Antysobota
Mam w dupie metropolie,
ich szklane gardła, co połykają świt,
ich pośpiech, który nie wie, dokąd biegnie,
i światła, co udają gwiazdy.
Ja wolę dzielnię.
Sklepik za rogiem, gdzie pani zna moje imię,
psa sąsiada, co szczeka bardziej z grzeczności niż ze złości,
ławkę pod lipą, na której czas
siada ciężko i nie chce wstawać.
Niech inni mierzą życie wysokością wieżowców,
ja mierzę je dojrzewaniem pomidorów,
pierwszą czereśnią na działce,
cieniem, który wędruje po płocie.
Sąsiad pożyczy grabie,
ja oddam mu butelkę nalewki.
Tyle ekonomii potrzeba człowiekowi,
żeby nie zgłupiał.
Wieczorem usiądę na ławeczce
niebogaty, niebiedny,
z kubkiem herbaty i kawałkiem nieba.
A świerszcze będą prowadzić obrady
ważniejsze od wszystkich parlamentów świata.
I jeśli to jest małość —
to niech będzie małość pachnąca skoszoną trawą
chlebem wyjętym z pieca, mokrą ziemią po deszczu.
Bo cóż więcej trzeba epikurejczykowi?
Kilku ludzi, których można pozdrowić po imieniu.
Drzewa, które nie znikają
Kota śpiącego na murku.
I dnia, który nie jest przepotężny,
tylko zwykły z razowcem i selerem,
a w starym parku wiatr cicho, mówi prawdę.
Komentarze (1)
👏👏👏
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania