Arcyguan.
Pamiętał ten dzień, jakby zdarzył się wcielenie temu.
Krew. Gęsta, lepiąca się do sierści, która pod wpływem porannego słońca, straciła swą pierwotną biel. Która pod wpływem światła, nagle jakby jaśniejszego niż zwykle – zaschła i stała się czarna, jak sam kosmos.
Walka trwała zaledwie sekundy.
Walka trwała całe pokolenia, inkarnacja po inkarnacji.
On – miś polarny, szaman, kasjer,
On – bezdomny, bóg, pterodaktyl.
Wszystko zaczęło się dosyć niewinnie.
Tesco, stoisko z warzywami.
Ostatnia papryka i dwie dłonie, sięgające po nią w tej samej chwili.
Czynność tak codzienna, jak zakupy, przerodziła się z czasem w otwartą wojnę, która trwała do teraz.
Nadal byli na tych zakupach, obaj – prawdopodobnie ostatni przedstawiciele swojego gatunku, potrafiącego przemieszczać się między epizodami, jakby to było zwykłe wyjście po papierosy.
Prawdopodobieństwo to suka.
Walka trwała zaledwie pokolenia.
Walka trwała całe sekundy, które dla nich nie oznaczały nic, aż w końcu nastał dzień rozstrzygnięcia, który potomni nazwą Paragonem i będą czcić dopóki trwa pamięć.
Pamiętał go, jakby zdarzył się zaledwie przed chwilą.
On – miś polarny, tamten – pterodaktyl.
Krew. Gęsta, oblepiająca sierść jak najczarniejsza noc, śmierdząca zwycięstwem.
Ścierwo wroga leżące przed nim, wyglądające jak otwarta paczka chipsów.
Ostatni zakup.
Chwila.
Śmierdząca?
Zaczął węszyć wokół siebie, w poszukiwaniu źródła.
Aż w końcu zrozumiał, znalazł.
To nie była krew.
Postać: czarny miś polarny.
Zdarzenie: obsranie przez pterodaktyla.
Efekt: przez całe opowiadanie, twój bohater jest na zakupach.
Tekst napisany na TW.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania