Aquila1

To jest nieoficjalne fanfiction. Prawa autorskie do uniwersum Warhammer 40,000 należą do Games Workshop.

'Aquila'

Pamiętaj synku, Imperator czuwa!

Pamiętam te słowa od dziecka, właściwie pierwsze co pamiętam z dzieciństwa to, że Imperator nade mną czuwa. Stary, zgarbiony starzec na tronie. Patrzący na każdy mój ruch, na każdy grzech. Na każdy hymn, śpiewny w szkolnym chórze na jego cześć. Wszechwidzące oko, noszone na mundurach wszystkich jego sług, na czole lub piersi. Dwugłowy orzeł, zawsze patrzący w każdą stronę. Widzący każdą moją przewinę, prawdziwą lub wyśnioną. Obserwujący rzędy gwardzistów z uśmiechem maszerujących w imię jego czci, z moim starszym bratem w drugim szeregu. Kroczącym ku chwale i zatraceniu.

Marcus nigdy nie doczekał się nagrobka. Przynajmniej nie takiego wykonanego specjalnie dla niego. Został pochowany jako 'zginęli ku chwale imperatora' w zbiorowej mogile poświęconej przez beznamiętnego kapłana. Eklezjarchę w złotych szatach, z Aquilą na piersi.

Mój brat zginął jako gwardzista Astra Militarum, odpierając najazd brutalnych, barbarzyńskich, zielonoskórych xenos w obronie błotnistych pól radionowych, na których masywne wielotonowe kombajny wydobywały rzadki pierwiastek. Miał on – jak mi opowiadano – otworzyć drogę do imperialnych podbojów nowych, nieznanych światów, aby nieść jedyną słuszną wiarę poza granice tego, co znane. Zasoby radionu były tak rzadkie i wyjątkowe, że należało bronić ich za wszelką cenę. Życie Marcusa i setek tysięcy innych nie miały znaczenia. Skończyło się na tym, że wytarzamy z niego świece i amunicji.

Po latach dowiedziałem się od sierżanta Konstantego Komesa, że jego zdaniem Orkowie nie przybywali tu po żaden pieprzony pierwiastek. Atakowali, bo nasza obrona była dość silna, żeby stawić im czoło, a jednocześnie na tyle słaba, by nie wybić ich do nogi. 'Jesteśmy dla nich cholernym poligonem!'. Tak twierdził sierżant i pewnie miał rację.

W układzie były trzy planety z cennym radionem, ale tylko na naszej (Radion 01) istniał prawdziwy rój, 'Lutum 01'. Nazwa podpowiada, że planowane były kolejne, wiele kolejnych. Podobno pochodzi ze starożytnego języka i ma jakieś mistyczne znaczenie. Nic z tego nie wyszło.

Na pozostałych dwóch planetach są tylko silosy i hale stalowe, wypełnione urobkiem i prymitywnymi maszynami. Urobek jest transportowany na naszą planetę i przerabiany, na co się da. Głównie na amunicję. Ojciec nie raz opowiadał jak, drobny błąd powodował utratę palców, dłoni, całych ramion. Amunicja była tak dobra, że potężne statki transportowe przybywały po nią regularnie. Te same transportowce zazwyczaj nie dostarczały w zamian nic. W roju brakowało wszystkiego, zdrowego jedzenia, lekarstw i amunicji do odpierania ataków xenos.

Krążyły opowieści o tym, że broń plazmowa pozostawiona w odległej przeszłości w przepastnych magazynach, wybuchała sama z siebie, sfrustrowana pozostawieniem jej w bezczynności. Na naszej planecie broń miała świadomość. Miała ducha. Pozbawiona możliwości niszczenia wrogów, do czego została stworzona na odległej planecie Mars. Zwichrowała się długowiecznym pozostawieniem pod żelstalowymi kopułami i po prostu eksplodowała. Nie wiem czy to prawda ale takie krążyły legendy.

Ojciec pracujący na tysiąc sto pięćdziesiątym siódmym piętrze w fabryce pocisków boltowych nigdy nie pogodził się ze śmiercią swojego najstarszego syna. Marcus był jego pierworodnym, jego dumą! Po jego śmierci przestał palić tanie radionowe świece w kapliczce z figurką trupa na trupim tronie. Kapłani nigdy się nie zorientowali, było nas zbyt dużo a ich zbyt niewielu, by zajrzeć do każdego pokoju w każdym z kwaterunków w roju, w którym żyliśmy. Każdy kwaterunek miał taką kapliczkę. Były wytwarzane gdzieś w głębi roju. Matka wypominała ojcu, żeby nie bluźnił, a mnie zawsze przypominała, żebym o tym nikomu nie mówił. Osobiście uważałem, że nikogo nie obchodzą ani kapliczki, ani świeczki. Chodziło o wykazanie w statystykach odpowiedniej produktywności. Dopiero z czasem odkryłem ich prawdziwą funkcję. Ilość boltowych pocisków, które wytwarzał ojciec, była wystarczająca, żeby nikt się nas nie czepiał i aby było nas stać na skromne życie i odpowiednią ilość śmierdzących chemią świec. Wytwarzanych na najniższych piętrach.

– Jesteś pewien?

– Tak, przemyślałem to.

– Jesteś zdolny, mógłbyś robić coś innego.

– Ryzykować urwanie ręki produkując amunicję? ...Przepraszam

– Nie przepraszaj... jesteś zdolny, mógłbyś zostać nadzorcą.

– Wolę zostać oficerem.

– Nie nadajesz się do tego.

– Nie jestem dość zdolny?

– Nie jesteś dość wyrachowany.

– Już zdecydowałem.

– Skoro zdecydowałeś...

– Tak!

– Pamiętaj synku, Imperator czuwa! Nigdy o tym nie zapominaj.

– A Ty nie zapomniałeś?

– Widzisz, nie jesteś dość wyrachowany.

– Kurde!

–––––

Pamiętam. Z Aquilą na hełmie, salutuję przed komisarzem z dwugłowym orłem na czarnej czapce. Pod tym względem jesteśmy podobni. I jeszcze pod innym, oboje wiemy, że Imperator nie spuszcza z nas oczu. Obu oczu, obu głów wszechobecnego orła.

Komisarz jest kobietą. Atrakcyjną. Cały batalion wykonuje rozkazy w pierwszej kolejności z miłości, dopiero w drugim, ze strachu. Sto dwupiętrowych pryczy z bioplastycznymi materacami zdolnymi wchłonąć wszystko. Krew, pot i spermę. Dużo, dużo krwi. Każdy ze stu dziewięćdziesięciu ośmiu rekrutów w baraku pochodzi z mojego roju. Znam czterech z nich ze szkoły. Dwóch innych zabiła komisarz na zaprzysiężeniu. Bolt w głowę, zanim ktokolwiek zareagował. Byliśmy żółtodziobami, a oni pozwolili sobie skomentować jej wygląd. Niewinny szczeniacki żart i ostateczna kara. Jedną z ofiar był Mark, siedziałem z nim w szkolnej ławce w czwartej klasie. W ostatniej obowiązkowej. Uwielbiałem jego poczucie humoru, był naprawdę zabawnym kolesiem. Potem już nikt nie próbował żartować. Nie w jej obecności.

Na batalion składało się dwadzieścia plutonów, potocznie zwanych barakami. Czterem tysiącom gwardzistów na sam jej głos przebiegały ciarki. Części z nich z miłości, części z przerażenia. Większości z obu tych powodów jednocześnie.

– Niezła jest co? – zaryzykował kolega z pryczy powyżej! – za taką mogę walić z 'latarki' nawet do samego Borka!

– Gorka!

– Bork czy Gork! Co za różnica, i tak gówno mu zrobię tym świecącym badziewiem.

Nie odpowiedziałem. Czy warto dyskutować z kimś, kto nawet nie przeczytał kilku stron przewodnika gwardzisty? 'Wiedza to największa broń! Ucz się synku.' Więc przeczytałem.

– Jak oni chcą, żebyśmy walczyli tym starożytnym badziewiem?

– 'Jedna igła nie pokona nawet muchy, wiele dziesiątków igieł, dobrze wycelowanych powali Behemota' – naiwnie zacytowałem fragment elementarza.

– Czego?

Wychylił swoją głowę znad górnej pryczy i popatrzył na mnie z podejrzliwością. Oczy miał wyłupiaste a ciemnoczerwone włosy w nieładzie. Wyczułem w jego spojrzeniu strach i niechęć. A w oddechu woń syntetycznej potrafi o smaku ziemniaków i cebuli. Nasz sierżant uwielbiał smak cebuli i ziemniaków więc w naszym oddziale nigdy nie brakowało produktów, które miały je imitować.

– Chyba nie jesteś jednym z... z tych, co... – zawahał się, szukając odpowiedniego słowa.

– Bez obaw – odpowiedziałem uspokajająco, nie chciałem wyjść na świętoszka, po pierwsze dlatego, że za takiego się nie uważałem a po drugie dlatego, że miałbym przechlapane w oddziale – wiem, że to gówniana propaganda – ostentacyjnie podkreśliłem słowo 'gówniana'.

– Ale przecież nie mogą pisać tam samych bzdur, musi być tam coś wartościowego, chyba nie zależy im, żebyśmy poumierali, nie zabijając żadnego pieprzonego xenos. – dodałem.

Wciąż patrzył na mnie wyłupiastymi oczyma, oceniał. Moja odpowiedź chyba trochę go uspokoiła, ale nie wydawał się przekonany, że może mi zaufać.

– To, co z tym behemontem i igłami? – odezwał się w końcu wyraźnie drżącym głosem, ale z nutką zainteresowania.

–Jak sierżant każe celować w określony cel, to celujemy wszyscy i strzelamy wszyscy. A potem w kolejny cel i kolejny. Razem jesteśmy jak pięść imperatora, jego młot! Jesteśmy tarczą ludzkości. – z przesadną gorliwością zacytowałem kolejny fragment.

– Aha – z rezerwą odparł mój współtowarzysz walki i zamilkł.

Parę tygodni później mocno żałowałem swojej naiwności. Żałowałem tego, że nie miałem okazji porozmawiać ze swoim starszym bratem i wysłuchać tego, co mógłby mi opowiedzieć. I przed czym mógłby mnie przestrzec. Żebym nigdy nie wstępował do Gwardii, że już lepiej dać sobie oderwać ramię w fabrykach amunicji. Może jemu bym uwierzył.

–––––

Nadlatywali od strony wschodu słońca, przepełnionego cichą i złowieszczą magią tutejszej bezimiennej gwiazdy, przez mieszkańców zwanej po prostu gwiazdą. Nazwa 'Sol' była zastrzeżona dla tej odległej, świętej gwiazdy, oświetlającej swym blaskiem tron samego Imperatora. Obserwującego nas z daleka. Kiedy giniemy tu na błotnistym zadupiu ku jego chwale jednocześnie przeklinając go najpodlejszymi obelgami, pod nosem, tak aby nie usłyszał.

Posępne i karykaturalne śmigłowe maszyny, pozbawione jakichkolwiek osłon parły naprzód. Prosto na nas. Zuchwale i w kompletnym chaosie, na który nie był w stanie przygotować nas ani sierżant, ani komisarz, a już najmniej elementarz imperialnego gwardzisty. Gniazda broni ciężkiej za naszymi plecami, przeważnie przestarzałych dział laserowych i nielicznych wyrzutni rakiet otworzyły ogień. Równie chaotyczny, jak taktyka naszego przeciwnika. Gdzieś tam w oddali majaczyły sylwetki czołgów 'Leman'. Rozmieszczone w odległości na tyle dużej, żeby nie dosięgną ich ogień przeciwnika i aby nie zdołały wesprzeć nas na czas. W tym byliśmy podobni. Naszymi działaniami kierował chaos. Szeregi pozornie uporządkowanych regimentów gwardii przeciwko celowo nieuporządkowanym bandom wściekłych zielonoskórych barbarzyńców. W swoich piekielnych, w świetle naszej gwiazdy, purpurowych machinach.

Stałem w drugim szeregu. Celowałem i strzelałem tam, gdzie wskazywał sierżant Komes. W ślad za moimi błyskami podążały nieliczne inne. Większość waliła na oślep. W cel, który wydawał im się najbliższym zagrożeniem, w próżnię.

Obejrzałem się w lewo, w prawo. Wszyscy moi towarzysze wciąż żyli. W standardowym wyposażeniu na wzór Cadiański i w maskach gazowych. Z filtrami z dodatkiem radionu, produkowanymi na piętrach od dziewięćsetnego do tysięcznego. Nad głową przeleciał dziwny obcy wehikuł. Na oko nie miał prawa wznosić się w powietrzu. Za nim kolejne, każdy inny od pozostałych. Wszystkie na swój sposób przeczące prawom fizyki, których uczono mnie w piątej klasie. Tej dla wybitnie zdolnych. Zbyt krótkie śmigła, obracające się zbyt wolno. Unoszące zbyt wielki ciężar samych siebie i pilotów ze zbyt szeroko rozdziawionymi paszczami. W kolorze zbyt zielonym, by był prawdziwy. Wybuchy wszędzie wokół pozbawiały resztek zdrowego rozsądku. Błysk przede mną, fala pomarańczowych wybuchów tuż za mną. Kolory zlewające się w kształt piekielnej czeluści. Głosy przerażenia towarzyszy i basowy niezrozumiały sierżanta, wykrzykującego coś.

Do mnie?

Głos paraliżuje słuchawki i podłączone do nich uszy.

Gogle z dodatkiem radionu – produkowane na którymś tam piętrze – zbryzgane krwią.

Obejrzałem się ponownie w lewo, w prawo.

Nikogo.

Nie oglądałem się do tyłu, nie miałem odwagi.

Na wprost mnie szarżuje banda wściekłoskórych, zielonoryńców.

Dziesiątki?

Setki?

Więcej?

Odruchowo wymacałem przypięty do pasa granat, wierząc, że to Frag, a nie Krag.

Modlę się do Boga imperatora. Do dziwnej pulsującej mocy rozpierającej moją dłoń. Święty granacie! Nie! Święty Boże! Ocal mnie! Wyrywam zawleczkę i zrozumiałem, że to ani Krag, ani Frag.

Raz... Pięćdziesiąt metrów.

Dwa... Czterdzieści metrów.

Jeden! Nie! Raz!

Miało być raz! Za szybko, za blisko.

Elementarz mówił: odlicz do trzech.

A było raz. I rzut.

Padłem na twarz w błoto pełne drogocennego pierwiastku.

Gdzieś przede mną coś rozerwało przestrzeń, wydając stłumiony, dziwny dźwięk.

Gdyby Bóg mlaskał przy jedzeniu, wydawałby dokładnie takie odgłosy.

Coś podrywa mnie za ramiona. Gogle w błocie. Nie widzę. Maska w błocie, nie mogę oddychać.

– Wstawaj!! – Szczelne słuchawki dostarczają jedyny dowód życia

Wstaję, ocieram oczy i usta. Gogle i filtr maski. Dalej ledwo widzę i ledwo mogę oddychać. W słuchawkach słyszę podekscytowany, dziwnie znajomy głos.

– Ale ich rozwaliłeś, pucuśiu! – Ledwo widzę, wpatrujące się we mnie wyłupiaste, przesłonięte goglami oczy. Towarzysz z pryczy nad moją. Wrócił po mnie!

– Ale kurde, jak sierżant daje 'odwrót', to wszyscy się cofamy! – stwierdził z zaskakującą dla mnie ironią w głosie.

– Kim, kurde, jest pucuś?

– Ty jesteś pucuś, a przynajmniej byłeś do tej pory, ale po tym, jak rozwaliłeś tego wielkiego orka, pewnie się to zmieni – niewyraźna, roześmiana twarz patrzy przez zabłocone gogle w moje jeszcze bardziej zabrudzone. Obrazy czerwonych, poskręcanych włosów i cebulowo–ziemniaczanego zapachu, tak uwielbiany przez sierżanta, choć nie miały prawa docierać do mnie przez to całe wojskowe oprzyrządowanie, napawał radością. Żyłem.

–Mam na imię John – wyszeptałem i odpłynąłem w głuchą ciszę i bezdenną ciemność.

–––––

– Skąd miałeś ten granat?

– Po prostu miałem, przypięty do pasa.

– Ale skąd go miałeś?!

– Z przydziału!

– Z jakiego przydziału? Skąd!

– Po prostu z przydziału!

– Wybuchł jak strzał z potężnego działa plazmowego.

– Nie widziałem tego.

– A co widziałeś?

– Mlaśnięcie...

– Widziałeś mlaśnięcie?

– Słyszałem.

– Co słyszałeś?

– Jak coś rozrywa przestrzeń.

– ...

– Skąd miałeś ten granat?

– Z przydziału... mówiłem.

– Wystarczy – cichy, beznamiętny, cyfrowy głos rozbrzmiał gdzieś z oddali pomieszczenia. Chwilę później w akompaniamencie mechanicznych, robotycznych odgłosów wyłoniła się sylwetka. Mechaniczne ręce, takie same nogi i przerażające spojrzenie cyfrowych oczu. Tak to zapamiętałem.

Po wielogodzinnym przesłuchaniu przez komisarz West, w obecności członków Eklezjiarchii w czarno złotych szatach i milczącego oficera Gwardii miałem chwilę zwątpienia. Byłem pewien, że już po mnie. Ostatecznie od tego ostatniego otrzymałem ustną pochwałę i awans na 'speca'. A od kolegów nową ksywkę, 'plazma'. Chcieli być mili, bo jak opowiadali mi po bitwie, rozwaliłem naprawdę sporego orka. Szarżował na nas na czele oszalałej grupy około stu zielonoskórych.

Większość batalionu podobno uznała mój czyn za bohaterki, czyli naiwny. Jednak mój barak wiedział, że po prostu pogubiłem się w wirze walki i nie wycofałem razem z nimi na czas. Czego sam nie ukrywałem. Wiedziałem, że 'plazma' funkcjonowała tylko w moim baraku. Dla innych byłem po prostu trumniarzem. Specjalistów obsługi broni specjalnej w całym batalionie było w sumie trzech, na cztery tysiące żołnierzy. Wszyscy, którzy przeżyli dłużej niż miesiąc, obsługiwali zwykłe granatniki.

Mnie w udziale przypadł karabin plazmowy. Jeden z tych wygrzebanych ze starożytnych magazynów, pamiętających jeszcze czasy przed wielką krucjatą. Tych, które same wybuchały. Sam karabin miałem otrzymać od Tech–Kapłana Adeptus Mechanicus. Tego samego, który uczestniczył w moim przesłuchaniu. Na koniec wspomnieli chyba coś o szkoleniu, ale byłem tak zmęczony, że nie do końca zrozumiałem.

– Wiesz, kim jestem?

– Wiem.

– ...

– Wiem, Tech–Kapłanie

– Dobrze. Wiesz, po co tu jesteś?

– Domyślam się... będziesz mnie uczył obsługi broni plazmowej.

– Widzisz to starożytne narzędzie zniszczenia, jego pulsujący zbiornik plazmowy, obudowę wykonaną przed wiekami z deuterstali? Dostrzegasz kunszt inżynierów, którzy ją zaprojektowali i mistrzowskie rzemiosło ich wykonawców?

– Tak.

– ...

– Tak, Tech–Kapłanie.

– Czy zdajesz sobie sprawę, że od tysięcy, dziesiątek tysięcy lat ten święty karabin pozostawał zapieczętowany tu na tej planecie, czekając na godnego siebie posiadacza i godny jego cel użycia?

Jego czerwone, świdrujące oczy osadzone w niby ludzkiej, a jednak pozbawionej emocji twarzy świdrowały mnie na wylot. Milczałem, nie wiedząc co odpowiedzieć. Z jednej strony udzielała mi się mistyka tego, o czym cyfrowym głosem opowiadał z takim przejęciem. Z drugiej byłem przerażony, mechanicznością ruchów jego cybernetycznych kończyn. Wszystkich czterech, pięciu wliczając serwo–ramię wystające zza jego pleców. Żywe i gestykulujące niczym manifestacja ducha–maszyny.

– Czy potrafisz pojąć głębię ukrytą w fakcie, że po tylu tysiącleciach wystarczy wyjąć to święte narzędzie, wycelować i pociągnąć za spust? – ciągle mówił swoim cyfrowym, przerażającym głosem.

– I wybuchnąć razem z nimi – nie wytrzymałem. To nie był żart, wypowiedziałem te słowa z powagą. Z przerażeniem.

– Bzdura, nie wierz we wszystko, co słyszałeś, a czego nie rozumiesz. Magazyny nie wybuchają, bo broni znudziło się czekanie, Ominizjasz jest cierpliwy.

Milczałem, bo cóż mogłem odpowiedzieć: 'kim kurde, jest ten cały Omnizjasz?'

– Tak, wiem o tych legendach – kontynuował – wszystko, co słyszałeś to spisek. Spisek fałszywych kapłanów i ich sług, wykorzystujących boga–maszynę do swoich niskich celów.

Głos, choć cyfrowy wyrażał frustrację, gniew i pogardę.

– A teraz przejdźmy do nauki – dodał, widząc, że nie doczeka się żadnej mojej reakcji.

– To, czego mam się uczyć, skoro wystarczy wycelować i pociągnąć za spust?

– Modlitw!

Tydzień później w czasie kolejnego ataku Zielonoskórych, z mojego nowego karabinu rozwaliłem wielkiego orkowego mecha i dwa mniejsze pojazdy. Podczas obrony zapomniałem wszystkie z modlitw Tech–kapłana. Mówiłem do broni, po swojemu, desperacko i żarliwie, tak jak przebiegała obrona. Atak był zmasowany jak nigdy dotąd, nasza obrona zdezorganizowana jak zawsze, a pułkownik wkurzony jak cholera! Poległo ponad tysiąc gwardzistów, w tym dwudziestu czterech z naszego baraku, ale nikt z mojego oddziału. Czterech spanikowanych żółtodziobów zginęło od kul krwawego boltowego pistoletu komisarz West. Nazwanego przez mojego rudego towarzysza 'zemstą borka'.

Tym razem po jej przemowie w baraku nikt się nie podniecał, ale dało się słyszeć nienawistne szepty. Kolejnej nocy szeptaczy w baraku już nie było. Prycza nade mną ziała pustką. Nikt nie próbował wyjaśnić nam, co stało się z nieobecnymi gwardzistami. Wiedzieliśmy. Z paru miejsc dało się słyszeć tłumiony szloch. Aquila wisiała dumnie nad wejściem, lekko przekrzywiona.

–––––

'Dwa tygodnie później na swoim personalnym komunikatorze dostałem powiadomienie od matki. Chciała się ze mną widzieć jak najszybciej. Powiadomienia zawsze przesyłał mi ojciec. Dreszcz przeszedł mi po kręgosłupie jak radionorobak. Winda jechała wolniej niż zwykle, choć nie było niedostatków mocy. Twarze robotników, z którymi jechałem, były blade i bez wyrazu, z oczami spuszczonymi w dół. Mała dziewczyna, widząc mój mundur z dumną odznaką 'Tarczy imperium' pociągnęła mnie swoją drobną ręką za rąbek munduru i uśmiechnęła się szczerze, promieniście, niewinnie. Po dziecięcemu. Coś powiedziała, chyba jakieś podziękowanie, ale nie mogłem się skupić na słowach. Patrzyłem tylko na jej drobną rękę. Była nienaturalnie duża. Cybernetyczna.' Na ramieniu miała opaskę z Aquilą. Odpowiedziałem uśmiechem sztucznym i udawanym. Dorosłym.

Biegłem korytarzem, równym miarowym krokiem. Raz, dwa... lewa, prawa. Nie szybciej, niż gdybym szedł. Spieszyłem się, a jednocześnie bałem się dotrzeć na miejsce. Stojąc w drzwiach, ujrzałem matkę siedzącą na plastikowym fotelu z twarzą pogrążoną w dłoniach. U jej boku, wczepione w szarą domową sukienkę, klęczały dwie młodsze siostry, niewiele starsze od dziewczynki z windy. Strach mimowolnie powstrzymał mnie przed spojrzeniem na ich ramiona. Podniosły głowy i spojrzały na mnie niemal równocześnie, zawsze wszystko robiły równocześnie, jak to bliźniaczki. Wielkie, błękitne niczym terra ze starych dwuwymiarowych filmów oczy, przesłonięte mgiełką wilgoci, paraliżowały mnie dziecięcą ufnością. Matka tkwiła pogrążona w rozpaczy swoich pomarszczonych dłoni.

Co się stało? – zapytałem, bardziej do bliźniaczek niż do matki. Bałem się, że kiedy i ona na mnie spojrzy, nie wytrzymam. Mam mundur i odznakę. Strzelam bez wahania z karabinu plazmowego w obcych, niepojętych najeźdźców. Ale to jest moja matka. Ta sama, która jeszcze nie tak dawno opatrywała mi kolano, pocieszając, że 'to tylko małe zadrapanie'. Nie mogła, nie miała prawa patrzyć na mnie teraz z nadzieją. I nie patrzyła. Wiedziała, że mam ledwie osiemnaście lat. Dziewczynki szlochały.

Za to oczy młodego, łysego kapłana wyłaniającego się zza drzwi świętego pokoju, nie miały skrupułów. Podkreślone nienaturalnie wydatnymi łukami brwiowymi, bez brwi, mierzyły mnie zimnie i beznamiętnie.

– Nie pali się świec, co? – wyszczerzył swoje zbyt szerokie usta w złowieszczym uśmiechu.

Instynkt zadziałał szybciej niż zdrowy rozsądek. Pistolet laserowy, który nosiłem zawsze ze sobą, wystrzelił z kabury, unosząc za sobą moje bezwiedne ramię. Uśmiech na jego twarzy zniknął, a zbyt głęboko osadzone oczy, koloru deuterstali wyrażały zaskoczenie.

– Gdzie jest mój ojciec?

Chwila zawahania się z jego strony. Głosy sióstr ciągnących za mój mundur, bym na nie spojrzał, zlewały się z szumem niepewności i nienawiści w mojej głowie.

– Gdzie?! – lufa pistoletu niemal dotykała jego kościstego czoła.

– Jest bezpieczny, cały i zdrów... w lochach... ee... w pomieszczeniach Eklezjarchii.

– Dlaczego? Co tam robi? – zapytałem i wyczułem, że mój głos drży. Kpiący, bezczelny uśmiech wrócił na jego twarz. Choć już nie tak szeroki. Oczy wyzywająco wpatrywały się we mnie. Cała jego koścista mimika mówiła: nie ośmielisz się, nie strzelisz!

Popatrzyłem w dół, na siostry. Szeptały jedna przez drugą: żebym odłożył broń, że to kapłan, żebym nie bluźnił. Na ramionach miały opaski. Spojrzałem na matkę. Pusty, pełen goryczy wyraz twarzy, mówił wszystko. Spojrzałem w oczy młodemu kapłanowi i pociągnąłem za spust.

W chwili ciszy, która nastąpiła, zrozumiałem swój błąd i poczułem dumę. Pochyliłem się i zdarłem opaski z ramion moich sióstr. Patrzyły na mnie niezrozumiałym, pełnym wyrzutu wzrokiem. Na twarzy matki dojrzałem cień uśmiechu satysfakcji, choć jej spojrzenie pozostawało puste i nieobecne.

– Idziemy! – rozkazałem i chwyciłem matkę za rękę.

Szliśmy korytarzem, starszym niż łączny wiek wszystkich, którzy kiedykolwiek po nim kroczyli. Pomarszczona, wyschnięta dłoń, którą trzymałem, dodawała mi sił. Za nami, to zatrzymując się na chwilę i coś do siebie szepcząc, to podbiegając, podążały moje siostry. Nie miałem odwagi na nie spojrzeć. W ręku wciąż trzymałem pistolet. W umyśle układałem historię o tym, jak fałszywi kapłani zmanipulowali moje siostry. Te przeklęte opaski. Nie mogłem uwierzyć, że to spotkało moją rodzinę. Nie mogłem na nie spojrzeć. Nie, kiedy trzymałem w dłoni pistolet.

Weszliśmy do windy, była pusta. Na klawiaturze wystukałem kod dostępu do poziomu, na którym siedzibę miał Tech–kapłan. Moja ostatnia nadzieja. Żaden postronny mieszkaniec roju nie mógł jej zatrzymać. Zjeżdżaliśmy w dół. Pięćset pięćdziesiąt... pięćset czterdzieści... Schowałem pistolet do kabury. Schyliłem się i objąłem siostry ramionami. Szeptałem coś o tym, że rodzina jest najważniejsza, że ojciec je kocha i że nie można ufać kapłanom. Trzymały się za ręce i wymieniały porozumiewawcze spojrzenia.

– Wszystko zepsułeś – wyszlochała Abigail. Potrafiłem je rozróżnić po twarzy, po mimice. Trzymałem je za ręce, kiedy bały się same jeździć windą. Opowiadałem im o tym, jak Imperator zawsze na nie patrzy, jak nad nimi czuwa i że nie pozwoli, by stała im się krzywda. Tyle kłamstw. Po śmierci Marcusa przesiedziałem z nimi niejedną noc. Podarowałem latarkę, którą odpędzały złe sny o zielonoskórych demonach, które miały przyjść po nie w nocy. Tak jak przyszły po ich najstarszego brata, którego uwielbiały.

– Zmusili was, żeby powiedzieć o świecach! – powiedziałem bliski płaczu. – Ale to był... to jest wasz ojciec.

– Oni mieli go naprawić, żeby znowu się uśmiechał, żeby był jak dawniej! – wciąż mówiła Aby, Barb zawsze chowała się za jej plecami, choć była starsza o trzydzieści minut!

– Kłamali, trzymają go w lochu... – wycedziłem przez zaciśnięte zęby i poczułem na głowie dłoń matki.

– Zostaw to synku, dziewczynki chciały dobrze, kochają ojca – głos matki był jak dawniej, serdeczny o zapachu słodkiego, rabarbarowego ciasta. Pochyliła się i objęła nas wszystkich. Poczułem, że wszystko będzie dobrze, że zaopiekuje się nami, jak dawniej. Ścisnęło mi gardło.

Na policzku poczułem delikatną dziecięcą dłoń i otworzyłem oczy.

– Będziemy o tobie pamiętać, niech Bóg Imperator Ci wybaczy – wyszeptała Barbara. Jej oczy były suche, a głos beznamiętny.

Cztery metalowe ściany windy, coraz ciaśniejsze. Podłoga i sufit coraz bliżej. Nie ma miejsca, żeby się wyprostować. Żeby wstać. Tę niewielką przestrzeń wypełniały głosy, spierających się trzech tak bliskich mi kobiet i rytm bicia ich trzech serc. Kiedy drzwi windy otworzyły się na minus trzysta trzydziestym, wciąż klęczałem. Bez kojącej ręki na głowie. Bez chłodnej drobnej dłoni na policzku. Całkiem sam.

Podniosłem głowę i zobaczyłem złoto–czarne szaty. Okrągłe twarze. Boltowe lufy. I żadnych cybernetycznych, przerażających oczu, których z nadzieją wyczekiwałem. To nie było minus trzysta trzydzieste piętro. Byłem zgubiony.

–––––

– Rozumiesz, co zrobiłeś?

– Tak.

– Żałujesz i jesteś gotowy to naprawić?

– Tak.

– Tak, żałujesz? Czy tak, jesteś gotowy naprawić?

– Tak jestem gotowy naprawić... żałuję.

– Nie zależy nam na Twojej śmierci ani śmierci Twoich rodziców. Każdy ma prawo do błędu! Rozumiesz?

– Tak... rozumiem.

– Doskonale, co mówił Ci ten pseudo kapłan, ten mechaniczny?

– O broni plazmowej... jak ją obsługiwać... jak się do niej modlić.

– I, modliłeś się?

– Próbowałem.

– Próbowałeś i co?

– Ciężko to wszystko spamiętać, ten język... – przez zaciśnięte zęby wywarczałem – gdzie są moi rodzice?

– O siostry nie pytasz?

Podniosłem wzrok do tej pory utkwiony w płytkach podłogowych, tak starych, że nikt już nawet nie pamięta nazwy materiału, z którego zostały wykonane. Ujrzałem kontury twarzy wyłaniającej się ze wszechogarniającej ciemności. Dziwnie błyszczące oczy. Okrągłą, upasioną twarz, kogoś, kto nie narzekał na brak zdrowej diety. Pobłyskujące w odbitym świetle lampy złote szaty, pełne dziwnych wzorów, przypominających język z modlitw Tech–kapłana.

– Siostry są już w waszych szponach, nie skrzywdzicie ich. Nie macie powodu!

– Szponach?... Jak bardzo musiał namieszać Ci w głowie ten półcybernetyczny wybryk natury! Jesteśmy sługami jedynego prawdziwego Boga. Boga Imperatora.

– Tak, racja... Przepraszam. Chwała Imperatorowi. Imperator czuwa!

– Co jeszcze mówił Ci ten cybernetyczny pseudo kapłan?

– Tylko modlitwy, wciąż powtarzał... modlitwy.

– Musisz mówić nam o wszystkim, co usłyszysz od tego dziwoląga.

– Oczywiście, Ku chwale imperatora! – strach o rodziców sprawiał, że mój głos nie zadrżał ani przez chwile.

– Dobrze, twoi rodzicie, żyją... na razie.

Nagle do pokoju weszła nowa postać, wpuszczając więcej światła, szeroko otwierając drzwi. Kobieta z insygniami Gubernatora, dziwnie podobna do przesłuchującego mnie kapłana. Miała te same blisko osadzone oczy, okrągłą twarz i również była całkowicie łysa. Przyszło mi do głowy, że to muszą być bliźniacy.

– Czy jesteś gotów powtórnie zawierzyć w Imperatora i stać na straży porządku odrodzonego Imperium Człowieka? – zapytała dziwnie męskim, basowym głosem.

– Bezapelacyjnie, do samego końca – odparłem bez wahania, powstrzymując się od dodatkowego komentarza.

Od tej pory każdy mój krok był monitorowany. Gdziekolwiek się ruszyłem, czułem na sobie czyjś wzrok. Choć może była to paranoja. Spałem w baraku razem z blisko dwustoma innymi gwardzistami. Na polu bitwy mógł panować chaos, ale bezduszna machina rekrutacyjna działała bez zarzutu. W pryczy nad moją zakwaterował się nowy, niepozorny żółtodziób. Lubił co wieczór zapytać, jak mi idzie i co ciekawego się wydarzyło. Niby zwykły ciekawski poborowy jakich wielu. Niepokoiło mnie jednak, że był kompletnie pozbawiony włosów – nie miał zarostu, brwi ani nawet rzęs.

Spotkania Tech–kapłanem przebiegały dziwnie, nie wspominał już ani słowem o fałszywych kapłanach, ani o jedynym prawdziwym Bogu. Wciąż uczył mnie tych samych modlitw. Tylko jego czerwone, cyfrowe oczy mrugały jakoś tak dziwnie – jakby chciał przekazać mi jakieś ważne informacje, używając dłuższych i krótszych mignięć. Kod, którego nie potrafiłem zrozumieć, a który czułem podskórnie. Zbliżało się coś wielkiego.

Po każdym takim spotkaniu miałem kolejne, w pomieszczeniach Eklezjarchi. Chcieli wiedzieć wszystko, o czym mówił mi Tech–kapłan. Żądali, aby powtarzać im wszystkie wyuczone modlitwy i zaklęcia. Powtarzałem. Pytali o nastawienie i cele Adeptus Mechanicus. Nic o tym nie wiedziałem. Odpowiadałem szczerze. Ojciec podobno miał się dobrze, pracował teraz przy produkcji świec i mieszkał z innymi robotnikami. Tak mi mówili. Aby matka z siostrami mogły pozostać w starym kwaterunku, szedł na to prawie cały mój żołd. Wiedziałem, że to wszystko tylko tak na pokaz. Że moja rodzina to zakładnicy. Eklezjarchia chciała poznać tajemnice Mechanicus, a ja stałem się pionkiem na politycznej szachownicy.

–––––

Podczas kolejnej bitwy z Orkami nieźle daliśmy im popalić. Czołgi pojawiły się w odpowiednim momencie, a wsparcie broni ciężej okazało się skuteczne. Manewry na poligonach w końcu zaczęły przynosić rezultaty. Pułkownik, stary weteran, który objął dowództwo nad regimentem niedługo po tym, jak dołączyłem do gwardii, wreszcie osiągną swój cel. Stawaliśmy się książkowym regimentem SOP, prawie że jak armią.

Mnie po bezbłędnej modlitwie do Omizjasza udało się zniszczyć kilka wrogich maszyn, strzelając raz za razem. Jak nigdy dotąd czułem moc, wypływającą z mojej broni, jednoczącą się z moim umysłem i ciałem. Dającą mi niszczycielską precyzję i spokój. Stawałem się bohaterem całego regimentu. Koledzy z oddziału gratulowali żarliwie, wiedzieli, że ze mną mają większe szanse przeżycia. Orki ponosząc ciężkie straty, zawsze się wycofywali.

Podczas bitwy wydarzyły się jeszcze dwie dziwne rzeczy, które pominąłem w raportach do Eklezjarchi. Sierżant podszedł do mnie w zawierusze bitwy i ukradkiem wcisną mi do kieszeni plik papieru. Drugi fakt, który pominąłem to upadający u mojego boku ciekawski rekrut ze śmiertelną raną w tyle głowy, kiedy Orki już się wycofywały. Kiedy go odwróciłem, okazało się, że nie miał twarzy. Koledzy poklepywali mnie po plecach, a komisarz West stała na wzgórzu za nami, z posępną twarzą i dymiącym z lufy pistoletem boltowy. Pole bitwy było krwawą łaźnią, a jednocześnie azylem pozwalającym uciec przez złym okiem naszych nadzorców.

Wieczorem czytając nowy numer elementarza, ukradkiem między strony powkładałem papiery od sierżanta. Były wypełnione dziwnym kodem złożonym z kropek, kresek i przypisanymi in literami. Czytałem całą noc, pod kocem z synk–wełny i latarką w ustach.

– Johnny, podejdź, musisz to zobaczyć! – zawołał mnie jeden z dawnych kolegów ze szkoły.

– Co tam macie? – powiedział i podszedłem, czułem dziwną potrzebę bliskości do innych ludzi.

– Zobacz to i to – obracali strony Elementarza Gwardzisty, jakiegoś starego numeru, gdzie powtykane były szkice kobiety do złudzienia przypominającą Komisarz West, z każdą kolejną stroną coraz bardziej roznegliżowaną. Autor tych szkiców miał niewątpliwy talent. Śmiałem się i choć sam erotyczny komiks nie przypadł mi do gustu, robiłem wszystko, żeby nie nie dać tego po sobie poznać.

Kiedy chciałem już podziękować i odejść, jeden z kolegów, wysoki i barczysty położył mi rękę na plecach i odwrócił kolejną stronę. Nie było kolejnego obrazka, były słowa wypisane jakimś prowizorycznym tuszem. 'Wiemy o kapłanach i twoim ojcu' – przeszedł mnie dreszcz. Kolejna strona i następna. Nie mogłem oderwać oczu, chłonąłem tekst, jak i spojrzenia otaczających mnie gwardzistów. Całą swoją siła woli powstrzymywałem łzy wdzięczności. Nie byłem sam.

Po ostatniej stronie ktoś od dołu przyłożył ogień i wszyscy zaczęli się śmiać i koleżeńsko okładać pięściami. Naturalnie jak gdyby naprawdę był to głupi wybryk. Przypomniałem sobie słowo ojca o tym, że nie jestem dość wyrachowany, żeby służyć w gwardii i w myślach przyznałem mu rację.

––––

Gwardzista Smith, wystąp!

Robię dwa beznamiętne kroki do przodu. Plac imienia obrońców Terry jest pełen gapiów i wojskowych. Na środku stoi pomnik jakiegoś dawno zapomnianego skrzydlatego bohatera, którego imię zatarło się w pamięci ludzi i na pamiątkowej tablicy. Na podwyższeniu stoi komisarz Alicja West ze złotymi lokami przesłaniającymi błękitne oczy i przypiętym do pasa bolterem, zdobionym złotym grawerunkiem. Zemsta borka ociekająca krwią moich kolegów. Kap, kap, kap. Piękny, krwawy anioł.

Obok niej dostrzegam niepozornego mężczyznę w piaskowym oficerskim płaszczu ze złotą Aquilą na czarnej oficerskiej czapce. Niecierpliwy grymas na jego twarzy oznajmia wszystkim zebranym, że nie znosi defilad. Prawdziwy żołnierz, który nauczył nas walczyć. Obok nich moja rodzina. Ojciec pokornie wpatrzony w ziemię, blady i zrezygnowany. Matka z dumnie wzniesionym wzrokiem. Moje dwie młodsze siostry, bliźniaczki, w białych, nowych sukienkach, trzymające się za ręce. Wpatrzone we mnie wielkimi planetarnymi oczyma. Jedyne niezepsute cynizmem oczy w tłumie. Jedyne, które szczerze wierzą. Zdrajczynie! Dla nich byłem gotów rzuć granat w twarz samego Imperatora! Za to, co im zrobił!

Za mną stoi mój oddział. Połowa z nich dumnie dzierży broń plazmową, wydobytą przez Tech–Kapłana z ostatniego pradawnego magazynu, który pozostał na planecie. Elita. Dwudziestu gwardzistów, dla których do niedawna byłem pucusiem. Teraz gotowych pójść za mną w otchłań. Widzę to w ich oczach. Na ich czele zapyziały, prężący pierś sierżant Komes, uzbrojony w pistolet plazmowy i szablę energetyczną. Z kręconym wąsem i mrugający do mnie porozumiewawczo 'jesteśmy z tobą'. To ci, którzy po mnie wrócili w chwili grozy. Bez tego jednego, który wrócił jako pierwszy. Moi nowi Bracia! Dalej stu osiemdziesięciu innych gwardzistów z ich sierżantami i beznamiętnymi oczami wbitymi gdzieś w dal. Koledzy z baraku od sprośnych szkiców. Niektórzy z rekrutowani ledwie kilka dni temu niemający pojęcia co się za chwilę stanie, spoglądający z ciekawością. Większość mająca przynajmniej kilkumiesięczny staż patrząca beznamiętnie, ale czujnie. Z karabinami laserowymi przy boku, w gotowości. Oni byli tam, na błotnistych polach razem za mną. Walczyli i wiedzieli, jak ich towarzysze giną bezsensową śmiercią. Niektórzy karani śmiercią za zwykły ludzki odruch. Tak jakby strach równał się zdradzie. Jeszcze dalej kolejne regimenty. Równe prostokąty zielonych hełmów i piaskowych mundurów. Dziesiątki tysięcy.

Z podwyższenia na plac schodzi para dziwnych bliźniaków w złotych szatach. Najwyższy kapłan i niedawno mianowana gubernator, którzy z taką łatwością posłużyli się propagandą Imperatora. Para podstępnych xenos dumnie noszących na piersiach dwugłowego orła.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania