Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

ARCHEOLOGIA ZNAKU ZAPYTANIA. (całe mroczne opowiadanie grozy)

ARCHEOLOGIA ZNAKU ZAPYTANIA.

(mroczne opowiadanie grozy)

 

1. Na łamach dzisiejszych czasów, dokonywanie odkryć wszelakiej zamierzchłości: stało się tak codziennym, iż mało kto zwraca uwagę na cokolwiek. Czasami wystarczy dlatego skupić się na całokształcie. Wówczas może okazać się on tym, co wszyscy chcą pozostawić w umyśle, jako... nie podlegające ujawnieniu. Jak zatem przyjmuje to umysł?..

 

Niegdyś cichy, przydrożny zagajnik, tracąc docześnie swoją dawną tożsamość, zyskał obecnie grono, od zapomnianego czasu, jako pierwszych, nowoprzybyłych towarzyszy: postanawiających nie robić błyskotliwej sensacji, stroboskopowym blaskiem lamp, tkwiących bezużytecznie na dachach ich służbowych samochodów. Oprócz służb, czuwających nad publicznym ładem i porządkiem, nie mogło się obejść bez ciężarówki patrolu saperskiego, jak i czarnego, zapomnianego nowożytnością mercedesa, należącego do koronera. Skręcając zawzięcie kierownicę swojej srebrnej mazdy, lawirowała myślami pomiędzy znalezieniem miejsca parkingowego, jak i nie potrąceniu kogokolwiek. Pośród panującej bieganiny, nie okazało się to łatwym, niczym wstrzymanie oddechu, opadając w czerń oceanicznej toni. Pośród kilkunastu postaci, mężczyzna w czarnym garniturze, pieczołowicie kontemplował epicentrum odgrodzonego foliową taśmą, kilkumetrowego obszaru, na granicy którego, jeden z Funkcjonariuszy, uporczywie notował zeznania każdej z obu, uzbrojonych w wykrywacz metalu, postaci: tak energicznie przy tym gestykulującej, iż musiał on często łapać się na tym, że sam nie wie, czy oni mówią do niego, albo: kogoś za jego plecami... Nie mniej jednak, ubrani w plamiście kamuflujące mundury, zdawali się przygotowywać do odjazdu, więc: nie pozostało jej cokolwiek ponad uzmysłowienie sobie: po jaką cholerę, w całym tym zamieszaniu, potrzebują pomocy Archeologa...

 

Wysiadawszy z samochodu, przypomniała sobie o służbowym identyfikatorze, odnajdując go w schowku, czemu stonowanym trzaśnięciem drzwi, zawtórował odgłos blokady centralnego zamka, niczym straż, sprawująca pieczę nad możliwością powrotu do domu. Zbliżając się do granicy wyznaczonej folią, koślawo uwiązaną na prowizorycznych palikach, zapewne, do niedawna zarastających nieopodalsze pole zasięgu wzroku, została zatrzymana przez Posterunkowego, zdającego się jej obecnością zostać wyrwanym z głębin życiowej zadumy, niczym dzwonem trwogi, zwiastującym nadjeżdzającą obecność czołgów. Przysuwając zadedykowany jej imiennie kawałek tworzywa sztucznego, przed jego oczy, uśmiechnęła się miło, usiłując ukryć zmieszanie, możliwości bycia nie podobną do wizerunku, uwiecznionego na jej własnej fotografii, niczym swoja sobowtórka, upodobniona godzinami prowadzenia samochodu. Ku własnemu zdziwieniu, Młody Gliniarz odwzajemniając uśmiech jednoczesnym skinieniem głową, uniósł w górę elastyczną folię, w zakłopotaniu usiłując sprawiać pozory, iż... nie odprowadza jej wzrokiem. Nie miała mu tego zupełnie za złe, gdy kołyszący jej biodra krok sportowego obuwia, powiódł jej obcisłe jeansy, w stronę dostojnie odzianej postaci, jak na złość: bezradnym uniesieniem dłoni, odwracającej się od, jak zauważyła: płytkiego, niezbyt rozległego wykopu, zmierzając w stronę najliczniejszej grupy Policjantów.

 

- Przepraszam?!. Proszę Pana! - krzyknęła za idącą w zamyśleniu, ku granicy terenu, czarnogarniturową postacią.

 

Jedyną jego reakcją, było ujęcie podbródka między kciukiem a palcem wskazującym, niczym podczas podejmowania decyzji, stanowiącej możliwość osiągnięcia nieśmiertelności, czemu towarzyszyło zaledwie zwolnienie kulejącego kroku elegancko wizytowego obuwia.

 

- Nosz... kurwamać... - syknęła siarczyście - Halo! Koroner! - usiłowała zwrócić jego uwagę, chyba najbardziej romantycznie Paryskim gestem, znanym każdemu na świecie.

 

Bezuczuciowa twarz ze smutnym wyrazem na tyle sędziwego, aby doświadczenia życiowe zaczęły mu doskwierać, wspomagane podupadaniem na zdrowiu, mężczyzny: zwracając się za plecy, usiłowała odszukać w przestrzeni źródło nawoływań. Udała się zatem pospiesznie w jego kierunku, mając świadomość, iż już doskonale wie o jej obecności.

 

Przeklinała obecnie, iż każdy: może odejść w najmniej oczekiwanym ku temu momencie, ponieważ: od momentu jej przyjazdu, wystarczyło zaledwie dwa kwadranse, niczym towarzystwo Kostuchy, zabierającej zewsząd istniejące przejawy życia, aby... została w towarzystwie jedynie miarowo kołysanej podmuchami wiatru, taśmy: wspierającej na duchu, tkwieniem na uprzednio ledwowbitych w grunt, gałęzistych tworach ludzkich rąk. Obecnie, skoro już zabezpieczyła wykop brezentową plandeką, dociśniętą przygodnie napotkanymi polniakami, pozostało już tylko wbić tabliczkę, informującą o zakazie wstępu, z powodu trwania prac Archeologicznych. Odnajdując ją w bagażniku, zdała sobie sprawę, iż pośród dziesiątek narzędzi... nie posiada młotka, właściwie: o masie przekraczającej kilkadziesiąt gramów. Pozostało jej zatem posłużyć się jednym z kamieni, co, wywierając zdumienie: przyniosło zadziwiająco zadowalający efekt. Nie pozostało już zatem cokolwiek ponad zapoznanie się z przekazaną jej, wstępną dokumentacją, niczym podczas dawnej sekcji zwłok, ujawniającej przed jej nieświadomym umysłem, skrywane adekwatnością treści, tajemnice.

 

2. Wyciągnąwszy zbolałe mięśnie w samochodowym fotelu, niczym poddawana kacim dokonaniom, tulona wrzaskliwością mroku, lizanego nikłym blaskiem smolnych lamp, zamknęła oczy, pozwalając sobie na moment przemyśleń, nie ustępujących jednocześnie podjęciu odpoczynku. Jak obwieszczała jej zszokowanej świadomości treść, ujęta odręczną czcionką pośród blankietowego wydruku: na prowadzenie działań, ma zaledwie trzy dni, " od teraz ", ponadto: jest odpowiedzialną za rzetelne przedłożenie ujawnionego materiału, co za tym idzie: " musi go pilnować, nawet idąc siku ", gdzie najdotkliwszym z aspektów, okazało się... iż: " zabezpieczony materiał ma obowiązek przedłożyć w formie ujawnionej do Siedziby Izby Medycyny Sądowej, celem Dalszego Procedowania ", co znaczy: przekazania wydaniem z prosektorium, do Zarządu Cmentarnego, oczywiście: w związku z koniecznością pochówku. Rzeczowe, jak zresztą zwykle: skoro Koroner, będący jednocześnie Patologiem Sądowym, ze Stażem Służby chyba przekraczającym jej datę urodzenia, wydał w pełni prawomocne orzeczenie, jasno brzmiące: " Szczątki ludzkie, datowane pochówkiem: co najmniej odbiegającym dwa wieki od daty obecnej, co powoduje: przekazanie Działalności Archeologicznej, celem załatwienia zgodnie z właściwością ", czyli: zostawili ją tu samą, żeby sobie zarcheologizowała trupa, dokonała ekshumacji, po czym: zawiozła ludzkie szczątki własnym samochodem, do prosektorium... Naprawdę: " nic wielkiego ".. Pominąwszy zatem sytuację prychem rezygnacji, skupiła się na tym, co naprawdę do niej należy, jak obecnie: zabezpieczeniem spoczywającej w jej dłoniach, odkrytej przez amatorskich detektorystów, ramiennej kości promieniowej. Pomimo własnej wiekowości, zbrązowiały gnat, sprawiał wrażenie... jakby nazbyt, atletycznie masywnego. Po oczyszczeniu z oklejającej go gleby, niczym pokłady gromadzonego latami, kamienia nazębnego, szpecącego niewiedzą jego fakturę, dało się na niej dostrzec... półkoliste bruzdy, zaledwie w jednym miejscu, przecinające się, wykonanym z dostateczną siłą rzeźbieniem, aby wyraźny rant powyższej z nich, skutecznie przeorał poniższą: swym własnym zaistnieniem. Zaintrygowało ją to, w takim stopniu, iż znajdując w wyszukiwarce telefonu atlas anatomiczny, określiła położenie kości we własnym ramieniu, następnie: usiłując zrozumieć, jaka mogła być przyczyna powstania owych anomalii. Może to zabrzmieć ckliwie, jednak... nie mogła oprzeć się przeczuciu, iż kąt widnienia ichże na kości, sugerował zupełnie, jakby zmarły doznał tych urazów, usiłując się przed czymś zasłonić... własnym ramieniem, co dziwne: dalece jeszcze nawet przed pierwszą z Ogólnoświatowych wojen, których polegli: odnajdywani są do dzisiaj, aż od momentu ich zakończenia... Kule?.. jak dokonała pomiarów precyzyjnie przesuwną miarą: rozstaw żłobień, wynosił... 12,3 do 13 milimetrów. Jak przeczytała w dokumentacji technicznej broni palnej: pociski kulowe, zbliżone kalibrem do powyższych wymiarów, samą energią kinetyczną w momencie kontaktu z ciałem, spowodowałyby... dosłowne jego rozbryźnięcie się w przestrzeni, jakby stanowiąc gliniane naczynie, wypełnione ubojniczą kaźnią, rozbite szponiastą dłonią demonicznej siły. Faktycznie: żłobienia owe, po dokładniejszych oględzinach, sprawiały wrażenie jakby... " przypalonych ": dokładnie na całej swojej powierzchni, jednak... nic ponadto. Miała już zatem porzucić teorię ich powstania użyciem broni palnej, gdy... zaświtała jej w głowie, iście pioniersko szaleńcza myśl umysłu opętanego naukowca, powodująca wpisanie w okno wyszukiwarki:

 

- " Kaliber wymiary średnica kulowych pocisków muszkietowych XVIII - XIX w. "

 

Cóż... jakby okazało się to szokującym, niczym zastanie rzezi całej rodziny, po szczęśliwym powrocie do domu: owszem, kule muszkietowe, zbliżonej średnicy... istniały, jako powszechnie stosowane: wykonywane najczęściej laniem rusztykarsko twardego ołowiu, sporadycznie: stopów miedzi, rzecz jasna: opłacanym przez odpowiednio ku temu brzęczącą sakwą Szlachtę, a nawet: czystego srebra. Ostatni przypadek, w niewyjaśniony sposób, zaalarmował jej świadomość, co spowodowało korektę uprzednio poszukiwanej frazy, o: " srebrnych ". W tym przypadku, kolejne strony zawierające cokolwiek na ich temat, zwykle... dotyczyły " ufo ", " mistycznych bożków ", lub co najmniej: polowań na żaboidalnego stwora, zamieszkującego mokradła, nie stroniącego od seksualnego molestowania stołecznych niewiast, czerpiących wodę... Krzywiąc usta irytacją reakcji na czytane zabobony, trafiła, o dziwo: na stronę, zawierającą opisy " niewyjaśnionych zdarzeń Historycznych w Dziejach Świata ". Przepełnione intrygą stuknięcie w rozświetlającą wieczorną szarzyznę, matryce telefonu: przeniosło ją w czasy, na przykład: Joanny D'art... a pośród bratnich im zamierzchłych straszliwości, ujrzała tytularną zakładkę, oznajmiającą:

 

- " Masakra w Géavuadan ".

 

Faktycznie: im bardziej zagłębiała się w świat przybierającej człowieczą postać wilka, umięśnionej, drapieżnej istoty, z tym większą mocą, brak posiadania przez nią owych: srebrnych, kul... rozwierał jej oczy ściskającym świadomość, przerażeniem. I tylko z tego powodu, dzisiejszą, możliwe, iż pełnoksiężycową noc: postanowiła spędzić bezpieczna we własnym samochodzie, niczym sardynka w blaszanej puszce, mająca nadzieję, że " cokolwiek " nie zechce szarpliwym rwaniem blachy, dobrać się do skrywanej przez nią zawartości...

 

3. Od kiedy dźwięk dzwonka telefonu, własną natarczywą uciążliwością otworzył jej oczy, zdała sobie sprawę... z odczuwania własnego życia. Ujrzawszy przez tafle samochodowych szyb, iż cokolwiek nie zechce się temuż przeciwstawić, pociągnęła klamkę drzwi, od strony kierowcy, pozwalając sobie na moment orzeźwienia z resztek, opuszczającego umysł snu. Czy to przejaw uzależnienia? Nie wiedziała zupełnie, podnosząc wieko bagażnika, kryjącego zawodowy nieład. Zgrzytliwie przeciągle metaliczne syknięcie, uświadomiło jej, że właściwie... skoro rzekomy Wilkołak, przewyższa zwyczajną istotę ludzką, zarówno wzrostem, jak i masą ciała: w jaki sposób, do jasnej cholery: ma się z nim uprzejmie zapoznać, w czysto Archeologiczny sposób, zaledwie do pojutrza, najbardziej: dowiadując się, z kolejnych warstw, poziomo tnących miejsce pochówku, właściwie: czy został on pochowany wobec nich równolegle, a może wobec niej złośliwie: na stojąco... mając dwa metry wzrostu i zaledwie wysokość łopaty ziemi nad głową... Myśl ta spowodowała, iż z brzękiem łupnęła tłoczoną z tworzywa sztucznego, wysoką kuwetę, napchaną po rant przeróżnymi narzędziami, co sprawiało wrażenie wyrabowania ich ze skarbca zamożności Arabskiego Monarchy, nieopodal tylnego zderzaka, malowanego na srebrny kolor. Wyklinając w myślach tajemnicze bydle, zatrzasnęła wieko bagażnika, jakby usiłując ukryć pod nim swoją własną irytację, jego milczącą obecnością.

 

Sito było ostatnim. Drobnooko przeplatana materia, niemal pozbawionym wybrzmiewu jebnięciem, wylądowała na opuszczonych zawartością wiadrach, nieopodal spoczywającej na niewielkiej, brezentowej plandece, uprzejmości górki narzędzi. Wszelaka możliwość przejawiania śródgruntowej kopliwości realizacją aspektu poznawczego, została dopełniona... majestatycznie topornym, grabarskim spadlem. Szczerze dziękowała przerażonym znaleziskiem poszukiwaczom tanio spieniężanych na pchlim targu, preparowanym uprzednio pozbawieniem materiału powodującego eksplozję, dostojnie ozdobnych kominkowy majestat, niewybuchów: iż, zupełnie nieświadomie: wykonali rewizyjny wkop warstw ziemnych: płytkiego grobu. Dlatego, na moment obecny... chciała ich zwyczajnie zatłuc. Tylko dlatego, że szarość spowijającej kości gleby, nasiąkłej wnikliwością rozkładu ciała, nadającej doczesną barwę: zdawała się... brnąć: taflą zamierzchłej kaźni, o wiele dalej, niż w głąb ziemi. Czemu? Na tym właśnie polegała jej praca, gdy ostrożnie dociskając sportową podeszwą szpadel, zaczęła odsłaniać jej krytą ziemią tajemniczość.

 

4. Rozkładając w podobie konstrukcją wędkarskiemu, krzesełko: usiłowała zrozumieć, że... to właściwie nie będąc prawdą, zupełnie stanowi iluzję jej świadomości. Tkwiąc zamyśleniem wzrok na prostokątnie podłużnej, nieregularnie słanej odcieniami beżu, plamistej kałuży, chciała zrozumieć: ki, Staropolsko zwany: Żylastotęgim, zwyczajny chuj: powoduje, iż... bez wątpienia: kość ramienna, zdawała się pozycją spoczynku: opadać w głąb gruntu, natomiast sama plama rozkładowa: ciągnie się blisko powierzchni, sprawiając wrażenie pochówku dokonanego w pośpiechu, lub premedytowanym, brakiem szacunku. Ponadto, zupełnie pozbawionym świadomością przypadkiem, szpadel natrafił, jak dowiedziała się zaledwie godziną odkopywania uroczo maleńkimi narzędziami: czaszki... zwróconej twarzą, w kierunku opadających niewiadomą przyczyną, ramion. Oczyszczając jej zbrązowiałą latami obcowania z glebą, potylicę: uznała, że... zamiast się łudzić, musi tylko wykonywać swoje obowiązki. Wstając powolnie, zastanawiała się już tylko, z której strony rozpocząć notoryczne usuwanie stanowiącej zwłoki, ziemi: decydując się ostatecznie na kierowanie od czaszki, w stronę miednicy. Chwytając pewnie w dłoń obracaną palcami jej myśli figlarną szpatułkę, zabrała się zatem do pracy.

 

Zaledwie kilka godzin później, oczyszczała właśnie miękkowłosistym pędzelkiem, dziwaczną zbitkę kości, znajdującą się pod łopatkami, z całą pewnością: pochowanego twarzą w dół, nieboszczyka. Owszem, nie była zarówno Koronerem, jak i Patologiem, a mimo wszystko, wydało jej się niecodziennie dziwnym, iż klatka żeber, jak dotąd: tylko w tym miejscu, sprawiała wrażenie... rozepchanej?: co bardziej dziwne, zauważyła na zewnętrznej powierzchni kręgosłupa... kości palców. Umieszczając je w strunowym woreczku, zwróciła uwagę, że w miejscu ich występowania: żebra trupa, są wyraźnie złamane, a ich przelazłe ziemią końce, sterczą, niczym wznoszące się ku doczesności żyjących, pędy ziarna śmierci. Największe zagęszczenie samych kostek, bez wątpienia: bardzo masywnych, silnych palców: za życia stanowiących dłoń o mocnym uścisku, umiejscowione było... wokół samych kręgów: zdających się kolejnymi ku miednicy, opadać pokrojem ramion. Nie to jednak ją zdziwiło. Najszczerszym zdumieniem napawało, iż sama, nieruszana z powierzchni ziemia, nie stanowiąc jakiejkolwiek depresji terenu: wypełniała kościaną klatkę piersiową, zupełnie, jakby kolejnymi dekadami po dokonaniu pochówku, była wgniatana, przez nasypywanie jej z góry pod ogromnym ciężarem. Faktycznie. Była nienaturalnie twardą, kierując poniżej plamę opadową, przy czym: po co?.. Wiedząc jedynie, iż musi ją zruszyć, zaczęła dźgać między żebrzastą sterczyną, usiłując pozbawić ją ziemistego zniewolenia. Kamyk. Metalicznie stukliwy delikatnością brzmienia, nieustępującego ściskanych zwałami ziemi, gnatów. Jak uznała, bez wątpienia: kamyk... powinien brzmieć zupełnie inaczej, a z tego powodu, zaczęła go uczuciowo okopywać. Oddech uwiązł jej w płucach dopiero wówczas, gdy odsłoniwszy groźnie ostre zwieńczenie, zamarł zupełnie, wraz z jej wiarą w empiryzm doczesności, na widok... hmm... jakiś... grot?!. podważając go uważnie, ujęła ostrożnością własnego dotyku, racząc włosistą łaskotliwością. Usiadła. Usiłując uwierzyć, że na jej dłoni, spoczywa obecnie... ogromny, nienaturalnie toporny... bazaltowej barwy przemijania życia... zupełnie zwierzęcy pazur...

 

Na dzisiaj, miała zupełnie dość. Zebrawszy twórczy nieład narzędzi, z ulgą pizgnęła je niedbale w czeluść bagażnika, umieszczając na tylnej kanapie jedynie upakowane prezentatywną urzędliwością, zbrązowiałe gnaty. Zasiadając w ich towarzystwie, po raz kolejny, klepnęła się dłonią w czoło, sięgając po telefon, którego odblokowany ekran, otworzył przez nią światową wyrocznie, noszącą imię Wyszukiwarki:.. obarczonej treścią:

 

- " Pazury zwierząt dzikich drapieżnych zdjęcia ".

 

Porównując znalezisko z kolejnymi fotografiami, na jednej z kolejnych, zbliżyła naprzemiennie z nim obraz emitowany na wyświetlaczu, ku swoim czekoladowej barwy oczom, aby uznać, iż z dużym prawdopodobieństwem, takowe: są wskazane fotografią, podpisaną: " wilk szary ".. przy czym, nie mogła wyzbyć się wrażenia, że ów zafoliowany egzemplarz, posiada jakby... " zezwierzęcenie ludzkie ": swego własnego bytu...

 

Dzisiejszej nocy, postanowiła pracować. Uporczywe wyplątywanie statywnie jasnych, elektronicznych lamp, mamrotliwą litanią najszczerszych wulgaryzmów, wiodło ją ku odnalezieniu kolejnych, zasilających je akumulatorów. Taszcząc je w kierunku zapomnianej, foliowej granicy, chciała tylko jednego:.. móc wreszcie stąd, wpizdu, odjechać... uzmysławiając sobie, że pół trupa pozbawione z niewyjaśnionych przyczyn połowy siebie, jest... najlepszym powodem, ku zwolnieniu z pracy. Wzdychając ciemiężliwie, oswajała się z całonocnym, mozołem ekshumacyjnego uroku, rzuconego na nią, równie tajemniczo, jak ów trup: na twarz... a czemu?:. zaraz z pewnością podda archeologizacji...

 

Świt majaczył wokół ułożonych w folii kości, niczym zaciekawione ich czarcię, gdy sprawdzając, czy cokolwiek z jej dobytku nie zostanie bezpowrotnie pochowane, spójnego koloru warstwami gleby, zaczęła ją sypać zmęczeniem paraboli szpadla, na właściwe im miejsce. Tyle wystarczy, aby niespełna godzinę później, z ulgą zgniatając niedbałością w kłąb, folianą granicę logiki ostatnich dni: skierować ją w odpowiednie miejsce, celem braku przykładania jej uwagi. Wsiadając za kierownicę, już w momencie obracania kluczyka w stacyjce, wiedziała doskonale, iż obecnie:.. nic ponadto. A właściwie... przynajmniej narazie.

 

5. Skończyła. Uprzejmy Pan Patolog, z uporem maniaka, przedkładawszy jej kolejne protokoły, także to uznał. Zdeponowawszy kompletny szkielet, zupełnie ludzkiego trupa, miała szansę nawet nie tyle go okłamać, co zwyczajnie, nie wspominać o wszystkim. Zwłaszcza, iż odnalazła nawet kości paliczków, każdego z dwudziestu ludzkich palców... Więcej, najzwyczajniej: nie muszą już wiedzieć, a przecież... zajęło jej to zaledwie kilka nocnych godzin, ponieważ: całą resztę, spędziła na odnajdowaniu masywnych nieludzkością istnienia, szarganych półkulistością żłobów, kości: zwieńczonych w podobie ludzkiej, czaszką: posiadającą w szczękach rzędy morderczo ostrych, zwierzęcych kłów... i nie po to odnalazła sens własnego życia, aby jacyś uprześcieradleńcy, śliniący się na widok jej biustu, zostali okrzyknięci Naukowcami: badającymi nieznane ogniwo ludzkiej linii rodowej. Uśmiechając się na tę myśl złośliwie, wiozła przecież ukryty pod tylną kanapą, kilkudziesięciokilogramowy szkielet Wilkołaka... wprost do swojego mieszkania...

 

4. Wzięła należny jej od dawna urlop. Właściwie: zwyczajnie zawiadomiła pierniczącego gorliwie służbową herezję przełożonego, o tej właśnie okoliczności. Wypierniczając pospiesznie z blatu kuchennego stołu własną, kobiecą potrzebność, rozerwała niecierpliwie oklejony samoprzylepną taśmą, foliowy worek. Nie... nie zapomniała zabrać z bagażnika narzędzi, spokojnie. Odnajdując w nich pędzel, rozpoczęła cierpliwe otrząsanie z ziemi, powierzchni kolejnych, Wilkołaczych kości...

 

Usilnie przegrzebując zaległą w folii ziemię, odnalazła ostatnią z kostek paliczków palców. Ułożona wśród zalegającej na blacie kuchennego stołu górki, była ostatnim elementem układanki, której kombinacja, pochłonęła ją zupełnie, pośród umysłowych lawiracji kostnymi równaniami: ich własnej logiki.

 

Obudziła się zupełnie mimowolnie, wsparta o rant, oklejonej zdobną, winylową imitacją elegancji, grubej, wiórowej płyty. Horroryczna układanka luźnych skojarzeń, spoczywała tam nadal, oczekując na uzyskanie wkręcanych w nią, przegubowych spinek, zwracających dawny żywot. Oczywiście. Zajmie się tym przecież... zupełnie za moment, postanawiając najpierw zjeść śniadanie, jak na ironię: mając ku temu zaledwie skrawkowy kawałek miejsca, nieopodal szkieletycznie Wilkołaczego ramienia.

 

Dwie doby. Tyle pochłania twardość kości, przeszywana jednomilimetrową tytanowością wiertła, aby zrobić miejsce elementom, decydującym o przyszłym życiu: tkwionym nierdzewnymi gwintami, pośród braku możliwości istnienia...

 

Nasączając każdą z kości roztworem naftowej smoły, oleju silnikowego, a także parafiny: w terpentynie balsamicznej, ostrożnością trudu przewróciła masywny szkielet, usłanymi zębiskami szczęk, iście wilczą paszczą, na płaszczyznę doczesnego spoczynku, uważnie przyglądając się chłonięciu pokostu, przez zwyschłą materię... Czas?.. to bez znaczenia, gdy zaledwie późnym wieczorem, z trudem dźwignęła szkielecistego towarzysza, zwieszając przez ramiona... uważnie... przenosząc do własnego łóżka: uścielonego w połowie nieużywanym przez nią kocem, pozwalającym na spokojną penetrację... krzepkości życia, wypędzającej zapomnienie.

 

3. Trzy, kolejne po sobie doby, pozwoliły jej odnaleźć Siebie, pośród niszczącej emocje życiowej doczesności. Obecnie: opróżniała szafę, z dawno zapomnianych kurzliwością wisielczej wieszakowatości spoczynu, sukienek. Seksowne, wieczorowe, codzienne, plisowane... mające znaczenie końca życia: wewnątrz plastikowego worka. Zawiązawszy go wreszcie, udała się do szuflady biurka, odnajdując w nim samozwijalną, budowlaną miarę taśmową, raczącą Wilkołaczy szkielet, niczym przymiar u epokowemu ku niemu samemu, Krawcowi. Przemyślawszy wobec kubatury wnętrza szafy, zaznaczyła w tylnej ścianie dwa, równoległe punkty, dokładnie na wysokości łopatek. Teraz nie pozostało już nic ponadto, jak wkręcić odpowiednie mocowania, zezwalające na stanięcie jej dzieła... ponownie: wśród żywych.

 

2. Zostawiła otwarte drzwi, pozwalając nikłym oparom terpentyny ulecieć, wraz ze świadomością końca jej samotności. Napawała się jego widokiem, pochichrowując na myśl o przysłowiowym " trupie w szafie ". Owszem: i tak się zdarzało. Jednak:.. kiedykolwiek, nie zostało to odzwierciedlone Wilkołaczym szkieletem: stojącym w szafie, z groźnie rozwartymi szczękami, pośród podwieszonych na stalowych linkach, pazurzastych człowieczeństwem, dłoni... jak obecny. Posiadał nawet szczególną właściwość: pomimo bycia szkieletem, każde dotknięcie go, zawierającym chociaż znikomą ilość srebra metalem: rozpalało go powolnie, aż do momentu zmiany stanu skupienia... ciekłe srebro, wrząc: przechodziło w gaz, sykliwie uchodzący, tworzeniem nieregularnej chmurki czarnego nagaru, aż milknąc zupełnie... pozostawiał go ciszą.

 

1. Muszkietowa kula, swym srebrzystym świstem, ścinając kosmyk szczeciniastej sierści z spiczastego wilczo ucha, łupnęła głucho w nieopodalszy, czerniejący mrokiem, konar. Uskoczył podpierając się dłońmi, orącymi głębokie bruzdy w ściółce, ostrością pazurów. Sam już nie wiedział, krok którego z oblicz, niesie go w nieznane. Zaprzestając podpartych susów, biegł obunóż, nacinając utrzymującymi go w pionie dotknięciami dłoni, spękanych korzaście pni, ich kruchliwie oschłą szorstkość. Chrapliwie zwysapany oddech, rwał z jego płuc sporadyczne powywy szczerej nienawiści, potakiwane kulistością księżycowego blasku. Skrywając się, ugarbiwszy za jednym z drzew, przywarknął, na widok nieświadomie rozglądającej się postaci. Zmiecie go, w taki sposób, jak uzna natura wilka, nie miał najmniejszych wątpliwości, kilkoma zwierzęcymi susami, zrywając się ku gardłu prostaka. Głupiec... delikatna marionetka, w której szponiasta dłoń, zagłębia się niczym w zwyschłym, balsowym drewnie. Korzystając z trwającej sekundy, chciał ująć jej popiskujące agonią serce, własną, nieświadomą siłą: wmiażdzone, ujęciem tkwiącej wewnątrz kruchości ludzkiej klatki piersiowej, klatkowanego żebrami kręgosłupa... chciał zwolnić uścisk, podpierając lądowanie dłońmi, gdy grunt, pod jego złapiałymi stopami, pociągnął go ku sobie, nieznaną dotąd grząskością...

 

Nadbiegali zewsząd. Wieśniacy, niosący pochodnie, uzbrojeni repetowalnymi kulowo muszkietami. Kilku krzyknęło. Możliwe, że na widok Wilkołaka, uwięzionego w prymitywnie wilczym dole, przeszywającymi jego ciało, ostro ciosanymi kłodami. Bardziej jednak mógł przerażać ich widok bratniego im stadnie: ujętego przez klatkę piersiową za kręgosłup, brocząc obficie szkarłatem życia, wprost na zębiste oblicze, osłaniane nim ponad sobą, przed światłem innym, od krystalicznie srebrzystego. Był bezbronny, gdy otaczając go zewsząd, skierowali lufy muszkietów w głąb jego grobu, własnym niezrozumieniem nie chcąc przerwać muszkietowej salwy srebrnych kul...

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania