Apostołowie Nieustającej Troski
Gdyby kosmonauci z obcej galaktyki wylądowali na Ziemi i postanowili zbadać naturę ludzką wyłącznie na podstawie transmisji z obrad parlamentu, doszliby do jednego wniosku: polityk to najciężej pracujący, najbardziej cierpiący i najbardziej niedoceniony gatunek ssaka na tej planecie.
Zwykły człowiek wstaje rano z myląco prostą intencją. Chce wypić kawę, zarobić na rachunki i spędzić spokojny wieczór. Polityk nie ma takiego luksusu. Polityk budzi się już z ciężarem całej nacji na barkach. Zanim jeszcze założy krawat lub dopasuje garsonkę to musi podjąć pierwsze kluczowe decyzje strategiczne: w którym programie śniadaniowym wyrazić swoje głębokie oburzenie, a w której stacji informacyjnej ogłosić absolutny sukces.
Życie polityka to nieustanna gra w cyfrowe i werbalne uniki, wymagająca sprawności fizycznej na poziomie olimpijskim. Prosty przykład, dziennikarz zadaje pytanie o rosnące ceny chleba. Normalny człowiek odpowiedziałby, ile ten chleb kosztuje, albo uczciwie przyznał, że nie ma pojęcia. Polityk stosuje tzw. Unik Polityczny Złożony. Wypina klatkę piersiową i mówi: „Cieszę się, że pan redaktor zadaje to pytanie, ale prawdziwym problemem, o którym nasi przeciwnicy wolą milczeć, jest stan infrastruktury drogowej w powiatach wspieranych przez nasz program!”. I gotowe. Chleb znika, pojawia się asfalt, a widzowie zastanawiają się, jak do tego doszło.
Najbardziej fascynująca jest jednak wyjątkowa zdolność polityków do transformacji rzeczywistości za pomocą języka. W ich świecie nie ma porażek, są tylko „trudne wyzwania na drodze do celu”. Puste obietnice to „wizjonerskie projekty strategiczne”, a nagła zmiana poglądów o 180 stopni pomiędzy wtorkiem a czwartkiem to nic innego jak „dojrzałość polityczna i reagowanie na dynamiczną sytuację”. Gdyby zwykły pracownik wytłumaczył swojemu szefowi spóźnienie do pracy „dynamiczną reorientacją priorytetów czasoprzestrzennych”, wyleciałby z hukiem. Polityk za podobną figurę retoryczną dostaje premię i miejsce na liście wyborczej.
Jednak prawdziwy dramat rozgrywa się przed wyborami. Wtedy polityk schodzi ze swoich olimpijskich wysokości do zwykłych śmiertelników. Nagle okazuje się, że uwielbia jeść kiełbasę z plastiku na festynach, potrafi z pasją głaskać przypadkowe psy i z łezką w oku wspomina, jak sam kiedyś stał w kolejce po bułki. To piękny, choć krótki festiwal miłości, który kończy się dokładnie w momencie zamknięcia lokali wyborczych.
Czy powinniśmy mieć im to za złe? Ależ skąd. Politycy są przecież lustrem, w którym przegląda się społeczeństwo, tylko po prostu uderzonym kilka razy młotkiem, przez co obraz jest nieco zakrzywiony. Dlatego następnym razem, gdy zobaczysz w telewizji posła krzyczącego do pustej sali sejmowej z absolutnym zaangażowaniem, uśmiechnij się. To po prostu aktor, który bardzo stara się zarobić na swój kolejny bis.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania