał, to wtedy do końca życia pokochał w sobie złość. Tak naprawdę jej nienawidził, ale lepsze było takie coś. Przynajmniej dawało przekonanie, że nie był taki wcale zły w porównaniu do świata.
Przepłakał całą noc, nie mogąc się odpędzić od widzeń wiszących nad nim jak nad więźniem. Wiedział, że musiał tu wrócić. Te same wizje wracały mu do głowy, a nocami puste łzy lały mu się z oczu.
XII. – Możesz wyobrazić sobie tę wielką sylwetkę?
– Boję się podejść. Widzę tylko cień.
Zerwał się okrutnie. Zaczął ryczeć i szarpać za włosy.
– Jest wielka. Ma twarze na całym ciele. Znam te twarze – krzyczał. – Moje ciało nie chcę się ruszyć. Pomóż mi wrócić.
Płakał. Dygotał. Strużki ciepłego picia spływały przez drżące usta. Jednak mimo okropnych wspomnień ten mężczyzna stał się idolem małego chłopca. Był taki, jakim mógłby chcieć mieć swojego przyjaciela. Przy czym był tak bardzo prawdziwy. Krzyczał, kiedy na niego krzyczano. Nienawidził fałszywych ludzi. Nie łudził się, co do świata. Pozwolił mu popełniać własne błędy i być sobą, nawet jeśli obecny Iidie nie był najwspanialszy. Czuł, że wspaniały może być tylko, kiedy zrozumie w sobie najgorsze. „Piekło cię dogoni” – mówił.
…Z perspektywy lat, nie umiał stwierdzić, kim był ten człowiek. Dziecko zapamiętało w nim ocean, równie dobrze mógł być kroplą.
– To nie tak, że mnie potrzebujesz. Lepiej by było, gdybym był gdzieś indziej – musiał powiedzieć niedługo po powrocie do Nejtii.
Był pewien, że złośliwe duchy musiały przejąć wtedy nad bamboszkami władzę. Kto by nie chciał go wyrzucić.
– Zawsze otrzymasz tu pomoc. – Poczuł ciepłe serce na własnej piersi. Ból, którego oczekiwał, nie nastąpił. – To twój dom.
XIII. Wielkie buciory zrobiły wszystko, żeby odciągnąć go od dziwnego mężczyzny. Czy wysłuchały chłopca? Czy cokolwiek było w stanie do nich przemówić? Iidie nawet zrobił im awanturę, a te stały jak mur, nieczułe. Nawet bamboszki były bardziej zaangażowane w nieswoją kłótnię! Buciory próbowały go pocieszyć, splunął na nie. Być może tak bardzo denerwowało go to, że za nic nie umie ich zrozumieć. Gdyby przynajmniej raz się na niego wściekły, byłby w stanie poznać ich prawdziwe uczucia i motywacje. Być może to potrzeba odkrycia tej tajemnicy wszelkimi sposobami stała za chłopięcym nieposłuszeństwem. Zatem i tak znalazł sposób, by znów być w tamtym domu. Chciał opowiedzieć, że on i bamboszki zaczęli dużo ze sobą rozmawiać, że wczoraj poznał Tesę i grali cały dzień, a Iidie kochał wymyślać skomplikowane strategie i wygrywać. Ze łzami wspominał, że coś sprawiało mu naprawdę radość.
Mężczyzna był dziwny… jeszcze dziwniejszy niż zwykle i markotny. Miał w sobie wielką, ciemną chmurę. Coś, co wyczuwało się całym ciałem. Iidie zawahał się. Słowa tego człowieka były nienormalne. Prorokował sobie zniknięcie. Iidie słuchał w oszołomieniu. Ten człowiek znał pasję i przekonanie – słowa nie te bez mocy. Nie chciał ich słuchać, jednocześnie chłonął, aż w głowie miał potwora ze zdań. Nie mógł przestać słuchać.
Następnego dnia mówił rzeczy jeszcze straszniejsze. Iidie już nie wrócił.
Nie minęło kilka wschodów, w domu zrobił się hałas. Chodaki założyły pełne buty, ich cień w pasie obarczył się i wyszły za innym cieniem. Bamboszki wyglądały niespokojnie. Przytulały się z Iidiem, aż buciory nie wróciły z kukłą ramieniu.
Iidie poczuł jakby spadał. Ziemia rozwarła się, wielkie kawały zaczęły składać się ponad, aż nie widział już w ogóle światła. Nie wierzył wyznaniu dziwnego mężczyzny, ani że buciory kazały mu tego słuchać. To było niesprawiedliwe. Te krew i sińce. To nie było słuszne. Był gotów usprawiedliwić mężczyznę za każdy powód. Błagał, by ktokolwiek go zrozumiał.
Długo po wzejściu słońca rozbudziły go obce stąpnięcia, uderzenia, potem jęki. I czuł je na skórze jak własne.
Zły. To zły wszedł do domu. Chciał obedrzeć go ze skóry. On w jego domu pluł na człowieka.
Gniew i gorzkość trzymały go długo i nie ważył się otworzyć zabarykadowanego pokoju. Słowa dziwnego mężczyzny "...zabiłem..." były zbyt straszne.
Gdyby Leito, wilk, mógł być martwy. Gdyby Iidie mógł splunąć mu na twarz. Snuł marzenia przez dwa zachody, aż buciory wdarły się siłą. Do walki nie doszło.
– Kolacja jest za chwilę – powiedziały tylko i zostawiły otwarte drzwi.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania