Atrakcje Leska

Bieszczady urzekły mnie w czasie niepogody. Przelotne opady stworzyły cudowną aurę, mgiełka unosiła się ponad drogami, a nie zasłaniała szczytów o barwie ciemno granatowej. Pamięć zawsze przywołuje ten obraz, gdy ktokolwiek opowiada o tych urokliwych górach. Niestety tamtejsze ulewy potrafią być o wiele bardziej dokuczliwe, bywały dnie, kiedy słońce ani przez chwilę nie przedzierało się przez chmury. Poruszane wiatrem gałęzie drzew, głównie olchy i leszczyny, nie dawały chwili wytchnienia, lecz zimny prysznic, przed którym parasole i peleryny nie chroniły. W tych wschodnich regionach Polski nawet w najbardziej upalne lata, przeciętna opadów przewyższa średnią krajową i wypędza z tej krainy zagorzałych amatorów wędrówek po zalesionych szczytach i połoninach. Widok powyrywanych śledzi i podtopione namioty nie należał do rzadkości. Nasz namiot zwykle opierał się humorzastym wybrykom pogody, ale spacery ograniczały się do wizyty w motelu w Cisnej.

Wiele czasu spędziliśmy w kiosku z pamiątkami, gdzie przyjezdny rzeźbiarz wystawiał swoje prace. W domu zachowały się dwie maski okolicznych biesów i fantastyczna para, Baba Jaga i jej diabelski małżonek. Ona trzyma w ręku rekwizyt, którym szkodzi ludziom w wyrobie masła. Oczami wyobraźni obserwowałam ją, jak lata na miotle i wzywa cumulusy na sabat, aby przegonić intruzów, którzy włóczą się z plecakami po terenach nieskażonych cywilizacją.

Tym razem przyjechałam z tatą tylko na tydzień do Łączek pod Leskiem z nadzieją, że wiosna okaże się łaskawsza i oszczędzi zawirowań natury. Miesiąc maj powitał nas pogodnym niebem.

Tata pragnął pożegnać się z Bieszczadami. Chcieliśmy popatrzeć na słynny z legend Kamień Leski. Poprzednia próba dotarcia do tej słynnej w okolicy atrakcji spaliła na panewce z powodu gradu i deszczu, który ciągle przybierał na sile zamiast słabnąć. Przez prawie dwie godziny czekaliśmy na cud na parkingu. Ostatecznie warunki atmosferyczne wypędziły nas definitywnie z tych stron.

Lesko pokazało nam swoje nowe oblicze. W centrum miasteczka znalazł się Pomnik Książki dłuta Andrzeja Pityjskiego. Z półkuli imitującej tułów wystają ręce z otwartą księgą, na której stronach wyryto fragment wiersza Norwida o znamiennej treści „Nie miecz – Nie tarcze – Bronią Języka, lecz Arcydzieła”i urywek z twórczości Tomasza Manna o futurystycznym brzmieniu „Dzisiejsze Księgi Są Jutrzejszymi Czynami”.

Taki pomnik poruszył serca moli książkowych w czasach, gdy czytelnictwo schodzi na drugi plan, ustępując miejsca wynalazkom dwudziestego wieku, srebrnemu ekranowi i komputerom.

Tego dnia zamierzaliśmy dotrzeć do „Kamienia Leskiego”. Niestety autobusowy rozkład jazdy nie ułatwiał wyprawy. Dwie godziny oczekiwania w palącym słońcu zniechęciło mojego tatę do wałęsania się po miasteczku w temperaturze powyżej trzydziestu stopni. Wpadłam na pomysł, aby skorzystać z usług taksówki. Samochód przyjechał w przeciągu pięciu minut.

Po drodze zastanawiałam się, czy ten twór natury będzie przypominał największy głaz na Mazowszu nazwany „Mazurem” o czerwonej barwie, obwodzie ponad siedemnaście metrów i wysokości dwa i pół. W Sudetach widziałam wiele formacji skalnych o różnych kształtach, na które lubiłam się wspinać jako nastolatka. Niektóre głazy były wyposażone w drabinki, aby ciekawscy mogli się wspiąć na samą górę bez wysiłku i móc spojrzeć na rozciągający się w dole krajobraz.

Wystająca skała sponad koron drzew nie sprawiała wrażenia kamienia, kształtem przypominała żagiel, który nie oparł się porywom powietrza i zamarł w pozycji lekko pochylonego w lewo. Podobne kamienne bryły widziałam w Ojcowskim Parku Narodowym, ale Maczuga Herkulesa, choć imponująca, rozmiarami ustępowała wymiarom tutejszego Kamienia, wokół którego wiódł szlak turystyczny.

Przechadzka dookoła tej turni dopiero ukazała prawdziwe oblicze tego cudu natury. Wdrapując się na zbocze, dokonaliśmy odkrycia, że wystający trójkąt stanowi tylko szczyt czegoś, co można było porównać do resztek zrujnowanego zamczyska. Z bliska spozieraliśmy na basztę, której wierzchołek jawił się jako figura geometryczna opierającą się na solidnych podstawach. Krążyliśmy pod półką skalną, która wyglądała jak ornament architektoniczny o sporych rozmiarach, specjalnie zaprojektowany dla urozmaicenia szkieletu budowli. Ściana nie była idealnie płaska, zdobiły ją nieregularne odstające od powierzchni koła i pasy czerwono-białe, wytwory natury, w którą nie ingerował człowiek. Ten występ niczym dekoracyjny gzyms mógł służyć jako wiata dla wartowników chroniących mury kasztelu.

Idąca w dół ścieżka kierowała nas do drugiej części formacji, którą określiłam jako dolny zamek z litej skały o jasnobeżowym kolorze bez upiększeń.

Ten mur prawdopodobnie mógłby prezentować się okazalej, gdyby nie masowa eksploatacja kamienia przez mieszkańców.

Dookoła rosły powyginane wysokie sosny nawet o pięciu pniach. Konary cieszyły oczy ażurowymi splotami gałęzi. Pośród nich znalazł się nawet potężny dąb, który za kilkanaście lat leśnicy będą mogli zaliczyć do uznanych pomników przyrody.

Dalej szlak wiódł ku górze, zbliżyliśmy się do najwyższego punktu dostępnego piechurom z tyłu baszty, w którym zauważyłam zamaskowane wejście do jaskini. Kusił mnie ten otwór skalny, ale nie dotarłam do bramki, gdyż ślizgały się nogi nawet w ryglowanych butach turystycznych. Górna część żagla składała się z wąsko poukładanych elementów zbliżonych do drewnianych gontów, które pokrywają dachy chat góralskich. Ludzie potrafią naśladować przyrodę nawet w sztuce budownictwa.

Usiedliśmy na występie skalnym, skąd rozpościerał się widok na pobliskie pasma górskie. Nieco zaniepokoiliśmy się lekko zaciemnionym horyzontem o barwie ołowianej, ale chmury odpłynęły w przeciwną stronę ku naszemu zadowoleniu. Widmo niepogody zdecydowanie oddaliło się. Zapomnieliśmy o kaprysach atmosferycznych, głównej przeszkody w zgłębianiu tajemnic Bieszczad.

Utrwaliłam tę wyprawę na kilkunastu zdjęciach. Z perspektywy czasu rósł mój podziw dla taty, że pomimo balastu ponad dziewięćdziesięciu lat potrafił dokonać nie lada wyczynu w penetrowaniu tej nieco dzikiej okolicy.

Bieszczady przestały być jedynie enklawą dzikiej przyrody, bary szybkiej obsługi usadowiły się prawie wszędzie. Zasiedliśmy na drewnianych ławach w oczekiwaniu na obiad. Poprosiłam o tęczowego pstrąga, a tata o pęto kiełbasy. Na powietrzu ryby prosto ze źródła smakują dużo bardziej niż te ze sklepu. Tata nie przepadał za tymi wodnymi kręgowcami ze względu na dziesięć lat pracy w przemyśle. Znał większość sztuczek praktykowanych przez producentów, a przede wszystkim nie tolerował zapachu tych dań. Byliśmy jedynymi gośćmi tej placówki, więc realizacja zamówienia wymagała czasu.

Jako fotograf amator marzyłam o niecodziennym ujęciu Kamienia Leskiego i tamtejszego klimatu, co utrudniało sąsiedztwo drzew, kryjące tajemnicę zagadkowego zespołu skalnego. Po drugiej stronie szosy rozciągała się szeroka niezabudowana przestrzeń zarośnięta trawą, którą spotyka się tylko na bieszczadzkich połoninach. Założyłam na szyję aparat i wyruszyłam na poszukiwanie dogodnego miejsca, skąd można byłoby sfotografować ten ciekawy twór geologiczny.

Długo przechadzałam się po łące, aż w prześwicie lasu udało mi uzyskać poszukiwany efekt. Lustrzanką objęłam basztę w całej okazałości, nie tylko górną część żagla.

Niekiedy dążenie do celu za wszelką cenę, które sprowadzało się do wykonania niepowtarzalnego zdjęcie, zagłuszało głos rozsądku. Wysokie trawy sięgały mi prawie do ramion, lekko łaskotały po twarzy. W myślach powtarzałam pierwsze wersy „Stepów Akermańskich” Adama Mickiewicza. Po cichu powtarzałam słowa poety:

„Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,

Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi”.

Podłoże stawało się coraz bardziej błotniste, poddawałam się wrażeniu, że kroczę po wodzie. Niedaleko rosły ciemnobrązowe pałki, czułam, że zahaczyłam o szuwary. Zerwałam jedną, ale rozsypała się w oka mgnieniu. Pozostał mi w ręku tylko kawałek trzciny i patyk.

Ktoś energicznie wymachiwał ku mnie rękami. Obawiałam się, że niedługo wystygnie upragniony pstrąg z frytkami.

Droga powrotna dłużyła się niepomiernie, przeszłam prawie dwa kilometry. Prawdę mówiło łacińskie przysłowie „Festina Lente” –„Śpiesz się powoli”

Zaczęły mnie nękać fatalistyczne myśli. W trawach czyhały żmije, które czołgały się w dostojnie wyglądających zaroślach. W górze szybował bocian. Podmokłe tereny pewnie obfitowały w ich przysmaki, zielone żabki. Z własnej winy wpadłam w pułapkę.

Zygzakowate płazy zaśmiewały się z mojej naiwności, wyciągały jadowite jęzory. Na pobliskim kamieniu wylegiwało się podejrzane stworzenie. Wbiegłam na szosę i zadyszana wpadłam do kuchni. Jedzenie skwierczało jeszcze na ogniu.

— Wdarła się pani w dość niebezpieczny obszar dawnego torfowiska, gdzie łatwo o potknięcie i upadek. Ludzie stąd uciekli z uwagi na przesądy i wysiedlanie Łemków w latach pięćdziesiątych, zarosły dawne pola i rozebrano zmurszałe drewniane domy huculskie. Kiedyś dla nierozważnego fotoreportera, który wkradł się na teren bagienny, wzywałem pogotowie. Skręcił nogę w kostce i darł się niemiłosiernie.

— Przestraszyłam się ukąszenia żmii. Jedna rozłożyła swoje cielsko na kamieniu.

— Tutaj rzadko występują te gady, w upalne dni raczej wygrzewają się na słońcu. Chroniły panią dodatkowo wysokie buty, a zwykle po drugiej stronie drogi lubią rozkładać się niegroźne zaskrońce. Nie warto wpadać w panikę. Mam dla pani niespodziankę. Odwiedza mnie często wąż Eskulapa, któremu podrzucam od czasu do czasu trochę jedzenia. To rzadki gatunek o ciemnobrązowym zabarwieniu, o pomarańczowym brzuchu, długi na półtora metra. Niektóre osiągają nawet dwa metry.

Obleciał mnie strach. Lubię zwierzęta przyjaźnie nastawione do człowieka, a gady napełniają mnie wstrętem.

— Nie ma obawy. Absolutnie nie zagrażają ludziom. Takim zdjęciem zrobi pani furorę w Internecie.

— Unikam wystawiania swoich prac na portalach. Tradycyjnie drukuję i umieszczam je w albumach. Razi mnie nadmierne obnażanie swej prywatności.

— Każdy zoolog zapłaciłby wysoką cenę za taki obrazek.

Z drżeniem rąk podeszłam do kryjówki. Wąż poruszył się lekko na dźwięk spustu migawki. Zachowaliśmy całkowite milczenie. Wyłączyłam lampę błyskową, aby go nie spłoszyć. Ostatnie zdjęcie wykonałam jednak z fleszem. Przyprowadziłam tatę, aby przyjrzał się temu towarzyszowi Eskulapa. Oboje zostaliśmy sfotografowani w tle z wężem, chociaż tata nie pochwalił mojej długiej nieobecności przy stole. Nakazał ciszę, gdyż spostrzegł śpiącą salamandrę w szparze skalnej. Dalekowidz zawsze widzi więcej niż krótkowidz. Tak zareagowałam w pierwszej chwili.

Tego dnia oczekiwały jeszcze inne atrakcje.

Taksówkarz, który nas odebrał spod baru, pokazał nam swoją kolekcję starych samochodów na czele z wiśniowym mercedesem z lat pięćdziesiątych. Tata nawet wykonał symboliczną rundę wokół domu tym zabytkowym wehikułem. Odrzuciliśmy jednak propozycję jazdy do Łączek tym pojazdem, gdyż spalał zbyt wiele benzyny, a za przejazd zapłacilibyśmy krocie. Zwykle pan Jan swoim mercedesem woził młode pary do ślubu.

W Warszawie za zdjęcie Eskulapa znajomy biolog podarował mi pęk herbacianych róż. Mnie jednak do gusty bardziej przypadła salamandra odpoczywająca w ciszy przed nocą, gdy wyruszy na polowanie. Jej niezbyt długie ciało czarowało pomarańczowymi błyszczącymi plamkami, które ostrzegają inne gatunki zwierząt o nadejściu napastnika. Zdziwiło mnie, że chronione gatunki bieszczadzkiej fauny charakteryzują pomarańczowe i czarne barwy charakterystyczne dla złotej polskiej jesieni. Wtedy nie skojarzyłam, że to będzie naprawdę jedna z ostatnich podróży z ojcem w te rejony.

U wejścia do ośrodka stał drabiniasty wóz przystrojony masą wiosennych nowalijek, a niedaleko znajdował się zdziczały ogród, w którym królował polny ostrożeń, czyli zwykły oset o różowofioletowych kwiatostanach, wysoki na prawie półtora metra. Tworzył on kolonię kolczastych roślin niczym barwny kobierzec. Przykucnęłam, a tata wykonał na pamiątkę serię zdjęć pośrodku wzorzystego dywanu z setek samosiejek tego gatunku. Trudno uwierzyć, że te kwiaty otoczone cierniami, należą do rzędu aster, jakie zdobią na jesieni groby bliskich.

Przez prawie dwa lata moje biurko zdobił olbrzymi bukiet zasuszonych "caardus mutans" o blednących ciemnoróżowych szczeciniastych płatkach, które razem zerwaliśmy. Porywały swym pięknem niczym storczyki. Z czasem powiędły, powoli opadały listki i zamieniały się w drobny pył. Najdłużej przetrwały pożółkłe kolorowe drobne rurki niewątpliwie świadczące o urodzie tych polnych kwiatów.

Na zawsze pozostał sentyment do tych często zamglonych gór, gdzie jeszcze w wielu zakątkach przyroda trwa w prawie pierwotnym stanie.

 

Bożena Joanna

Wrzesień 2020

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Marian 2 miesiące temu
    Ciekawe wspomnienia z Bieszczad.
    Jest niestety kilka błedów:
    "sponad koronów drzew" -> sponad koron drzew
    "jasno-beżowym" -> jasnobeżowym
    "ciemno-różowych" -> ciemnoróżowych
  • Bożena Joanna 2 miesiące temu
    Dziękuję za wizytę i komentarz. Błędy poprawiłam. Jeśli chodzi o kolory, posłuchałam automatycznego słownika i poprawiłam, jak się okazało błędnie. Serdecznie pozdrawiam!
  • Jarema 2 miesiące temu
    Za przypomnienie tego pięknego miasta stawiam piątkę. A doczytam dokładniej później.
  • Bożena Joanna 2 miesiące temu
    Dziękuję i pozdrawiam!
  • pasja 2 miesiące temu
    Jak zwykle doskonałe opisy i szeroki wachlarz kolorów. Bieszczady to moje wędrowne obozy i znam je doskonale. Dziękuję za wspomnienia. Czytając czułam się tak, jakbym tam była. Kiedyś dzikość terenów i gościnność ludzi, dzisiaj już inaczej wyglądają te okolice.

    Pozdrawiam serdecznie
  • Bożena Joanna 2 miesiące temu
    Cieszę się, że sięgnęłaś do mojego tekstu przesiąkniętego wspomnieniami. W tym roku pandemia przekreśliła moje plany, chciałabym jeszcze odwiedzić stare kościółki-cerkiewki i pospacerować nad Jeziorkami Duszatyńskimi.

    Serdecznie pozdrawiam!
  • Marsjasz 2 miesiące temu
    Przypomniałaś mi moje bieszczadzkie wędrówki. Tyle w Twojej opowiastce soczystych szczegółów, pięknych opisów miejsc w których nigdy nie byłem że zapragnąłem by tam powrócić i dopełnić swój bieszczadzki obraz. By jeszcze raz usiąść w Cisnej za drewnianym stołem, napić się wódki z miejscowym gawędziarzem i nawet zwichnąć nogę na kamienistym dnie Solinki. Wrócę.
  • Bożena Joanna 2 miesiące temu
    Jestem zadowolona, że moje opowiadanko zachęciło Cię do ponownego odwiedzenia tych okolic. Pandemia przekreśliła moje plany wakacyjne, ale mam nadzieję odwiedzić Górzankę i wejść na Chryszczatą. Życzę powodzenia!
  • Literkowa Bitwa na Prozę 2 miesiące temu
    Zapraszamy do wzięcia udziału w zabawie. Do 07 września można napisać opowiadanie proza, proza poetycka i wrzucić na główną. ( w razie czego przedlużymy termin)
    Odpowiednio zatytułować i dodać link na Forum do wątku:
    https://www.opowi.pl/forum/literkowa-bitwa-na-proze-linki-do-w934/
    I wygrać.
    Tematy to:
    Temat pierwszy - „Restart”
    Temat drugi - „Zawierzenie”
    Można. na jeden, można na drugi, można połączyć.
    Czekamy i liczymy na ciebie
    Literkowa
  • MarBe 2 miesiące temu
    Pamiętam Bieszczady w deszczu i to czekanie na przejaśnienia.
    Pozdrawiam
  • Bożena Joanna 2 miesiące temu
    Bieszczady są urokliwe, ale te deszcze, o których śpiewała Krystyna Prońko, nieco psują wakacje. Dzięki za odwiedziny i serdecznie pozdrawiam!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania