Arktyczna Skaza - cykl LÓD

Mrok czarny i głuchy, igłą nasączony,

Czuć zeń cierpką gorycz, przez chłód przełamaną.

Drobny, kruchy śnieżek, ze chmur rozpylony,

Opatula połać, lodem zawiązaną.

Stare, kruche świerki i wyniosłe sosny,

Wtuliły się razem do siebie w kotlinie,

Ziemia przemarznięta nie widziała wiosny.

Co na lód ten weszło, to od lodu zginie.

Chrupnął śnieg straszliwie, jęcząc i zawodząc.

Dusze w nim więzione na próżno wołają.

Idzie karawana. W zimie po pas brodząc.

Handlarze z zachodu w ten mróz się wdzierają.

Na przodzie, największy, koń opatulony.

Po grzbiecie w tobołach jest obładowany.

Idzie przed nim handlarz, w szuflę posażony,

Rozgarnia lodowe labiryntu ściany.

Za nimi dwudziestu ze swymi koniami,

Ciągną niby łańcuch przez zamkowe lochy,

Na łańcuchu kula, a oni więźniami,

Mróz spali ich ciała, wicher pożre prochy.

Szmer się wdał pomiędzy skały przemarznięte,

Wichura ich twarze posępne zmierzwiła,

I szepcząc jak kapłan, mówiąc modły święte,

Do skał i księżyca chłodem przemówiła:

"Los jest już u kresu dla tych marnych ludzi,

Co swą bosą stopą do piekła wkraczają,

Zaśnie jeden, drugi, nikt się nie obudzi,

Zimna prawdziwego intruzi nie znają..."

Księżyc łuną łypnął głupców mierząc srogo,

Konie ich zarżały w gromkim przerażeniu,

Puch jakoby orkan, wzleciał nad nie wrogo,

I huknął łagodnie wciąż krążąc w milczeniu.

Ludzie się zerwali, dziwiąc się ich koniom,

Bo się przeraźliwie miotać zaczynały.

Dwa z nich się zerwały powoźniczym dłoniom,

I przez śnieżne ściany cwałem uciekały.

Nikt ich już nie gonił, zbyt zimna to droga.

Ludzie tak myśleli - śmierć te konie czeka.

Pogoda tu mroźna, mściwa oraz sroga...

Los gorszy od konia, ma spotkać człowieka.

Niebo, niby czarne, błyskiem oko koli,

Piękna iskra niebios spada, jak zrodzona.

Powoli falując, harcuje do woli,

Jest czysta i młoda oraz uwolniona.

To zorza świetlista, klejnot krain lodu,

Piękniejsza niż gwiazdy, bliżej od nich leży.

Kojąca dla oczu, wśród ciężkiego chłodu.

Kto wierzyć w nią nie chce - spojrzy i uwierzy.

Jak radosna szarfa. Jak Całun prześwięty,

Unosi na niebie faliste swe brzegi,

Niebo jest spokojne jak ocean śnięty,

Gwiazdek migoczących okala szeregi.

I zaniemówili. Wciąż patrzą na zorzę.

Wicher ucichł całkiem, śnieg miejsca ustąpił.

Nikt oderwać wzroku od nieba nie może,

Bo by sobie piękna natury poskąpił.

Zamilkł blask na niebie, bo nic nie trwa wiecznie,

Oni jednak dalej w swym bezruchu stali.

Nie było im zimno. Było już bezpiecznie.

Bo w świetle tej skazy, od mrozu skonali.

Średnia ocena: 3.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • RGorecki godzinę temu
    Słów i obrazu nie brak.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania