As MO Jarecki cz1

Warszawa, rok 1978. Jesienny deszcz bębnił o maskę poobijanego Fiata 125p, który z trudem zaparkował pod nowym blokiem na Ursynowie. Z samochodu wygramolił się mężczyzna w pogniecionym, szarym prochowcu, z którego kieszeni wystawał pęczek koperku i wczorajsza gazeta.

Porucznik Jarecki nie wyglądał na asa milicji. Bardziej przypominał kogoś, kto właśnie przegrał walkę z kolejką po cytrusy.

– Przepraszam, panie kierowniku – zaczął Jarecki, wchodząc do luksusowego mieszkania.

– Ja tylko na chwilkę. Żona mnie pogoniła po ten koperek, a tu taki nieprzyjemny incydent.

Inżynier Rawicz, postawny mężczyzna w welurowej marynarce, sączył koniak z Pewexu. Na środku salonu leżał martwy dyrektor handlowy „Polmotu”. Oficjalna wersja? Włamanie. Zniknął magnetofon szpulowy i kilka paczek zagranicznych papierosów.

– To straszna tragedia, poruczniku – westchnął Rawicz.

– Byłem w tym czasie w kinie na „Gwiezdnych Wojnach”. Mam bilet.

Jarecki pokiwał głową z uznaniem, oglądając kryształowy wazon.

– O, bilet... Porządek musi być. Ja to nawet nie wiem, o czym te filmy teraz robią. Moja ślubna mówi, że tylko o kosmitach. Bardzo państwa przepraszam za kłopot. Już sobie idę.

Porucznik doszedł już do progu, położył rękę na klamce, po czym zatrzymał się, jakby o czymś nagle zapomniał. Podrapał się za uchem i odwrócił z niewinnym uśmiechem.

– A, jeszcze jedna rzecz, panie inżynierze. Taki drobiazg, w zasadzie niewarty uwagi...

Rawicz uniósł brew. – Tak?

– Wspomniał pan, że prąd wyłączyli w całym bloku akurat wtedy, jak pan wychodził. „Stopień zasilania”, wiadomo, norma.

– Zgadza się. Ciemno było jak w kopalni.

– No właśnie – Jarecki zmrużył oczy.

– To jak to się stało, że pana zegarek elektroniczny, ten piękny, produkcji radzieckiej, który leży tam na szafce, wskazuje idealnie co do minuty właściwy czas? One przecież, jak nie ma napięcia w sieci, to się resetują, prawda? Mojej szwagierce zawsze mruga 00:00.

Rawicz zastygł z kieliszkiem w połowie drogi do ust.

– Widzi pan – ciągnął Jarecki, wyciągając z kieszeni zapalniczkę.

– Pan wcale nie wyszedł z domu. Pan czekał w ciemnościach, aż dyrektor przyjdzie, bo wiedział pan, że ma przy sobie te dolary na łapówkę. A zegarek? Podłączył go pan do akumulatora, żeby mieć alibi na konkretną godzinę. Tylko pan zapomniał, że u nas prąd wyłączają według harmonogramu, a w kinie „Relaks” seans odwołali przez awarię projektora.

Jarecki uśmiechnął się przepraszająco.

– Musi pan ze mną pojechać na komendę. Żona mnie zabije za ten koperek, ale służba nie drużyna.

Pokój przesłuchań na Komendzie Stołecznej nie grzeszył luksusem. Jedyna żarówka, osłonięta blaszanym kloszem, rzucała ostre, żółte światło na blat dębowego biurka, na którym stała popielniczka wypełniona petami „Radomskich”.

Inżynier Rawicz siedział sztywno, poprawiając mankiety swojej welurowej marynarki. Starał się zachować fason człowieka sukcesu, ale krople potu na czole zdradzały, że pewność siebie ulatuje z niego szybciej niż benzyna z nieszczelnego baku.

Jarecki wszedł do środka, niosąc dwa parujące szklanki w koszyczkach z metalowej siatki.

– Herbata „Popularna”, panie inżynierze. Trochę sypana, przepraszam, sitko nam się zepsuło w zeszłym kwartale. Nowe ma być w planie pięcioletnim – porucznik uśmiechnął się przepraszająco i postawił szklankę przed zatrzymanym.

Sam usiadł powoli, stękając cicho, i zaczął przeszukiwać kieszenie swojego prochowca. Wyciągnął zmiętą kartkę papieru.

– Wie pan, ja to mam taki kłopot z pamięcią – zaczął Jarecki, mrużąc oczy nad notatkami. – Żona mówi: „Marian, ty to nawet własnych imienin byś zapomniał”. I ona ma rację. Bo widzi pan, sprawdziłem to alibi z kinem „Relaks”. To prawda, seans odwołali. Ale pan przecież twierdził, że widział pan te „Gwiezdne Wojny”... i opisał mi pan taką scenę z wielkim, włochatym potworem, co pilotuje statek.

Rawicz prychnął z wyższością.

– Bo widziałem! Może nie w „Relaksie”, pomyliłem kina. W Warszawie jest ich przecież mnóstwo. To był „Moskwa” albo „Luna”. Co to za różnica?

Jarecki podrapał się po głowie plastikowym długopisem.

– No właśnie, ogromna różnica. Bo widzi pan, ja zapytałem mojego siostrzeńca, on jest fanem takich głupot. I on mi mówi: „Wujku, ten włochaty to Chewbacca”. Ale on mi też powiedział coś jeszcze... że premiera w Polsce była dopiero co. A bilety? Bilety na to są na zapisy, jak na lodówki.

Porucznik pochylił się nad biurkiem, a światło żarówki odbiło się w jego zmęczonych oczach.

– Panie inżynierze, sprawdziłem listę osób, które odebrały bilety w Empiku. Pana tam nie ma. Ale jest tam nazwisko ofiary. Dyrektora handlowego. On miał dwa bilety w portfelu. Kiedy go pan... no, kiedy doszło do tego nieszczęścia, zabrał mu pan portfel, żeby to wyglądało na rabunek. I ten bilet, który mi pan pokazał... on ma numer seryjny z puli, którą dyrektor kupił dla siebie i swojej kochanki.

Rawicz pobladł. Zaczął gwałtownie bębnić palcami o stół.

– To... to nic nie dowodzi! Znalazłem ten bilet na klatce schodowej!

Jarecki westchnął, jakby było mu autentycznie przykro.

– Och, na pewno. Tak też pomyślałem. Tylko jest jeszcze ta jedna, malutka rzecz... Wspomniał pan, że prąd wyłączyli i szedł pan po omacku. Ale bilet, który mi pan dał, jest czysty. Żadnego zagięcia, żadnej plamy. A pan przecież, jak pan twierdził, szukał kluczy w ciemnościach, trzymając ten bilet w zębach, bo ręce miał pan zajęte siatkami.

Porucznik wstał i zaczął zapinać swój sfatygowany płaszcz.

– Widzi pan, na tym bilecie znaleźliśmy ślad... nie pana palców, ale smaru technicznego. Takiego samego, jakiego używa się w Polmocie do konserwacji maszyn do pisania. Tych samych maszyn, które pan, jako inżynier, osobiście sprawdzał rano przed wyjściem z biura.

Rawicz osunął się na krześle. Maska „człowieka z Pewexu” ostatecznie opadła.

– Jeszcze jedno, panie inżynierze – Jarecki zatrzymał się przy drzwiach. – Żona mi przypomniała. Ten koperek, co go miałem kupić? Okazało się, że to nie był koperek, tylko natka pietruszki. Zawsze mi się mylą te zieleniny. Ale panu, panie Rawicz, pomyliło się coś znacznie gorszego. Pan myślał, że w tym kraju wystarczy mieć legitymację i dolary, żeby być mądrzejszym od zwykłego milicjanta.

Jarecki zgasił lampkę, zostawiając inżyniera w całkowitej ciemności, dokładnie takiej, w jakiej ten próbował ukryć swoją zbrodnię.

Jarecki szedł powoli korytarzem komendy, poprawiając kołnierz płaszcza. Na zewnątrz świtało, a Warszawa budziła się do życia w szarych oparach spalin z przejeżdżających Jelczy.

Zatrzymał się przy dyżurce, gdzie młody milicjant, wyraźnie zaspany, stemplował jakieś formularze. Jarecki wyciągnął z wewnętrznej kieszeni grubą, brązową kopertę, którą wcześniej „pożyczył” z mieszkania inżyniera podczas przeszukania – jeszcze zanim oficjalna ekipa techników zdążyła tam zajrzeć.

– Masz, młody. To do depozytu. Tylko opisz dokładnie: „Środki płatnicze obce znalezione w przewodzie wentylacyjnym”.

– O rany, poruczniku... – chłopak zajrzał do środka i aż gwizdnął.

– Tyle zielonych? Przecież za to można by kupić połowę salonu Fiata!

Jarecki machnął ręką z lekceważeniem.

– E tam, papierki. Ani z tego rosołu nie ugotujesz, ani w piecu nie napalisz, bo śmierdzi chemią. Inżynier myślał, że te dolary to bilet do lepszego świata. A okazało się, że to bilet powrotny, i to trzecią klasą do Wronek.

Wyszedł na zewnątrz. Powietrze było rześkie, pachniało mokrym asfaltem i świeżym chlebem z pobliskiej piekarni. Podszedł do swojego zakurzonego Fiata, otworzył bagażnik i z westchnieniem popatrzył na pęczek nieszczęsnej natki pietruszki, która zdążyła już nieco zwiędnąć.

– No tak – mruknął do siebie, wyciągając kluczyki.

– Rawicz pójdzie siedzieć za dolary, a ja dostanę burzę w domu za pietruszkę zamiast koperku. Każdy ma taką zbrodnię, na jaką zasłużył.

Odpalił silnik, który zakrztusił się dwa razy, zanim łaskawie zaczął pracować. Jarecki wrzucił jedynkę i ruszył w stronę domu, zastanawiając się, czy po drodze uda mu się jeszcze trafić na jakąś otwartą budkę z warzywami. Bo wiedział jedno: z inżynierem poszło łatwo, ale negocjacje z żoną o siódmej rano to była sprawa, której nie rozwiązałby nawet sam komendant główny.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania