As Mo Jarecki cz2.
Sierpniowy skwar stał nad miastem, a w gabinecie Jareckiego jedynym powiewem świeżości był szum starego wentylatora, który bardziej mieszał kurz, niż chłodził. Na biurku, obok szklanki z mętną herbatą, leżała teczka z napisem „Kryptonim Jubiler”.
– Obywatelu poruczniku, to nie była amatorka – zameldował młody sierżant, ocierając pot z czoła.
– Z gabloty w „Orbisie” zniknęły tylko trzy pierścionki. Najdroższe. Reszta biżuterii, choć warta tysiące, została nietknięta.
Jarecki wstał i podszedł do okna. Widział kolejkę przed sklepem mięsnym po drugiej stronie ulicy. Ludzie stali tam od świtu, a on musiał gonić kogoś, kto kradł diamenty, gdy inni marzyli o kilogramie schabu.
– Co z zamkiem? – zapytał, nie odwracając się.
– Nienaruszony. Otworzony kluczem lub profesjonalnym wytrychem. Ale portier przysięga, że nikt nie wchodził po zamknięciu.
– Portier przysięga to, co mu każą, albo to, co mu się wydaje po setce czystej – mruknął Jarecki.
– Sprawdźcie listę pracowników, którzy mieli dostęp do zaplecza w ciągu ostatnich dwóch lat. I dowiedzcie się, kto z lokalnych „niebieskich ptaków” nagle zaczął bywać w restauracji hotelowej.
Jarecki wiedział jedno: w PRL-u taki towar nie znikał bez śladu. Albo musiał trafić za granicę przez „turystę” z RFN, albo ktoś na wysokim stanowisku potrzebował wyjątkowego prezentu dla kogoś, kto mógł załatwić wszystko.
– Weźcie gazika – rzucił nagle, chwytając marynarkę. – Odwiedzimy starego znajomego, „Chudego”. Jeśli ktoś w tym mieście wie, jak pachnie świeże złoto, to tylko on.
Słońce leniwie przetaczało się nad betonowymi blokowiskami, a Jarecki czuł, że ta sprawa ma dwa końce, które zaciskają się jak pętla. Wiedział, że w PRL-u prawda rzadko leżała na ulicy – zazwyczaj była ukryta albo w mroku meliny, albo w blasku kryształowych żyrandoli.
– Nowak, ty jedź pod hotel „Monopol”. Popatrz na ręce dyrektorowi Kamińskiemu – rzucił Jarecki, zapalając Sporta. – Ja sprawdzę dół miasta. Spotkamy się na komendzie za trzy godziny.
Jarecki odnalazł „Chudego” w bramie przy ulicy Targowej. Śmierdziało tam szczyną i mokrym tynkiem. „Chudy”, drobny złodziejaszek o twarzy pooranej życiem, próbował czmychnąć przez piwnicę, ale ciężki but Jareckiego wylądował na jego drodze.
– Gdzie są pierścionki, Chudy? – Jarecki przyparł go do zimnej ściany. – Tylko nie kłam, bo skończysz na dołku z taką chrypą, że cię rodzona matka nie pozna.
– Panie poruczniku, ja nic… ja tylko cynk miałem! – wybełkotał Chudy, trzęsąc się z zimna mimo upału.
– Słyszałem, że ktoś „z góry” szukał fachowca od zamków. Ale to nie nasza liga. To robota na białe rękawiczki, nie dla takich jak ja!
W tym samym czasie Nowak krążył po klimatyzowanym gabinecie dyrektora Kamińskiego. Dyrektor, w nienagannie skrojonym garniturze z „Wólczanki”, popijał koniak, który na pewno nie pochodził z przydziału.
– Panie aspirancie, te oskarżenia są śmieszne – uśmiechnął się protekcjonalnie Kamiński. – Moja placówka to wizytówka miasta. Gościmy tu delegacje z bratnich krajów. Myśli pan, że ryzykowałbym karierę dla paru świecidełek?
– Ryzykowałby pan, gdyby partia kazała, albo gdyby długi w karty u „Cinkciarza” urosły powyżej pańskiej pensji – odgryzł się Nowak, zauważając na biurku dyrektora nietypowy przedmiot: mały, złoty opiłek wbity w szczelinę blatu.
Wieczorem Jarecki i Nowak spotkali się przy jednym biurku. Na środku leżał mały woreczek strunowy z opiłkiem od dyrektora i zmięta kartka od „Chudego” z nazwiskiem pewnego pasera.
– Dyrektor i ulica? – mruknął Jarecki, przecierając zmęczone oczy. – Wygląda na to, że góra zleciła, a dół wykonał. Ale komu tak bardzo spieszyło się z tym prezentem, że zostawił ślady u jubilera i w hotelu?
Trop prowadził do żony wpływowego dygnitarza z komitetu wojewódzkiego, która następnego dnia miała obchodzić imieniny. Jarecki wiedział, że stąpa po kruchym lodzie. Jedno złe słowo i zamiast awansu dostanie przeniesienie do drogówki w Bieszczadach.
– Co robimy, poruczniku? – zapytał Nowak, patrząc na telefon, który zaraz mógł zadzwonić z „rozkazem z góry”.
– Robimy swoje – odparł twardo Jarecki. – Przygotuj nakaz rewizji. Ale nie w hotelu. Wjedziemy do willi dygnitarza o świcie, zanim zdążą wypić kawę.
Jarecki nie wybrał ani nalotu, ani szantażu. Postanowił zagrać va banque, wykorzystując największą słabość systemu: absurdalną biurokrację i miłość dygnitarzy do darmowych luksusów.
– Nowak, zdejmij mundur. Przebierasz się za kontrolera z Sanepidu. Ja będę z „Wydziału Kontroli Estetyki i Higieny Placówek Dewizowych” – zarządził Jarecki, poprawiając swój niemodny krawat.
– Poruczniku, nie ma takiego wydziału – bąknął Nowak, wciągając za ciasny fartuch.
– W PRL-u jak coś brzmi dumnie i ma pieczątkę, to istnieje. Ruszaj się!
Podjechali pod willę dygnitarza Szyły starej daty Warszawą. U bram przywitał ich sam gospodarz, towarzysz Winnicki, w jedwabnym szlafroku i z miną człowieka, który zaraz kogoś zwolni.
– Co to za cyrk?! – wrzasnął Winnicki. – Wiecie, kim ja jestem?
– Wiemy, towarzyszu – odparł Jarecki z kamienną twarzą, wyciągając legitymację tak szybko, że Winnicki zobaczył tylko orzełka. – Mamy zgłoszenie o inwazji egzotycznych karaluchów, które przyjechały w transporcie kawy z Kuby. Musimy przeszukać sypialnię. Natychmiast. Jeśli choć jeden owad przeżyje, zamkniemy wam przydział na zagraniczne wczasy.
Winnicki zbladł. Wizja utraty Bułgarii była straszniejsza niż przesłuchanie na bezpiece. Wpuścił ich do środka. Jarecki i Nowak, udając, że zaglądają pod dywany i psikają wodą z syfonu po kątach, dotarli do toaletki żony dygnitarza.
Wtem Jarecki zamarł. Na aksamitnej poduszeczce leżały trzy skradzione pierścionki. Ale obok nich stało coś, czego nikt się nie spodziewał: otwarty słoik z zagraniczną nutellą,
w której... tkwiła proteza zębowa dyrektora hotelu Kamińskiego.
– Co u licha? – szepnął Nowak.
W tej samej chwili z szafy wypadł dyrektor Kamiński w samych kalesonach, krzycząc:
– To nie tak! Ja tylko sprawdzałem szczelność okien!
Okazało się, że „kradzież stulecia” była farsą. Dyrektor hotelu, romansujący z żoną dygnitarza, „pożyczył” pierścionki z gabloty, żeby zaimponować kochance, planując oddać je po imieninach i zastąpić tombakiem. Niestety, w trakcie nocnej schadzki, gdy zajadał się deficytową nutellą, stracił w niej sztuczną szczękę i w panice schował się do szafy, gdy usłyszał „kontrolę z Sanepidu”.
– No i mamy komplet – mruknął Jarecki, wyciągając kajdanki. – Kradzież mienia państwowego, cudzołóstwo z elementami sabotażu kulinarnego i... bezprawne posiadanie orzechowego kremu z RFN.
– Panie poruczniku – zajęczał Kamiński z szafy – niech pan chociaż pozwoli mi ubrać spodnie!
– W socjalizmie wszyscy są równi, dyrektorze – uśmiechnął się Jarecki.
– W kalesonach też pan dotrze na komendę. Nowak, bierz te zęby jako dowód rzeczowy. Tylko ich nie oblizuj!
Wracali Nyską, a Jarecki po raz pierwszy od tygodnia się zaśmiał. Sprawa rozwiązana, diamenty odzyskane, a dygnitarz Winnicki właśnie dzwonił do partii, żeby wyjaśnić, skąd w sypialni jego żony wzięły się zęby dyrektora hotelu.
Jarecki siedział w szoferce Nysy, bębniąc palcami w kierownicę. Już miał odpalać silnik, gdy nagle drzwi willi otworzyły się z hukiem. Wybiegła przez nie żona dygnitarza, towarzyszowa Winnicka, wymachując… trzecim butem i krzycząc coś o „zbezczeszczonym kremie orzechowym”.
– Nowak, gazu! – rzucił Jarecki, ale było za późno.
Zza krzaków jaśminu wychylił się nagle starszy pan w kaszkiecie, którego Jarecki widział rano pod sklepem. To był „Śruba”, lokalny pijaczek i złota rączka. W ręku trzymał starą wędkę, na której końcu dyndał… kolejny złoty pierścionek.
– Panie władzo! – zawołał Śruba, szczerząc braki w uzębieniu.
– Znalazłem w rynnie! Ten szczur, dyrektor, jak uciekał oknie w samych gaciach, to mu z kieszeni wypadło! Ale ja uczciwy jestem, socjalistyczny obywatel!
Jarecki spojrzał na pierścionek, potem na zęby dyrektora w słoiku, a na końcu na Nowaka, który próbował powstrzymać wymioty po zapachu „dowodu rzeczowego”.
– Nowak, wiesz co jest w tym wszystkim najgorsze? – zapytał porucznik, odpalając silnik.
– To, że dyrektor jest w szafie, a jego zęby w nutelli?
– Nie. To, że ten pierścionek, który trzyma Śruba, to odpustowa podróbka za pięć złotych.
Okazało się, że „diamenty” z Orbisu zostały podmienione na cyrkonie już dwa lata temu przez samą dyrekcję centrali, żeby sfinansować zakup nowej floty czarnych Wołg. Dyrektor Kamiński ukradł więc falsyfikaty, żeby zaimponować kochance, która i tak zamierzała je sprzedać, by kupić... więcej nutelli na czarnym rynku.
– Czyli mamy sprawę o kradzież podróbek przez złodzieja-amatora, który zostawił szczękę w zachodnim kremie, u żony faceta, który myśli, że tropimy kubańskie karaluchy? – podsumował Nowak, ocierając łzy ze śmiechu.
Jarecki westchnął, wrzucił jedynkę i ruszył w stronę komendy.
– Witaj w PRL-u, Nowak. Tu nawet przestępstwa są z demobilu.
Gdy dojechali na miejsce, okazało się, że słoik z nutellą i szczęką… zniknął z tylnego siedzenia. Na jego miejscu leżała tylko kartka od „Chudego”: „Dzięki za cynk o kremie, poruczniku. Zęby zostawiłem u dyżurnego, powiedziałem, że to depozyt na fundusz odbudowy stolicy”.
Jarecki tylko uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, że jutrzejszy raport będzie najkrótszym w jego karierze: „Sprawa umorzona z powodu braku dowodów… i braku uzębienia u głównego podejrzanego”.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania