Architekt część 3.
W dworku na skraju Przyleśnej panowała nerwowa, pełna napięcia cisza. Jan i Łukasz stali przy panoramicznym oknie, wpatrując się w gęstniejącą zamieć, podczas gdy Anna ze łzami w oczach odkładała do szafy ubrania, które uciekinierka tak starannie tam złożyła. Wtedy na podjazd dworku, tłumiąc ryk silnika w głębokim śniegu, powoli zajechał potężny, czarny SUV na warszawskich numerach rejestracyjnych. Łukasz poczuł, jak mięśnie mu twardnieją. Zanim auto całkowicie się zatrzymało, wybiegł do przedpokoju. Jan ruszył tuż za synem. Obaj inżynierowie, choć pełni obaw, byli gotowi bronić swojego domu i tajemnicy dziewczyny. Stanowcze pukanie do drzwi rozległo się niemal natychmiast. Łukasz bez wahania szarpnął za klamkę. Na wycieraczce stało dwóch wysokich, barczystych mężczyzn w ciemnych, wełnianych płaszczach. Ich twarze były smagane mrozem, a w spojrzeniach malowało się skrajne zmęczenie. Jeden z nich, z krótką, szpakowatą brodą, natychmiast wyciągnął z kieszeni skórzane etui. Nie była to jednak policyjna odznaka, ale licencje prywatnych detektywów oraz oficjalne pełnomocnictwo prawne.
– Pan Łukasz Potocki? – zapytał głębokim, spokojnym głosem. – Nazywam się Robert Zawadzki a to Wojciech Kowalski. Jesteśmy prywatnymi detektywami. Wiemy, że sołtys nas okłamał i wiemy, że ta dziewczyna tu była. Błagam pana, niech pan nas wysłucha. Nie chcemy jej skrzywdzić. Szukamy jej od dwunastu lat na zlecenie jej rodziny.
Łukasz zamarł, wciąż trzymając rękę na oparciu drzwi. Spojrzał na ojca, który podszedł bliżej i badawczym wzrokiem zlustrował dokumenty.
– Dwunastu lat? – powtórzył Jan, a w jego głosie pojawiła się czujność. – Kto szuka człowieka przez dwanaście lat za pomocą prywatnych agencji? Wejdźcie panowie. Ale bez gwałtownych ruchów.
Mężczyźni weszli do ciepłego salonu, zdejmując skórzane rękawiczki. Gdy usiedli przy dębowym stole, Zawadzki otworzył skórzaną aktówkę i wyciągnął z niej plik dokumentów, starych wycinków z gazet oraz fotografię. Zdjęcie przedstawiało szesnastoletnią dziewczynę o sarnich oczach.
– Jej ojciec to Matt Rossi, wybitny szwajcarski architekt, a matka to Maria Rossi – zaczął opowieść detektyw, a Anna Potocka, która właśnie weszła do salonu, cicho usiadła na krześle, wstrzymując oddech. – Dziewczyna wychowywała się w Szwajcarii, w Zurychu.
Na dźwięk tych imion i nazwisk Anna gwałtownie wyprostowała się na krześle. W jej profesorskiej pamięci natychmiast zaiskrzyło wyraźne wspomnienie – Maria Rossi była przecież wybitną polską pianistką, jedną z najzdolniejszych finalistek Konkursu Chopinowskiego, która później na stałe osiadła w Szwajcarii jako ceniona rezydentka słynnej Tonhalle-Orchester Zürich. Świat muzyki klasycznej był mały, a Anna doskonale znała jej nazwisko i legendarne interpretacje, co nagle nadało całej tej historii głęboki, niemal osobisty wymiar.
– Co się z nią stało? – zapytał cicho Łukasz.
– Dwanaście lat temu, w Zurychu, jej ojciec otrzymał gigantyczny kontrakt rządowy na projekt nowych siedzib szwajcarskiego parlamentu i resortów. Umowa opiewała na grube miliony – kontynuował drugi z detektywów. – Konkurencja i powiązani z nią ludzie zrobili coś potwornego. Porwali jego szesnastoletnią wówczas córkę, żeby zmusić Rossiego do wycofania się z kontraktu i oddania planów. Ojciec był gotów oddać wszystko, ale po kilku tygodniach więzienia, podczas przewożenia jej w nowe miejsce w okolicach granicy niemiecko-polskiej, dziewczyna wykorzystała nieuwagę porywaczy. Uciekła z transportu.
W salonie dworku zapadła tak głęboka cisza, że słychać było jedynie trzaskanie iskier w kominku.
– Uciekła w głąb Dolnego Śląska – mówił dalej Zawadzki, gładząc zmęczoną twarz. – Polska policja po kilku dniach namierzyła i zatrzymała porywaczy, ale dziewczyny w miejscu schronienia już nie było. Przepadła jak kamień w wodę. Ze strachu przed tym, że oprawcy wciąż jej szukają, zaszyła się przed całym światem. Mieszkała po tutejszych lasach przez prawie dwanaście lat, kryjąc się przed każdym człowiekiem. A rodzice... rodzice nigdy nie przestali jej kochać. Szukają jej od tamtej nocy, wydając miliony na prywatne śledztwa, wierząc i ufając ponad wszystko, że ich córka żyje.
Anna Potocka zakryła twarz dłońmi, cicho szlochając. Jan położył rękę na ramieniu syna. Obaj architekci patrzyli na detektywów z porażającym współczuciem, ale też z rosnącym przerażeniem.
– Panie Zawadzki – odezwał się w końcu Łukasz, a jego głos drżał z emocji. – Ona tu była. Ale piętnaście minut temu usłyszała naszą rozmowę z sołtysem. Myślała, że porywacze po nią wrócili. Uciekła przez tylne drzwi. Jest w lesie, na tym potwornym mrozie, w samych cienkich ubraniach. Chyba ucieka w stronę bagnisk, do swojego szałasu.
Detektywi zerwali się na równe nogi, a na ich twarzach odmalowała się czysta panika.
– Na bagniska? W taką zamieć? – Zawadzki szybko naciągał rękawice. – Ona tam zamarznie w pół godziny! Musimy natychmiast ruszać jej śladem, zanim wiatr całkowicie zasypie drogę!
Łukasz nie czekał ani sekundy. Chwycił z wieszaka swoją najcieplejszą, narciarską kurtkę, drugą, puchową kurtkę swojej matki, potężną latarkę i ruszył w stronę wyjścia.
– Idę z panami. Znam te lasy, budowałem ten dom. Wiem, gdzie są te bagna. Musimy ją uratować, zanim pomyśli, że nie ma już dla niej ratunku.
Łukasz wybiegł z dworku jako pierwszy, zapinając w pośpiechu suwak kurtki. Kiedy tylko jego buty zapadły się w głębokim śniegu na podjeździe, z bocznej drogi od strony lasu wyłonił się kolejny, terenowy samochód, a z oddali dobiegło go stłumione przez zamieć, nerwowe szczekanie.
– Co to jest? – Łukasz zatrzymał się gwałtownie i odwrócił do wybiegających za nim detektywów. – Słyszycie to? To psy!
Zawadzki, naciągając na uszy zimową czapkę, skinął nerwowo głową.
– Tak, na obrzeżach wsi czekał nasz drugi zespół. Wypuścili psy tropiące, żeby odcięły jej drogę, gdyby próbowała biec w stronę szosy. Zwierzęta już podjęły trop.
Słysząc to, Łukasz poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Przed oczami natychmiast stanął mu potworny koszmar – nagonka, szczekające ogary i przerażona dziewczyna osaczona w mroku puszczy.
– Oszaleliście?! – krzyknął Łukasz, obracając się gwałtownie w stronę detektywa i łapiąc go za ramię. – Odwołajcie te psy! Natychmiast każcie im je zabrać z lasu! Ona przez dwanaście lat kryła się przed ludźmi, bo panicznie boi się obławy! Jeśli usłyszy pościg i ujadanie psów, pomyśli, że wrócili po nią porywacze! Zrobi coś desperackiego, a wtedy na pewno ją stracimy!
Zawadzki spojrzał na zdeterminowaną twarz młodego architekta, zrozumiał swój błąd i natychmiast wyciągnął z kieszeni krótkofalówkę.
– Adam, tu Zawadzki! Brać psy na smycz i cofnąć się do wozów! Powtarzam: natychmiast odwołać psy, żadnej nagonki! Mamy namiar, idziemy sami, bez hałasu! – wycharczał w głośnik, po czym spojrzał na Łukasza. – Gotowe. Ruszajmy, zanim będzie za późno.
Tymczasem głęboko w puszczy, na skraju zamarzniętych bagnisk, ryczący wiatr na moment przyniósł echo szczekania, które chwilę później nagle ucichło. Dla Sophii to jednak wystarczyło. Serce łomotało w jej piersi z siłą uderzeń młota, a lodowaty pot zamarzał na policzkach. Wpadła do swojego szałasu, ale nie po to, by szukać schronienia. Wiedziała, że ten nędzny szałas z gałęzi i plandek już nie jest bezpieczny. Ktoś deptał jej po piętach. Nie zabrała niczego, wszystko było zawalone śniegiem. Wciągnęła głębiej na dłonie wełniane rękawice od Anny, które dawały jej ostatnie resztki otuchy, i wypadła z szałasu z tyłu, przedzierając się przez gęste, oblodzone trzciny. Przed nią, w białej gęstwinie zamieci, rozciągała się szeroka, lodowa tafla. To była rzeka, która o tej porze roku była już całkowicie skuta lodem, choć pod grubą warstwą śniegu kryły się zdradliwe, niewidoczne przeręble i nurty, gdzie lód był cienki jak pergamin. Sophia nie miała jednak wyboru. Strach przed ponownym uwięzieniem i powrotem koszmaru sprzed dwunastu lat był silniejszy niż instynkt samozachowawczy. Podjęła dramatyczną decyzję – ucieknie przez zamarzniętą rzekę na drugą stronę, w nieznane, dzikie ostępy, gdzie żaden człowiek ani samochód nie zdoła jej dogonić. Zrobiła pierwszy, chwiejny krok na trzeszczącym pod śniegiem lodzie, a wiatr natychmiast zaczął zacierać jej drobne ślady.
Jan i Anna nie zamierzali bezczynnie czekać w dusznej atmosferze dworku. Kiedy tylko Łukasz i dwaj detektywi zniknęli między ośnieżonymi świerkami, starsze małżeństwo rzuciło się do szafy po grube kurtki. Ruszyli na poszukiwania, nie mogąc znieść myśli, że dziewczyna, która jeszcze rano składała dla nich serwetki, teraz walczy o życie w lodowatym piekle.
Szalejąca nawałnica szybko jednak zweryfikowała ich plany. Puszcza Przyleśnej zamieniła się w ryczący, biały labirynt, w którym zatarły się wszelkie granice. Wszyscy długo błądzili po lesie i bagnach w poszukiwaniach Sophie, rozdzieleni przez porywy wiatru i zaspy sięgające pasa. Detektywi, pozbawieni psów tropiących, które Łukasz kazał kategorycznie odwołać, co chwilę tracili orientację. Łukasz, brnąc do przodu siłą samej woli, krzyczał w ciemność jej prawdziwe imię, ale wiatr dławił jego głos w ułamku sekundy.
Tymczasem Sophia, gnana panicznym strachem, była już daleko przed nimi. Jej zmarznięte ciało, odziane w zniszczone, letnie łachmany, odmawiało posłuszeństwa. Jedynym oparciem były wełniane rękawice od Anny, które zaciskała na drętwiejących palcach. Z każdym krokiem słyszała pod stopami głuchy, niepokojący pomruk.
Nagle, dokładnie na środku koryta, rozległ się ostry, głośny huk, przypominający wystrzał z bata. Dziewczynie pękł lód pod stopami, a lodowata, czarna woda natychmiast wdarła się w powstałą szczelinę. Ciemność pod śniegiem skrywała zdradliwy nurt, ale los tym razem okazał się dla niej łaskawy – wpadła jej do wody tylko jedna noga, a impet upadku rzucił jej filigranowe ciało do przodu, na grubszą, stabilną krę. Przeraźliwe zimno momentalnie ją sparaliżowało, ale adrenalina i wola przetrwania okazały się silniejsze niż ból. Czołgając się na brzuchu, a potem zrywając do rozpaczliwego biegu, parła naprzód. Udało jej się przedostać na drugą stronę rzeki, na wysoki, stromy brzeg, gdzie gęsty las zaoferował tymczasową osłonę. Zostawiając za sobą zamarzające mokradła, Sophia zniknęła wśród gęstych drzew, całkowicie niedostępnych dla aut, ludzi i przeszłości, która tak brutalnie ją dogoniła.
Kilkanaście minut później Łukasz, skrajnie wycieńczony i zziębnięty, dotarł nad sam brzeg rzeki. Światło jego potężnej latarki omiotło świeże, złowrogie pęknięcie w lodzie i czarną wodę, która zdążyła już lekko zamarznąć pod wpływem potwornego mrozu. Kawałek dalej, na wysokim, stromym brzegu po drugiej stronie wody, wiatr właśnie zasypywał ostatnie zagłębienia w śniegu. Sophia, choć przemoczona i wyczerpana, zdołała uciec w bezpieczne dla niej ostępy.
Z gęstwiny lasu na brzeg rzeki wybiegł wreszcie zasapany Robert Zawadzki, a tuż za nim drugi z detektywów. Widząc pęknięty lód i majaczący w oddali, zacierany przez zamieć kierunek ucieczki dziewczyny, Zawadzki natychmiast złapał Łukasza za ramię, powstrzymując go przed zrobieniem choćby jednego kroku na rzece.
– Stop! Koniec, nie przejdziemy tędy! – krzyknął detektyw, starając się przekrzyczeć ryczący wiatr. Zawadzki odwołał akcję, uznając, że jest już zbyt niebezpiecznie. – Lód jest w stanie katastrofalnym, a rzeka w tym miejscu ma silny nurt. Jeśli wpadniemy do wody w taką zamieć, nikt z nas nie przeżyje nocy. Nie ma mowy, żebyśmy ryzykowali życie na tym przejściu.
Drugi z mężczyzn już wyciągał z kieszeni telefon, sprawdzając mapę terenu.
– Szefie, rzeka zakręca kilka kilometrów dalej, a przy tamtej dawnej osadzie jest stary, wojskowy most nośny – zameldował pośpiesznie. –Jeśli ruszymy natychmiast, nasze SUV-y przebiją się przez zaspy i odetną jej drogę z tamtej strony lasu, zanim zamarznie albo zniknie nam na dobre.
Zawadzki skinął głową i spojrzał na Łukasza, który wciąż wpatrywał się w ciemną ścianę lasu po drugiej stronie rzeki.
– Panie Potocki, pan wraca do dworku. Pan zrobił już wszystko, co mógł. My bierzemy samochody i jedziemy na tamten brzeg. Dopadniemy ją, zanim stanie się jej krzywda.
Gdy detektywi ruszyli pędem z powrotem w głąb puszczy do swoich wozów, Łukasz, z ciężkim sercem i poczuciem całkowitej bezradności, skierował się w stronę dworku. Zamieć zaczynała powoli słabnąć, ustępując miejsca lodowatej, przejmującej do szpiku kości ciszy. Droga powrotna była koszmarem także dla starszego małżeństwa Potockich. Odcięci przez szalejący wiatr od reszty grupy, bezradni w potężnych zaspach puszczy, stracili mnóstwo sił. Po blisko godzinie dramatycznej walki z własnym ciałem i mrozem, Jan i Anna z trudem wrócili do domu, skrajnie wycieńczeni, przemarznięci i bliscy załamania. Kiedy Łukasz w końcu powrócił, zastał rodziców siedzących przy wygasającym kominku, okutanych w koce, z trudem łapiących oddech i milcząco modlących się o ratunek dla odnalezionej po dwunastu latach Sophii.
Zrobiło się całkowicie ciemno, a lodowaty, grudniowy mrok spowił Przyleśną z bezwzględną siłą. W salonie dworku słychać było jedynie cichy, drżący oddech Anny i Jana, którzy powoli odzyskiwali siły pod grubymi kocami. Łukasz spojrzał na ich zmęczone twarze, a potem na drugą kurtkę swojej matki, którą wciąż trzymał w dłoni. W głowie wciąż pulsowało mu jedno imię: Sophia. Nie potrafił bezczynnie siedzieć w cieple, podczas gdy na drugim brzegu decyduje się los dziewczyny.
– Mamo, tato, muszę jechać – mówi krótko, chwytając kluczyki do swojego SUV-a. – Detektywi jadą naokoło, ale ja znam ten rejon lepiej. Spróbuję odciąć ją od strony starych zabudowań leśnych.
Zanim rodzice zdążyli zaprotestować, Łukasz wybiegł z domu. Chwilę później potężny silnik jego auta zbudził do życia zimową ciszę. Samochód z impetem ruszył przed siebie, przedzierając się przez nieodśnieżone drogi, kierując się w stronę odległego wojskowego mostu. Łukasz postanowił też pojechać na drugi brzeg szukać dziewczyny, ryzykując wszystko w tę czarną, bożonarodzeniową noc.
Na drugim brzegu w głębi puszczy Sophia szła przed siebie już tylko siłą czystego instynktu. Strach przed pościgiem, który napędzał ją na lodzie, teraz powoli ustąpił miejsca paraliżującemu, śmiertelnemu zmęczeniu. Dziewczyna desperacko poszukała schronienia, ale wokół niej rozciąga się jedynie ściana potężnych, ośnieżonych drzew.
Uciążliwa była lewa stopa. Lodowata woda z rzeki, która wdarła się do buta, zdążyła już całkowicie zamarznąć. Sophia nie czuła swoich palców – stopa stała się ciężką, obcą bryłą lodu, która przy każdym kroku sprawia jej potworny, tępy ból. Dziewczyna kuśtykała, podpierając się o pnie drzew, a jej oddech stawał się coraz krótszy i bardziej rzężący. Wiatr szarpał jej zniszczonym ubraniem, ale jej dłonie wciąż pozostawały bezpieczne. Wciągnięte głęboko na palce rękawice od Anny to jedyna bariera, jaka dzieli ją od całkowitego poddania się zamieci. Sophia przytuliła dłonie do piersi, jakby próbowała ogrzać serce resztkami ludzkiego ciepła, które w nich pozostało. Nagle, zza gęstej ściany młodych świerków, wyłonił się ciemny kształt. Dziewczyna zatrzymała się, mrużąc oczy przeciwko tnącemu śniegowi. To stary, porzucony przez drwali barak – zbita z poczerniałych desek konstrukcja z zapadniętym dachem, od lat zapomniana przez świat. Dla każdego innego człowieka byłaby to ponura ruina, ale dla niej, w tę noc, to szansa na przeżycie.
Sophia dotarła do wejścia. Drzwi dawno już odpadły z zawiasów, a wnętrze zostało częściowo zasypane śniegiem, ale w najgłębszym kącie, pod ocalałym fragmentem dachu, było sucho i wiatr nie dmucha tak wściekle. Dziewczyna wsunęła się do środka i upadła na zmarzniętą ziemię. Wyczerpana, z jedną nogą skuta lodem, tuliła rękawiczki do twarzy i zamknęła oczy, walcząc z ogarniającym ją, niebezpiecznym snem. Nagle, w lodowatej ciszy nocy, zza ściany baraku dobiegł głęboki, niski pomruk silnika i blask potężnych reflektorów, które zaczęły omiatać ośnieżone pnie drzew. Ktoś dotarł na ten brzeg.
Potężny SUV Łukasza parł naprzód przez zaspy, a reflektory rozcinały gęstniejącą, czarną noc. Architekt mocno zaciskał dłonie na kierownicy, walcząc z uciekającym pod kołami tyłem auta. Nagle ciszę w kabinie rozerwał ostry, natarczywy dźwięk telefonu podłączonego do systemu głośnomówiącego. Na ekranie błysnęło imię: Andrzej. Łukasz odebrał natychmiast, nerwowo przełykając ślinę.
– Andrzej! Dobrze, że dzwonisz. Mam tu prywatnych detektywów z Warszawy, szukają dziewczyny, to córka jakiegoś szwajcarskiego architekta, Sophia...
– Łukasz, stary, zamknij się i słuchaj mnie uważnie! – głos policjanta w głośnikach był przerażająco ostry i wyprany z jakichkolwiek emocji. – Ta dziewczyna to nie jest jakaś Sophia. Detektywi, którzy są u ciebie to jacyś przebierańcy.
Łukasz gwałtownie wcisnął hamulec, aż auto obróciło się lekko na śliskiej drodze.
– Co ty opowiadasz? Pokazali dokumenty, zdjęcia z dzieciństwa...
– To fałszywka, użyli sfabrykowanych papierów, żeby uśpić waszą czujność i wyciągnąć od was jej lokalizację! – krzyknął Andrzej, a w tle słychać było pośpieszne stukanie w klawiaturę. – Wrzuciłem jej rysy twarzy w bazę danych z pominięciem procedur, bezpośrednio przez Europol. Łukasz, ta dziewczyna nazywa się Sara Lubomirska. To córka zabitego dwanaście lat temu prokuratora okręgowego i jego żony, sędzi sądu apelacyjnego. Oficjalnie uznano ją za zaginioną po tym, jak jej rodziców zmasakrowano w ich własnym domu pod Wrocławiem. Sara prawdopodobnie była naocznym świadkiem tego zabójstwa i doskonale wie, kto pociągnął za spust. Ci ludzie, którzy podają się za detektywów, to egzekutorzy nasłani przez stary układ. Mają ją uciszyć raz na zawsze, zanim złoży zeznania.
W kabinie samochodu zapadła lodowata, paraliżująca cisza. Łukasz poczuł, jak cały świat, który dotąd uważał za bezpieczny, wiruje wokół niego. Prawdziwa tożsamość leśnej dziewczyny była kluczem do potwornej, polityczno-mafijnej zbrodni.
– Andrzej... – wykrztusił Łukasz, a jego serce zaczęło bić w szaleńczym rytmie. – Oni już jadą na drugi brzeg. Mają wozy terenowe. Odwołali psy, żeby jej nie spłoszyć, ale jadą ją otoczyć. Ja też tam jestem.
– Jezu Chryste... – w słuchawce dało się słyszeć huk odsuwanego krzesła. – Wysyłam wam na pomoc wszystko, co mam pod ręką. Jadą tam chłopaki z pododdziału antyterrorystycznego, ale dotarcie na te bagna zajmie im co najmniej dwadzieścia minut przez te zaspy. Jeśli ci faceci ją dopadną, zabiją i ją i ciebie. Znajdź ją przed nimi i uciekaj, słyszysz?! Uciekaj!
Połączenie zostało zerwane. Łukasz nie czekał ani sekundy. Wbił gaz w podłogę, a SUV wystrzelił do przodu, tnąc ośnieżoną drogę w stronę starego baraku drwali.
Kilka minut później, gasząc reflektory, by nie zdradzić swojej pozycji, architekt wtoczył się na leśną polanę. W oddali, między rzadkimi świerkami, dostrzegł geometryczną, zapadniętą bryłę starego baraku. Zbiegł z nasypu, brodząc w śniegu, i z latarką świecącą prosto pod nogi wpadł do ciemnego wnętrza ruiny.
W najgłębszym kącie, skurczona w kłębek, leżała ona. Sara. Dziewczyna drgnęła, słysząc kroki, a w jej oczach zbił się potworny, śmiertelny strach. Chciała zerwać się do ucieczki, ale skuta lodem noga odmówiła posłuszeństwa.
– Sara! – Łukasz rzucił się w jej stronę, padając na kolana w śniegu i natychmiast narzucając na jej lodowate ramiona puchową kurtkę swojej matki. – Wiem, jak się nazywasz. Wiem, kim jesteś. Tamci ludzie kłamali, nie są od twojego ojca. Przyjechałem cię ratować. Musimy natychmiast uciekać!
Słysząc swoje prawdziwe imię, dziewczyna zamarła. Strach w jej oczach na ułamek sekundy ustąpił miejsca kompletnemu zaszokowaniu. Łukasz nie dawał jej jednak czasu na myślenie. Podchwycił jej filigranowe, wycieńczone ciało, biorąc ją na ręce, i z najwyższym trudem wybiegł z baraku w stronę ukrytego w cieniu drzew auta.
Wepchnął ją na tylne siedzenie, zatrzasnął drzwi i sam wskoczył za kierownicę. Dokładnie w tym samym momencie, zaledwie kilkaset metrów dalej, czarną ścianę lasu rozcięły potężne, snopy świateł drogowych. Niski, ciężki ryk silników wozów terenowych fałszywych detektywów zaczął gwałtownie narastać.
– Cicho, bądź cicho... – szepnął Łukasz do trzęsącej się na tylnym siedzeniu Sary.
Wiedział, że sytuacja jest krytyczna. Detektywi pod żadnym pozorem nie mogli zobaczyć auta Potockiego, bo od razu domyśliliby się, że dziewczyna jest w środku. Łukasz wrzucił wsteczny bieg i bez włączania świateł, prowadzony jedynie blaskiem księżyca i własną, architektoniczną pamięcią przestrzeni, zaczął powoli wycofywać potężnego SUV-a w głąb bocznej, zarośniętej przecinki leśnej. Gałęzie świerków z chrzęstem tarły o karoserię, gdy czarne wozy napastników z impetem wjechały na polanę tuż obok baraku, oświetlając pustą ruinę. Wyścig o życie Sary właśnie wszedł w decydującą, śmiertelną fazę.
Z aut wysiedli uzbrojeni mężczyźni, natychmiast ruszając z latarkami do wnętrza. To dało Łukaszowi ostatnią szansę, wycofywał się nie włączając reflektorów. Huk wiatru i ryk silników tamtych samochodów całkowicie zagłuszyły chrzęst gałęzi ocierających się o karoserię. Gdy tylko wyjechali na bezpieczną, odśnieżoną drogę krajową, kilkanaście kilometrów od Przyleśnej, Łukasz włączył światła i głęboko odetchnął. Na tylnym siedzeniu Sara, owinięta w puchową kurtkę Anny, wciąż drżała, ale jej oddech powoli stawał się spokojniejszy. Łukasz natychmiast wybrał na panelu samochodowym numer do domu.
– Mamo, tato, słyszycie mnie? – rzucił w głośnomówiący, gdy Jan odebrał po pierwszym sygnale. – Sytuacja jest zupełnie inna, niż myśleliśmy. Ta dziewczyna to nie Sophia. To Sara Lubomirska, córka tego zamordowanego prokuratora z Wrocławia. Tamci faceci to płatni mordercy, którzy mieli ją uciszyć. Andrzej przysłał już na bagniska antyterrorystów, zaraz zrobi się tam gorąco.
Z głośników dobiegł stłumiony szloch Anny i głębokie, pełne powagi westchnienie Jana.
– Łukaszu, mój Boże... Gdzie wy teraz jesteście? – zapytał ojciec. – Nic wam nie jest?
– Jesteśmy bezpieczni, udało nam się uciec przed nimi w ostatniej chwili – odpowiedział twardo architekt, zerkając w lusterko wsteczne na Sarę. – Nie mogę wrócić z nią do dworku, tamci ludzie wiedzą, gdzie mieszkam. Jeśli zorientują się, że ich wykiwaliśmy, mogą tam wrócić. Zabieram ją do mojego apartamentu we Wrocławiu. Tam nikt jej nie będzie szukał, budynek ma ochronę i jest monitorowany. Zaraz zadzwonię do Andrzeja, żeby wysłał tam jakąś dyskretną eskortę policji. Wy też uważajcie na siebie, dopóki antyterroryści nie zabezpieczą Przyleśnej.
– Jedź, synu. Zaopiekuj się nią – odpowiedział krótko Jan. – My tu z mamą zamkniemy wszystko i poczekamy na ludzi Andrzeja.
Łukasz rozłączył się, mocniej wcisnął gaz i skierował potężne auto na trasę wiodącą prosto do stolicy Dolnego Śląska. W lusterku widział, jak Sara patrzy na niego swoimi wielkimi, przestraszonymi oczami. Po latach spędzonych w lodowatym szałasie na bagnach, otoczona potwornym mrokiem i strachem, dziewczyna wreszcie jechała w stronę bezpiecznego, ciepłego schronienia.
Podczas gdy samochód Łukasza sunął nocną trasą w stronę stolicy Dolnego Śląska, w głębi puszczy wokół Przyleśnej rozegrał się dynamiczny finał bezwzględnej obławy. Fałszywi detektywi, pewni, że Sara wciąż ukrywa się w rejonie zamarzniętych bagnisk, zostali całkowicie odcięci od świata. Policja w lesie z zaskoczenia osaczyła napastników, działając bez syren i świateł, z pełnym wykorzystaniem noktowizorów. Mundurowi błyskawicznie wkroczyli na polanę przy starym baraku, uniemożliwiając bandytom sięgnięcie po broń. Komandosi z pododdziału antyterrorystycznego złapali zarówno Zawadzkiego z kolegą, jak i dwóch kolejnych ludzi z psami tropiącymi, którzy próbowali przeczesywać gęstwinę od strony szosy. Cała czwórka, bezbronna wobec przeważających sił policji, wylądowała twarzą w śniegu ze skutymi z tyłu rękami. Układ, który przez dwanaście lat polował na ocalałego świadka, właśnie zaczął pękać na twardych, leśnych drogach Przyleśnej.
Tymczasem po blisko godzinie jazdy Łukasz minął rogatki miasta. Zjechał z głównej arterii i wjechał do podziemnego, strzeżonego garażu nowoczesnego apartamentowca w centrum Wrocławia. Winda wywiozła ich bezpośrednio na najwyższe piętro, prosto do luksusowych, ciepłych wnętrz jego prywatnego mieszkania. Wprowadził ledwo żywą, trzęsącą się z wycieńczenia Sarę do przestronnego salonu. Delikatnie posadził ją na miękkiej, welurowej kanapie.
Nie tracił czasu. Przyniósł z łazienki dobrze wyposażoną apteczkę, miskę z letnią wodą oraz puszyste, czyste ręczniki. Kucnął przed nią na kolanach i z najwyższą delikatnością i precyzją zaczął rozsznurowywać jej zniszczony, sztywny od lodu lewy but. Gdy powoli zsunął skarpetę, jego serce mocniej zabiło – stopa Sary była blada, sina i lodowata w dotyku, nosząc wyraźne ślady pierwszego stopnia odmrożenia po upadku na pękającym lodzie rzeki.
– Spokojnie, Saro. Wszystko będzie dobrze. Jesteś bezpieczna – szepnął łagodnie, spoglądając w jej pełne napięcia oczy.
Zaczął powoli, niezwykle ostrożnie masować jej zmarzniętą skórę suchym ręcznikiem, pobudzając krążenie krwi, by nie dopuścić do martwicy tkanek. Dziewczyna syknęła cicho przez zęby z bólu, gdy w stopie zaczęło pojawiać się kłujące, palące ciepło, ale nie cofnęła nogi. Po chwili Łukasz nałożył na ranę specjalną maść regenerującą z apteczki i zabezpieczył wszystko czystym, miękkim bandażem gazowym.
Kiedy skończył, okrył jej ramiona grubym, wełnianym kocem i podał kubek gorącej, parującej herbaty z miodem, którą Sara ujęła oburącz, wciąż mając na sobie rękawiczki od jego matki. Siedziała w cieple wrocławskiego apartamentu, bezpieczna przed mrozem i ludźmi, którzy zniszczyli jej młodość. W jej spojrzeniu, skierowanym na klęczącego przed nią młodego architekta, po raz pierwszy od dwunastu lat pojawił się nie strach, lecz głębokie, nieme zaufanie.
Łukasz podszedł do konsoli nowoczesnego systemu nagłośnienia ukrytego w ścianach salonu. Przesunął palcem po ekranie i włączył w tle cichą muzykę klasyczną. Z głośników popłynęły subtelne, ciepłe dźwięki Nokturnu b-moll Chopina. Przestrzeń apartamentu natychmiast wypełniła się głębokim spływającym spokojem. Sara, słysząc pierwsze akordy, drgnęła, a jej spojrzenie powędrowało w stronę okna, z którego rozciągał się widok na migoczące neonami, nocne linie Wrocławia. Muzyka, która w dworku wywołała w niej spłoszenie, tutaj – w bezpiecznym, odizolowanym od puszczy miejscu – zadziałała jak kojący balsam. Jej ramiona pod kocem wyraźnie opadły, a oddech stał się całkowicie miarowy.
Widząc, że dziewczyna powoli wraca do siebie, Łukasz przeszedł na drugi koniec salonu, wyciągnął telefon i zadzwonił do Andrzeja, żeby dowiedzieć się, co dalej, oraz podać mu dokładny adres ich kryjówki.
Policjant odebrał po pierwszym sygnale. W tle słychać było gwar komendy, trzaskanie drzwi i podniesione głosy.
– Łukasz! Dobrze, że dzwonisz. Jak sytuacja? – zapytał Andrzej bez zbędnych wstępów.
– Jesteśmy na miejscu. Jesteśmy w moim apartamencie we Wrocławiu, wiesz gdzie mieszkam– powiedział cicho Łukasz, kontrolując głos, by nie niepokoić Sary. – Dziewczyna jest bezpieczna. Opatrzyłem jej nogę, ucierpiała na lodzie, ale nie ma martwicy. Dostała ciepłe picie, powoli dochodzi do siebie. Powiedz mi, co z tamtymi ludźmi? Co dalej?
– Stary, zrobiłeś kawał genialnej roboty – w głosie Andrzeja brzmiała potężna ulga, ale też ogromna determinacja. – Moi ludzie zgarnęli Zawadzkiego, jego partnera i tych dwóch z psami prosto z bagnisk. Byli tak zaskoczeni, że nawet nie drgnęli do broni. Wszystkich czterech wieziemy właśnie w konwoju prosto do Wrocławia, do Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej. Sprawa od razu idzie pod nadzór Prokuratury Krajowej. To, co znaleźliśmy w ich wozach, te fałszywe blachy, sfabrykowane dokumenty Sophie Rossi i broń z tłumikami... to betonowe dowody. Nie wywiną się. Układ, który dwanaście lat temu zamordował prokuratora Lubomirskiego i jego żonę, właśnie zaczął się sypać.
Andrzej na chwilę zawiesił głos, po czym dodał znacznie ciszej:
– Słuchaj, Łukasz. Jeśli tamci faceci trafili do Przyleśnej, to znaczy, że ktoś z góry dał im cynk albo zrobili to na własną rękę, ale na pewno nie byli sami. Pod twój budynek już jedzie dwóch moich najbardziej zaufanych ludzi w cywilu. Będą pilnować wjazdu do garażu i klatki schodowej przez całą noc. Nikt nie wejdzie do środka bez mojej wiedzy. Ty pod żadnym pozorem nie wypuszczaj Sary z mieszkania i sam też stamtąd nie wychodź. Jutro rano przyjadę do was osobiście z prokuratorem i psychologiem. Spróbujemy z nią porozmawiać. Ona trzyma w głowie klucz do zamknięcia ludzi, którzy rządzili tym miastem z cienia przez dekadę.
– Rozumiem. Będziemy czekać. Dzięki, Andrzej – odpowiedział architekt i rozłączył się.
Gdy schował telefon do kieszeni i odwrócił się, dostrzegł, że Sara patrzy wprost na niego. W blasku miejskich świateł i przy cichych dźwiękach Chopina jej twarz nie była już twarzą dzikiej dziewczyny z lasu. Łukasz podszedł bliżej, niosąc ze sobą przygotowaną w kuchni lekką kolację – ciepłe tosty.. Postawił talerz na niskim stoliku przed kanapą, dając jej znak, by śmiało się częstowała. Sara, choć wciąż poruszała się z pewną rezerwą, zdjęła wełniane rękawiczki i powoli zaczęła jeść. Wspólnie zjedli skromny, ciepły posiłek, a ciche dźwięki Chopina w tle nadawały tej chwili domowej intymności.
Kiedy dziewczynie wróciły siły, Łukasz usiadł na sąsiednim fotelu. Spojrzał na nią z głęboką, czystą ciekawością, która nie miała w sobie nic z wcześniejszego, natarczywego przesłuchania.
– Sara – zaczął łagodnie, trzymając w dłoniach kubek z herbatą. – Chcę ci opowiedzieć o czymś niezwykłym. Tamci ludzie, którzy cię szukali... zanim dowiedziałem się od Andrzeja, kim naprawdę jesteś, oni opowiedzieli nam zmyśloną historię. Szukali dziewczyny ze Szwajcarii, córki architekta o nazwisku Rossi. Kłamali, ale to niesamowite, jak ta ich bajka idealnie pasowała do twoich talentów.
Sara uniosła głowę, wpatrując się w niego swoimi wielkimi oczami.
– Opowiadali, że tamta dziewczyna od dziecka grała z matką na pianinie i godzinami kreśliła z ojcem skomplikowane projekty budowlane. Kiedy to słyszałem, miałem przed oczami ciebie w dworku. Jestem szalenie ciekawy, skąd ty tak dobrze grasz i skąd u ciebie tak genialna wiedza o architekturze. To, co zrobiłaś rano z moim projektem... to, jak złożyłaś serwetki z matematyczną wręcz precyzją, i twój nocny Xenakis na fortepianie... Skąd szesnastoletnia dziewczyna miała w sobie tak potężny, dojrzały warsztat?
Sara milczała, ale jej wzrok złagodniał. W jej oczach nie było już paniki. Przez chwilę patrzyła na swoje smukłe, długie palce pianistki, jakby sama wracała myślami do czasów, gdy przed dwunastoma laty jej świat nie był jeszcze ruiną. Choć nie odpowiedziała na głos, Łukasz poczuł, że ta opowieść o jej własnym geniuszu, ukrytym pod płaszczem zmyślonej tożsamości, ostatecznie zburzyła dzielący ich mur.
Zauważywszy, że zmęczenie znów zaczyna brać górę nad dziewczyną, Łukasz wstał.
– Czas na odpoczynek. Musisz się porządnie rozgrzać.
Poszedł do łazienki, odkręcił kurki i przygotował długą, gorącą kąpiel, dodając do wody kojących olejków. Przyniósł czysty, duży T-shirt oraz puszysty szlafrok. Gdy Sara zamknęła za sobą drzwi łazienki, architekt natychmiast przeszedł do swojej sypialni. Ściągnął narzutę i starannie pościelił swoje własne, wielkie łóżko dla niej, dbając o świeżą, miękką pościel.
Gdy Sara wyszła z łazienki – czysta, pachnąca, z rumieńcami na twarzy, które wreszcie zastąpiły siny odcień mrozu – Łukasz wskazał jej sypialnię.
– To twój pokój na tę noc. Łóżko jest całe dla ciebie. Jesteś tutaj absolutnie bezpieczna.
Dziewczyna spojrzała na szeroki, wygodny materac. Po przeżyciach w dworku, gdzie bała się wejść na łóżko, teraz, w sterylnym i nowoczesnym apartamencie, czuła, że dawne reguły lasu przestają obowiązywać. Spojrzała na Łukasza z niemym podziękowaniem i położyła się, pozwalając, by otuliła ją miękka kołdra.
Łukasz zamknął cicho drzwi sypialni, po czym wrócił do salonu. Wyłączył muzykę, zgasił światła, zostawiając jedynie blask wrocławskich neonów wpadający przez wielkie okna, i sam przespał się na szerokiej kanapie.
Mroźną ciszę grudniowej nocy nagle rozdarł przeraźliwy, gardłowy krzyk. Łukasz momentalnie zerwał się z kanapy. Serce waliło mu jak oszalałe, gdy boso, w kilku susach pokonał dystans dzielący go od sypialni i wpadł przez uchylone drzwi.
Znalazł Sarę skuloną na łóżku, wciśniętą w sam róg materaca, tuż przy ścianie. Dziewczyna oddychała spazmatycznie, kurczowo przyciskając kołdrę do brody, a jej oczy były wielkie, dzikie, pełne potwornego przerażenia. Przeszłość – noc, w której dwanaście lat temu zamordowano jej rodziców, oraz lodowata nagonka na bagnach – wróciła do niej w ułamku sekundy w postaci potwornego koszmaru.
– Cii... Sara, jestem tutaj. To tylko sen, to tylko zły sen – szepnął łagodnie Łukasz, podchodząc do łóżka powolnym, spokojnym ruchem.
Usiadł na brzegu materaca i wyciągnął przed siebie otwarte dłonie. Dziewczyna przez moment patrzyła na niego, jakby wciąż była zawieszona między jawą a koszmarem, po czym nagle, z cichym szlochem, rzuciła się do przodu. Wtuliła twarz w jego ramię, szukając ratunku przed demonami z przeszłości. Łukasz objął ją mocno, gładząc po wciąż wilgotnych od kąpieli włosach. Uspokoił ją i tej nocy już nie wrócił do salonu – zasnął z nią w ramionach, dając jej swoją obecnością jedyną skuteczną barierę przed strachem.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania