ars moriendi

Ich niewielkie głowy świecą bielą spomiędzy traw, a kruchych kości żeber nie da się już nawet dostrzec.

Powoli wprowadzam swoje ciało pomiędzy spoczywające na wzgórzu szczątki tych, którzy byli tu przede mną. Tak naprawdę nie ma ich zbyt wiele, rozkładają się szybko w cieniu Drzewa z Ostrzy. Nie rozumiem na jakiej zasadzie działa ta przyspieszona entropia, ale cieszę się, że wkrótce obejmie ona i mnie.

Trawa jest taka świeża i zielona pod Drzewem z Ostrzy. Wiatr ugina jej kłosy miękko i faliście, prześlizguje z szelestem, odsłania na ułamki sekund metaliczny błysk sztyletów wbitych w ziemię niczym dziwaczne kwiaty. Trawa i kości, kości i noże, i ja, balansująca na granicy światła i cienia, drocząc się z przeznaczeniem, którego nie mam zamiaru zmienić.

Krótkie spięcie mięśni, nogi wykonują jeden krok, wkraczam w cień Drzewa z Ostrzy. Skóra zostaje muśnięta delikatnym chłodem, trawa wydaje się wilgotna – a może jest tylko zimna. Kładę się w losowym miejscu, nie zastanawiam się więcej, głowa pomiędzy kępy, ręce i nogi rozrzucone szeroko, złote motylki światła spadające spomiędzy liści, całujące moje: lewe oko, ramię, podbrzusze, kolano i obie kostki u nóg.

Przez chwilę oddycham głęboko, z oczami półprzymkniętymi, ogarnięta błogim uczuciem, jakbym wreszcie wróciła po długim dniu do domu, do łóżka. Spoglądam na mozaikę gałęzi, która jak rozcapierzone bursztynowe żyłki rozpełzła się przed moimi oczyma. Wodzę wzrokiem od jednego serduszkowego liścia do drugiego, czułym spojrzeniem obmacuję każde zawieszone w powietrzu ostrze – drżą lekko, poruszane delikatnymi podmuchami wiatru, odbijają iskry światła, jak najbardziej eteryczne ze stworzeń, a jednak nie mam wątpliwości, że ból, który mi zadadzą, będzie prawdziwy.

Nikt mi nie powiedział, że przed śmiercią ogarnie cię euforia gęsta jak miód.

Drzewo z Ostrzy nie spieszy się, a jednak nie upłynęła minuta, kiedy mnie zlokalizowało. Wyczuwam to w delikatnej zmianie szumu liści, w cieniu, który nagle odcina się jeszcze wyraźniej od światła, w szczęku sztyletów, głośniejszym i bardziej srebrzystym niż wcześniej. Srebrne vibrato małych, ostrych gardeł.

Pierwsze ostrze upada jakieś czterdzieści centymetrów od mojego prawego biodra. Słyszę tylko ciche pyknięcie, jakby ktoś oderwał szypułkę od truskawki; następnie czysty wizg powietrza i chrupnięcie, gdy ziemia otwiera się pod naporem metalu. Drżę z rozkoszy, Drzewo już wie o mojej obecności, każdy podziemny nerw i korzeń donoszą Mu o moim ciele, ciepło i stabilnie spoczywającym u Jego stóp.

Namierza mnie coraz precyzyjniej. Widzę, jak jedno z ostrzy błyska oślepiająco niczym strużka wody, odkleja się od jednej z gałęzi i szybciej niż mrugnięcie oka spływa w dół. Wewnętrzna część uda piecze niespodziewanie, choć było to jedynie zadrapanie; sztylet pomiędzy moimi kolanami.

„Dziękuję” myślę, patrząc na Drzewo. „Dziękuję za prawdziwy fizyczny ból i za śmierć. Dziękuję za powód i za rozwiązanie”.

Ostrza śpiewają cicho, kołysane wiatrem, jak echo niosące po lodzie. Kolejne uderzenie czuję pod lewym żebrem i wkrótce nie mam siły dziękować. Przyszpilone jak ćma do papieru, moje ciało staje się gorącym, pulsującym kręgiem dookoła klingi. I jest mi tak dobrze, kiedy umieram.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Dziena hiena 2 godz. temu

    Klimat w sumie mi bliski, sposób obrazowania z pozoru też, ale wdając się w szczegóły - nie koniecznie, język do mnie nie przemawia, ale ogólnie widać wprawę w pisaniu i to jest spoko.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania